Anonimowość gwarantuje święty spokój.

 

Zdarzyły mi się ostatnio dwie historyjki zabawne i jedna niekoniecznie, które dały mi do myślenia w kwestii blogowania. Jeśli nie chce Wam się czytać, to przewińcie te kilka akapitów w dół, do wniosków. Ale wtedy umknie Wam kontekst, nie?

 

Historyjka 1

Niedawno byłem na Blog Conference Poznań, wiecie, takiej niszowej imprezie dla takich ludków, co to do internetów jakieś dziwne rzeczy robią. I to było w Poznaniu. A tak się złożyło, ze dwa dni później pojechałem do Poznania na kolejną imprezę, tym razem dla takich ludków, co to robią dla ludzi meble, gdzie się uczyłem o tym, której firmy szuflady są fajne (oczywiście, że naszej) i jak to wszystko w kuchni tak poustawiać, żeby to było wygodne dla ludków, co to w kuchni robią obiady.

Czyli stolarze na różnym etapie tego stolarstwa – od szeregowych pracowników skręcających samodzielnie szafki, poprzez montażystów, aż do właścicieli firm dużych i małych, którzy już w zasadzie tylko puszczają faktury, ale dobrze by było, żeby nie zapomnieli, jak wygląda zawias. Podkreślam to specjalnie, bo raczej nie oczekujemy, żeby ludzie działający w tej branży jakoś szczególnie śledzili media socjalne czy czytali blogaski, prawda?

No i na imprezie sponsorowanej, jak to na imprezie sponsorowanej, je się mięsiwo, leją się trunki, zakąsza się śledzikiem, ogólnie atmosfera panuje luźna i rozwiązła, więc naturalnym jest, że się wtedy rozmawia o pracy, bo o czymże innym? Po obowiązkowym obgadaniu szuflad i zawiasów ze szkolenia (bo jednak jak płacą, to trzeba trochę temu czasu poświęcić), przyszedł czas na ploteczki i pikantne historyjki z branży.

I okazało się, że nie tylko ja mam co jakiś czas #klajentów, bo i taki klient najmądrzejszy na świecie im się trafia, i klient Pan i Władca, i Gibki Bongo, któremu obrazki z pinteresta lekko padły na rzeczywiste postrzeganie rzeczywistości. Okazuje się, że nie jestem tutaj tak bardzo wyjątkowy.

Ale w pewnym momencie zacząłem opowiadać o tym, jak nasza pracownica nas oszukała. Zapadła cisza, bo jednak aż tak bardzo wydymać to się nikt nie dał. Kilka osób pokiwało głowami ze współczuciem, kilka przyszło się ze mną napić na pocieszenie. Ale podszedł też jeden gość, którego kompletnie nie kojarzę, z całą flaszką od razu, stawia przede mną i mówi:

– No to teraz wiem, kim jest ten koleś, którego czytam. Musimy się napić. 

 

Historyjka 2

Do czegoś Wam się przyznam – najlepiej mi się przygotowuje wpisy na kompie w studiu. Jest wygodny fotel z regulowanym chyba wszystkim, dobrze podpierający moją boląca rwę kulszową. Jest wygodne duże biurko z moim nieodzownym twórczym bałaganem. Jest normalna klawiatura, a nie takie gówno jak na laptopie, do małości którego pewnie nigdy się nie przyzwyczaję. Jest wreszcie duży ekran, na którym mam pierdyliard różnych ikonek i nie włażą one na siebie. Tak, przyznaję się do wykorzystywania sprzętu firmowego i mam nadzieję, że mój pracodawca mi wybaczy.

Niedawno jakoś tak się złożyło, że dłubałem coś przy blogu i miałem akurat wrzuconą stronę główną, kiedy poczułem parcie na wentyl i poszedłem sobie ulżyć. W czasie mojej fizjologicznej nieobecności przyszedł do mnie klient, trochę wcześniej niż był umówiony. Skończyłem to, do czego zawezwała mnie natura, umyłem rączki i z firmowym uśmiechem na obliczu wychodzę przywitać mojego potencjalnego dobroczyńcę. A ten patrzy na mój ekran, na którym jest mój blog i mówi:

– Oo, dizajnuch, też go czytam.

 

Historyjka 3

Gdzieś coś u kogoś skomentowałem. Temat lekko kontrowersyjny, komentarz trochę osobisty, może za bardzo. No i Małażonka, moja kula-szpiegula zwróciła mi uwagę, że ten akurat temat powinienem skrzętnie omijać, bo za dużo zdradza na temat naszej prywatności. I że może go przeczytać mój syn, brat, rodzice, ciotka, szwagier czy teściowa. A może nie powinni, bo przecież rodzina rodziną, ale są pewne sprawy, które nie powinny wychodzić na światło dzienne, bo są WEWNĄTRZmałżeńskie.

Pokornie przyznałem Jej rację, jak zwykle zresztą, a nawet jak zawsze, bo to jednak małżeństwo, a nie jakiś związek partnerski, gdzie mam coś do gadania. Niektóre komentarze usunąłem, inne poprawiłem.

 

Po co o tym piszę?

Wcale nie dlatego, żeby się pochwalić, że jestę blogerę i trafiam coraz częściej do zupełnie przypadkowych ludzi, których kompletnie nie kojarzę. Że to już nie są tylko i wyłącznie znajomi, rodzina czy ludzie znani mi w ten czy inny sposób z netu. Nie o to mi chodzi.

Zaczynają mnie czytać ludzie kompletnie mi obcy, którzy zupełnie nie są w stanie przypasować twarzy Jacka eM do bloga dizajnuch.pl. Ale to nie przeszkadza im wyrabiać sobie na mój temat zdania tylko i wyłącznie na podstawie tego, co zobaczą we wpisach. Zazwyczaj nie pluję jadem, że zaplute karły reakcji powinny trafić do reedukacyjnych obozów, tematów politycznych unikam jak ognia (nie że się boję reakcji oszołomów, tylko uważam je za śmiertelnie nudne), rzadko wałkuję tematy w stylu prawdziwy patriotyzm czy uchodźcy to zuo, więc też i nie muszę przemykać kanałami, bo mnie jakiś nawiedzony wziął na celownik.

Ale z drugiej strony, nawet jeśli sobie robię heheszki, to mogą się one nie spodobać temu, z którego się śmieję, prawda? Albo odnajdzie w sobie jakieś tych heheszków ślady czy podobieństwa. A #klajentów to ja raczej nie przedstawiam w szlachetnej pozie na białym koniu. Słownictwo też nierzadko pochodzi raczej z podwórka, niż z auli wykładowej profesora Miodka, bo akurat użycie soczystej kurwy często bardziej ładuje tekst emocjami, niż córa Koryntu. Poza tym – ktoś jeszcze wie, co to znaczy córa Koryntu???

Opinia jest jak dupa i każdy ma swoją, więc nie powinno dziwić, że czasami ktoś, np. potencjalny klient, może sobie nie życzyć kontaktu z takim indywiduum. Bo ciężko oddzielić sobie w głowie obraz osoby z bloga od obrazu osoby, z którą mamy robić interesy, która siedzi naprzeciwko i proponuję kawę z bajeranckiego ekspresu. Dlatego ja prywatnie bardzo rzadko opowiadam o tym, że piszę bloga, nawet wśród znajomych, że o nieznajomych nie wspomnę – nigdy nie wiem, na kogo trafię i jak zareaguje. Czy pośmieje się ze mną, czy też powie, że to chore i powinienem się leczyć #truestory. Nigdy nie wiadomo też, w jakich okolicznościach los postawi mi tę osobę na drodze i po co to zrobi.

Mam w głowie sporo tematów, które chciałbym poruszyć, ale wiem, że w ten czy inny sposób mogą zaboleć kogoś, kogo znam, nawet jeśli absolutnie personalnie tego kogoś dotyczyć nie będą. Ale przy niesprzyjających wiatrach odnajdzie we wpisie jakąś cząstkę, którą weźmie do siebie i przestanie mnie kochać. Z drugiej strony – czy ja jestem szarlotką, żeby mnie każdy kochał?

 

Anonimowość gwarantuje święty spokój.

Znajomości z fejsa czy z komentarzy pod wpisem, to bardzo często (choć na szczęście nie zawsze – pozdro KOTy) takie znajomości instant – na chwilę, na szybko, trochę pobieżnie, trochę bez zaangażowania. To znajomości, które jakoś nie wpływają specjalnie na sfery życia poza blogiem, bo i w czasach instant żyjemy – ma być szybko i bez zbędnego wysiłku. Nikomu się nie będzie chciało szukać mnie poza nim, żeby mi powiedzieć głupi kaowiec. A jeśli się komuś będzie chciało, to raczej nie po to, żeby mi dosrać, bo internetowe trolle i hejterzy są odważni tylko wtedy, kiedy się właśnie za maską anonimowości chowają.

Co innego te znajomości mniej lub bardziej prawdziwe – głupio stracić kumpla przez wpis krytykujący np. ludzi, którzy wykonują ten sam zawód, albo też noszą okulary czy mają pryszcza na nosie, nie? No i za chwilę wśród znajomych czy w rodzinie robi się kwas, bo tak zawsze jest, kiedy dwoje ludzi się pokłóci – czyją stronę wziąć? Kogo poprzeć? Najlepiej nikogo i żeby panował pokój, miłość i ogólny dobrostan. Tak z ciekawości – jak mocno przenieślibyście do reala swoją złość na wpis Waszego znajomego, w którym doszukalibyście się czegoś Was krytykującego?

Ja już na pełną anonimowość szansy nie mam, ale czasami mi brakuje tej swobody z początków blogowania, kiedy mogłem pisać co chciałem i nikt tego nie czytał. Atak hejterów pokazał mi, że te czasy minęły. Nie mam jeszcze na szczęście balastu w postaci zakończonych współprac, więc mogę wprost powiedzieć, że np. od kawy z pewnej dużej sieci piszącej na kubkach imiona, wolę kawę serwowaną w innej sieci i nie tracę tym manifestem na wiarygodności.

Coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy napisaniem czegoś komuś nie podpadnę. I wiecie co? To niedobra droga, bo zamiast myśleć o tym, co mam na jakiś temat do powiedzenia i jak to ubrać w słowa, żebyście nie zasypiali w połowie, to zaczynam się zastanawiać, co sobie pomyślą jacyś wydumani w mojej głowie oni. Tylko że ja tych onych nie znam.

Znam Was. A jeśli do tej pory ze mną wytrzymaliście, to chyba i wytrzymacie dalej, nie?

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

  • Ja wchodzę w etap kombinowania „jak to napisać, żeby mi znowu nie rzygali poprawnością polityczną” bleh bleh bleh nie da się wszystkim dogodzić! :/ Mnie nawet prezes czyta…a przynajmniej tak twierdzi. To miłe, że tak mówi 😉 chyba…

    • Gorzej, jak przeczyta coś, co mu się nie spodoba, wtedy może nie być miły. Ale z drugiej strony zaraz będziesz miała miliony z bloga, więc będziesz sobie mogła zmienić pracę 🙂

  • Kurcze, dałeś mi do myślenia.
    Muszę wykasować kilka wpisów o klyentach, bo faktycznie są zbyt dokładne i ktoś może skojarzyć. Chociaż z drugiej strony podpadłem moimi wpisami już tylu osobom, że jedna mniej jedna więcej różnicy chyba nie zrobi?

  • U mnie kiedyś to co napisałam na blogu odbiło się na życiu osobistym, bo współlokatorka, którą trochę obsmarowałam, znalazła mnie, wkurzyła się i wyprowadziła z hukiem. Poprzedzone to było oczywiście całą masą problemów z dogadaniem się, czy nawet polubieniem się, więc odetchnęłam z ulgą. Jednak dyskomfort psychiczny pozostał i od tamtej pory próbuję odbudować moją bezpośredniość na blogu.
    Nie jestem z siebie dumna, ale co się stało, to się stało 🙂

    • Ja mam wrażenie, że nawet jeśli się tak do końca nie ma co przejmować innymi i pisać to, co chcemy, to jednak gdzieś tam, z tyłu głowy to poczucie, że nigdy nie wiadomo, kto nas czyta, nie powinno nas opuszczać.

  • Anonimowi chcą być rozpoznawani, rozpoznawalni – anonimowi. Idealny przykład definicji słowa paradoks. Jak żyć?

  • Anonimowość w XXI wieku stała się słowem archaicznym. Prywatność także. Zatęsknimy czasem z nimi.

  • Danuta Brzezińska

    Gdybym pisząc post myślała czy się komuś narażę, nie byłabym sobą. Jaka cena postu będzie dzisiaj, hm …. rozpętała się wojna. Nie usuwam, nie zmieniam …niech się dzieje…. Trzeba mieć dystans do tego co piszę a jeśli ktoś nie ma, no cóż ma problem (zmieni studio:-))

  • Twój blog się rozwija, Ty się rozwijasz, powoli rośniecie w siłę. Przyjdzie czas, że albo porzucisz anonimowość, albo dojdziesz do etapu, w którym nie będziesz mógł pójść dalej, jeśli nie będziesz chciał się bardziej pokazać. Taka cena bycia blogerem. 😉

    • Sam nie wiem, czy to, że trochę chudnę wpisuje się w ten rosnący trend, czy niekoniecznie 🙂

  • Wytrzymamy. 🙂 Niestety Jacku z każdym wpisem stajesz się coraz bardziej popularny i masz dwa wyjścia albo olać nas maluczkich i pisać co Ci ślina na palce przyniesie albo hamować swoje zapędy literackie 🙂 A tak całkiem poważnie to jest w nas (blogerach) sporo z ekshibicjonistów i tego szukają ludzie w sieci tego pokazania prawdy takiej prawdziwej, a nie takiej jaką chcą przeczytać.
    Pisz po swojemu to jedyna słuszna droga 🙂

    • No i to ostatnie zdanie chyba jest kwintesencją tego, co powinienem robić w kwestii blogowania. Mianowicie swoje 🙂

  • Wytrzymacie? Tak, wytrzymamy! 😀
    O, Dizajnuch, też go czytam. – jest więcej niż piękne 😀

    Osobiście uważam, że nie należy przesadnie kierować się tym co pomyślą o nas inni. To szalenie trudne, ale spróbowałam i zauważyłam pewną prawidłowość. Od kiedy nie zastanawiam się nad tym czy kogoś przypadkiem nie obrażę, co pomyśli mój szef, sąsiadka czy ciocia (ta ostatnia zrobiła kiedyś niezłą aferkę na temat mojego bloga), zauważyłam, że wszystko zaczęło się dobrze układać. Nastąpiła naturalna selekcja ludzi – ci, z którymi się nie identyfikuję, odchodzą. Ci, z którymi mogę konie kraść – przychodzą. Jacyś tam moi #klejenci wiedzą, że mam określony charakter i współpraca ze mną ma swój styl. Wszystko stało się spójne, konkretne i w rezultacie sprawiło, że czuje się spełniona.
    Z tym jednak chwaleniem się blogiem wśród żywych ludzi też uważam. Niestety moi znajomi, szczególnie po kilku piwkach, potrafią zrobić mi blogową siarę. Zagroziłam, że o nich napiszę, więc mam nadzieję, że będzie już spokój 🙂
    Jedną z najmilszych rzeczy dotyczących rozrostu publiczności było, gdy mój brat podobno gadał z jakąś dziewczyną i nagle ona sama z siebie zaczęła mówić, że czyta takiego bloga i zrobił na niej wrażenie…. Gdy mój brat powiedział, że zupełnie przez przypadek tak się składa, że to jego siostra pisze… Hah! 😀

    No i tak na koniec myślę, że… Mimo, iż nie warto za bardzo zastanawiać się kto co sobie pomyśli, to jednak wraz z wzrostem czytelników, wzrastać powinna też pokora. Ludzie przywiązują do słów uwagę – nie tylko gdy piszemy coś kontrowersyjnego, mogącego potencjalnie ich obrazić, ale także gdy piszemy coś przyjemnego czy neutralnego. Okazuje się, że kształtujemy opinię, jesteśmy tymi ę ą #infulencerami, a to już jest bardzo mocno powiązane z odpowiedzialnością.

    • Widzisz, podobno kobiety szybciej dojrzewają, może i ja dojrzeję do tego, żeby się nie przejmować opinią innych? Gorzej, jak to bliscy, których raczej nie wymienię na inne modele. A nawet raczej na pewno. 🙂

      U mnie ze znajomymi jest prościej, bo ja jeszcze nie jestem native digital i wielu moich znajomych-rówieśników siedzenie w necie traktuje jak jakaś zabawę nie do końca sobie zdając nawet sprawę, że internety nie służą tylko do pisania głupich tekstów na bloga. Tak BTW to był powód tego, że przez baaaardzo długi czas praktycznie nikt mnie nie czytał, bo moi funfle często nawet konta na fejsuniu nie mieli. Zresztą niektórzy dalej nie mają. I taka śmieszna uwaga mi się nasuwa, że 40-latkowie są pod tym względem gorzej wyedukowani, niż ich rodzice, którzy sobie tupią na uniwersytety trzeciego wieku i lepiej ogarniają socjale i korzyści z nich wynikające, niż ich dorosłe i dojrzałe dzieci. Choć na pewno nie tak, jak wnuki.

      Moja droga, ja jestem ojcem dwójki dzieci, z których żadne nie było tak do końca planowane, więc co ja mogę wiedzieć o odpowiedzialności? ;)))

  • Napiszę tak: świat jest mały i można się nierzadko zdziwić. Najczęściej pozytywnie. Choć i trollostwa wokół jak mrówków i nigdy nie wiadomo, co, komu i kiedy do łepetyny strzeli.

    • No i to jest właśnie ból. Jeszcze jak się ktoś przyczepi mnie, to tam pół biedy, bo ja sobie umiem poradzić, ale jak jakby mi się jakaś menda przyczepiła rodziny, to sam nie wiem, jak bym zareagował. Na szczęście aż tak mi to nie grozi bardzo 🙂

  • Kasia Motyka Kocikowa Dolina

    Na BCP był taki wykład na temat etyki blogowania… Każdy z nas ma w blogosferze swoje miejsce i każdy sam decyduje co tam umieści… Moralność dla każdego znaczy co innego i jest dość elastyczna w dzisiejszych czasach… Skoro tu wracam to znaczy że lubię 😉 tak na marginesie… to wiem kim są córy Koryntu 😉

    • Ano właśnie – ostatnio musiałem sobie poustawiać na nowo pewne kwestie związane z granicami prywatności i takie tam.
      Ja się bardzo cieszę, że wracasz 🙂 I że należysz do tych nielicznych, którzy wiedzą, co to określenie znaczy 🙂

  • Na jednym ze szkoleń blogerskich, całe wieki temu, właśnie zadałam takie pytanie – ile, jako ja, projektant – mogę siebie pokazać na blogu, by nie mieć przesrane u potencjalnego zleceniodawcy / kolejnego szefa / inwestora / branżysty / rzeczoznawcy itd. No, właśnie. Śliski temat.
    Bo z jednej strony trzyma mnie tzw. tajemnica zawodowa (szczególnie przy pikantnych i suto zakrapianych imprezach z byłej firmy). Z drugiej strony tężę firmę mam głęboko, bo łączy mnie z nią tylko niewiele ponad 2 lata w CV oraz świadectwo pracy.
    A z trzeciej strony – wiem, że czytelnicy z dziką rozkoszą by o tym poczytali.
    I dogódź tu wszystkim, najlepiej jednocześnie.
    W pewnym momencie nawet zastanawiałam się czy Moreli nie prowadzić anonimowo. Ale i tak by się wydało 😛 Stylu pisania nie ukryjesz.
    W związku z tym…
    Jakże cholernie się cieszę, że nie mam tak wielu czytelników, bym na ulicy słyszała: „Ej, to ta z Moreli! To ta wariatka od Meneli z Biura, która chodzi po zawalonych, obsranych poddaszach a później się tym chwali” 😛
    Mogę sobie podziałać ostrosłowem, a co 🙂

    • Matko, jakby mnie ktoś na ulicy kiedyś rozpoznał to chyba bym nie wiedział, gdzie się ukryć i którędy spitolić 🙂

      Tajemnica zawodowa nie ogranicza się aby do spraw zawodowych? Tak pytam lege artis. Ja dosyć długo się zastanawiałem, czy pisać o #klajentach, ale stwierdziłem, że jak mój potencjalny klient ma mnie czytać, to niech wie, jak się nie zachowywać 😉

      • Teoretycznie ogranicza, ale głupio pisać, że były (im)prezes po pijaku wyskakiwał przez balkon. O 2 w nocy. Z 1 piętra.
        Bo się bał, co powie żona, że go nie ma 😛
        Ooops! 😛 Hje, hje 😉

  • Martyna Ewa

    Trzeba przyznać, że dobrze się czytało. Mogę wysnuć stwierdzenie, że jesteś już sławny tylko jeszcze nieoficjalnie 😉 aaaa i uważaj na te komary co krowy porywają 😉

    • A dziękuję, dziękuję 🙂

      Etam, ja się wśród nich wychowałem, umiem unikać jak amazońskie dzieci unikają jadowitych węży 🙂

  • Gdy zaczynałem pisać bloga też miałem obawy, czy kogoś zbytnio nie obsmarowałem. A ponieważ cała rodzina i znajomi wiedzą o blogu, więc ukryć się nie dało. I często na temat osób z najbliższego otoczenia potrafię się nawyzłośliwiać. Reakcje są bardzo podobne – stwierdzenie, że to wcale nieprawda, same kłamstwa we wpisie, a potem tym wpisem znajomym się chwalą. A ci, o których jeszcze nie napisałem, mają pretensje, że zostali pominięci. Ludzie są nieprzewidywalni 🙂

    • Haha, u mnie pretensje z powodu napisania o kimś się zdarzyły raz, ale z powodu nienapisania jeszcze nie 🙂

  • nieprzyzwoitka

    Nie ma anonimowości w sieci.
    Zastanawiałam się, czy nie urwać w tym momencie, aby było bardziej dramatycznie, ale jednak moje wrodzone gadulstwo wzieło górę. Możesz odciągać moment, w którym Twoja twarz zostanie przypisana do treści, które tworzysz, ale nie miejmy złudzeń – to już nie te czasy to po pierwsze, po durgie – to nie nasze portfele.

    • I jak się z tym czujesz i czy jesteś na to gotowa?

      PS. To podobno takie pytania trzeba kobiecie zadawać, jak jej się gadulstwo włącza 🙂

      • nieprzyzwoitka

        Serio?? I co się wtedy ugrywa? Bo mnie to napędza do dalszego gadania. O to chodzi?

        • Dokładnie o to – kobieta wygadana, to kobieta mniej nerwowa 🙂

          • nieprzyzwoitka

            Ty jesteś taki sprytny! Aż dziwne, że nie rudy! No ale podobno to charakter a nie kolor…

  • Mam identyczne podejście. Też z jednej strony uważam takie obawy za kretyńskie, a z drugiej jednak mam świadomość, że któryś z moich niewybrednych wirtualnych żartów może kiedyś wrócić w nieprzyjemny (i niekoniecznie wirtualny) sposób. I też mi się zdarzyło raz czy drugi wyedytować jakąś treść w komentarzu czy we wpisie, bo a nuż.

    Natomiast w drugą stronę to nie działa kompletnie. Ludzie, którzy się ze mnie nabijają (anonimowo czy nie, on-line czy na żywo) albo mają rację albo jej nie mają. Ja tam w każdym razie swoje wiem i nie daję się wciągać w jakieś durne wojenki. Życie mamy jedno (z wyjątkiem buddystów, podobno), szkoda zdrowia na takie sraty taty.

    Najlepsza metoda na nabranie twardej dupy to administrowanie dużą grupą w Sieci, pod własnym (prawdziwym) nazwiskiem. Mi się to zdarzyło już dwa razy (raz po polsku, raz po angielsku) i dzięki temu otrzaskałem się z hejterami, trollami oraz szczególnie namolnymi klientami, którzy potrafią spędzić pół dnia na wyszukiwaniu w necie namiarów na mnie, żeby potem nękać mnie telefonami w sobotę o piątej rano. Żadna frajda, ale przynajmniej człowiek nabiera potem odpowiedniej ogłady (i wie, kiedy kurwolingwistyka zadziała, a kiedy nie).

    Inną klasą podludzi są scammerzy; na jednego dziś natrafiłem. Tak wredne bydlę, że zrezygnowałem nawet z reguły publikowania raz-na-trzy dni i wrzuciłem wpis poza kolejnością, na przestrogę innym: https://xpil.eu/adrenalina/ (pardąsik za bezczelną autoreklamę).

    Pozdrawiam zza blogowej miedzy!

    • Mnie to najbardziej niepokoi scenariusz, kiedy jakiś nawiedzony troll, a jeszcze nie daj Boże trollica, zacznie nękać np. MałąŻonkę, bo coś napisałem albo coś się jej ubździło. Tym bardziej, że nie trzeba być ani Sherlockiem ani Einsteinem, żeby namiar do mnie znaleźć, z telefonem włącznie. Na szczęście wierny jestem jak pies Szarik, więc przynajmniej przypadki molestowania i niechcianych ciąż odpadają 🙂

      O widzisz, podejrzewam, że gdyby podobny telefon odebrała MałaŻonka, to byłaby afera, bo dostałbym wielki zjeb za niepuszczone przelewy, a dopiero później by włączyła myślenie (na szczęście przelewu z telefonu nie umie puścić).

      My obydwoje jesteśmy trochę uodpornieni na naciąganie, bo co i rusz dzwoni ktoś, że np. mija nam rok od założenia konta gdzieś tam i profesjonalna wizytówka już nie będzie za darmo i kliknijmy w linka. Albo że ktoś nas obsmarował w necie, a firma usunie niepochlebne opinie. To w ogóle było śmieszne, bo po pierwsze same informacje zawarte w opinii były nieprawdziwe, po drugie podpisał się pod tym jakiś Jan. A śmieszne było to, że przez 12 lat firmy mieliśmy jednego, JEDYNEGO klienta o imieniu Jan, dodatkowo był tak zadowolony ze współpracy, że spędzaliśmy u niego wakacje w górach, bo ma duży dom, który stoi pusty, bo chłop robi interesy we Wrocławiu i nam udostępnił za friko – raczej nie był niezadowolony. Statystyka zawiodła, bo przecież Janów jak mrówków 🙂