Zdarzyły mi się ostatnio dwie historyjki zabawne i jedna niekoniecznie, które dały mi do myślenia w kwestii blogowania. Jeśli nie chce Wam się czytać, to przewińcie te kilka akapitów w dół, do wniosków. Ale wtedy umknie Wam kontekst, nie?
Historyjka 1
Niedawno byłem na Blog Conference Poznań, wiecie, takiej niszowej imprezie dla takich ludków, co to do internetów jakieś dziwne rzeczy robią. I to było w Poznaniu. A tak się złożyło, ze dwa dni później pojechałem do Poznania na kolejną imprezę, tym razem dla takich ludków, co to robią dla ludzi meble, gdzie się uczyłem o tym, której firmy szuflady są fajne (oczywiście, że naszej) i jak to wszystko w kuchni tak poustawiać, żeby to było wygodne dla ludków, co to w kuchni robią obiady.
Czyli stolarze na różnym etapie tego stolarstwa – od szeregowych pracowników skręcających samodzielnie szafki, poprzez montażystów, aż do właścicieli firm dużych i małych, którzy już w zasadzie tylko puszczają faktury, ale dobrze by było, żeby nie zapomnieli, jak wygląda zawias. Podkreślam to specjalnie, bo raczej nie oczekujemy, żeby ludzie działający w tej branży jakoś szczególnie śledzili media socjalne czy czytali blogaski, prawda?
No i na imprezie sponsorowanej, jak to na imprezie sponsorowanej, je się mięsiwo, leją się trunki, zakąsza się śledzikiem, ogólnie atmosfera panuje luźna i rozwiązła, więc naturalnym jest, że się wtedy rozmawia o pracy, bo o czymże innym? Po obowiązkowym obgadaniu szuflad i zawiasów ze szkolenia (bo jednak jak płacą, to trzeba trochę temu czasu poświęcić), przyszedł czas na ploteczki i pikantne historyjki z branży.
I okazało się, że nie tylko ja mam co jakiś czas #klajentów, bo i taki klient najmądrzejszy na świecie im się trafia, i klient Pan i Władca, i Gibki Bongo, któremu obrazki z pinteresta lekko padły na rzeczywiste postrzeganie rzeczywistości. Okazuje się, że nie jestem tutaj tak bardzo wyjątkowy.
Ale w pewnym momencie zacząłem opowiadać o tym, jak nasza pracownica nas oszukała. Zapadła cisza, bo jednak aż tak bardzo wydymać to się nikt nie dał. Kilka osób pokiwało głowami ze współczuciem, kilka przyszło się ze mną napić na pocieszenie. Ale podszedł też jeden gość, którego kompletnie nie kojarzę, z całą flaszką od razu, stawia przede mną i mówi:
- No to teraz wiem, kim jest ten koleś, którego czytam. Musimy się napić.
Historyjka 2
Do czegoś Wam się przyznam – najlepiej mi się przygotowuje wpisy na kompie w studiu. Jest wygodny fotel z regulowanym chyba wszystkim, dobrze podpierający moją boląca rwę kulszową. Jest wygodne duże biurko z moim nieodzownym twórczym bałaganem. Jest normalna klawiatura, a nie takie gówno jak na laptopie, do małości którego pewnie nigdy się nie przyzwyczaję. Jest wreszcie duży ekran, na którym mam pierdyliard różnych ikonek i nie włażą one na siebie. Tak, przyznaję się do wykorzystywania sprzętu firmowego i mam nadzieję, że mój pracodawca mi wybaczy.
Niedawno jakoś tak się złożyło, że dłubałem coś przy blogu i miałem akurat wrzuconą stronę główną, kiedy poczułem parcie na wentyl i poszedłem sobie ulżyć. W czasie mojej fizjologicznej nieobecności przyszedł do mnie klient, trochę wcześniej niż był umówiony. Skończyłem to, do czego zawezwała mnie natura, umyłem rączki i z firmowym uśmiechem na obliczu wychodzę przywitać mojego potencjalnego dobroczyńcę. A ten patrzy na mój ekran, na którym jest mój blog i mówi:
- Oo, dizajnuch, też go czytam.
Historyjka 3
Gdzieś coś u kogoś skomentowałem. Temat lekko kontrowersyjny, komentarz trochę osobisty, może za bardzo. No i Małażonka, moja kula-szpiegula zwróciła mi uwagę, że ten akurat temat powinienem skrzętnie omijać, bo za dużo zdradza na temat naszej prywatności. I że może go przeczytać mój syn, brat, rodzice, ciotka, szwagier czy teściowa. A może nie powinni, bo przecież rodzina rodziną, ale są pewne sprawy, które nie powinny wychodzić na światło dzienne, bo są WEWNĄTRZmałżeńskie.
Pokornie przyznałem Jej rację, jak zwykle zresztą, a nawet jak zawsze, bo to jednak małżeństwo, a nie jakiś związek partnerski, gdzie mam coś do gadania. Niektóre komentarze usunąłem, inne poprawiłem.
Po co o tym piszę?
Wcale nie dlatego, żeby się pochwalić, że jestę blogerę i trafiam coraz częściej do zupełnie przypadkowych ludzi, których kompletnie nie kojarzę. Że to już nie są tylko i wyłącznie znajomi, rodzina czy ludzie znani mi w ten czy inny sposób z netu. Nie o to mi chodzi.
Zaczynają mnie czytać ludzie kompletnie mi obcy, którzy zupełnie nie są w stanie przypasować twarzy Jacka eM do bloga dizajnuch.pl. Ale to nie przeszkadza im wyrabiać sobie na mój temat zdania tylko i wyłącznie na podstawie tego, co zobaczą we wpisach. Zazwyczaj nie pluję jadem, że zaplute karły reakcji powinny trafić do reedukacyjnych obozów, tematów politycznych unikam jak ognia (nie że się boję reakcji oszołomów, tylko uważam je za śmiertelnie nudne), rzadko wałkuję tematy w stylu prawdziwy patriotyzm czy uchodźcy to zuo, więc też i nie muszę przemykać kanałami, bo mnie jakiś nawiedzony wziął na celownik.
Ale z drugiej strony, nawet jeśli sobie robię heheszki, to mogą się one nie spodobać temu, z którego się śmieję, prawda? Albo odnajdzie w sobie jakieś tych heheszków ślady czy podobieństwa. A #klajentów to ja raczej nie przedstawiam w szlachetnej pozie na białym koniu. Słownictwo też nierzadko pochodzi raczej z podwórka, niż z auli wykładowej profesora Miodka, bo akurat użycie soczystej kurwy często bardziej ładuje tekst emocjami, niż córa Koryntu. Poza tym – ktoś jeszcze wie, co to znaczy córa Koryntu???
Opinia jest jak dupa i każdy ma swoją, więc nie powinno dziwić, że czasami ktoś, np. potencjalny klient, może sobie nie życzyć kontaktu z takim indywiduum. Bo ciężko oddzielić sobie w głowie obraz osoby z bloga od obrazu osoby, z którą mamy robić interesy, która siedzi naprzeciwko i proponuję kawę z bajeranckiego ekspresu. Dlatego ja prywatnie bardzo rzadko opowiadam o tym, że piszę bloga, nawet wśród znajomych, że o nieznajomych nie wspomnę – nigdy nie wiem, na kogo trafię i jak zareaguje. Czy pośmieje się ze mną, czy też powie, że to chore i powinienem się leczyć #truestory. Nigdy nie wiadomo też, w jakich okolicznościach los postawi mi tę osobę na drodze i po co to zrobi.
Mam w głowie sporo tematów, które chciałbym poruszyć, ale wiem, że w ten czy inny sposób mogą zaboleć kogoś, kogo znam, nawet jeśli absolutnie personalnie tego kogoś dotyczyć nie będą. Ale przy niesprzyjających wiatrach odnajdzie we wpisie jakąś cząstkę, którą weźmie do siebie i przestanie mnie kochać. Z drugiej strony – czy ja jestem szarlotką, żeby mnie każdy kochał?
Anonimowość gwarantuje święty spokój.
Znajomości z fejsa czy z komentarzy pod wpisem, to bardzo często (choć na szczęście nie zawsze – pozdro KOTy) takie znajomości instant – na chwilę, na szybko, trochę pobieżnie, trochę bez zaangażowania. To znajomości, które jakoś nie wpływają specjalnie na sfery życia poza blogiem, bo i w czasach instant żyjemy – ma być szybko i bez zbędnego wysiłku. Nikomu się nie będzie chciało szukać mnie poza nim, żeby mi powiedzieć głupi kaowiec. A jeśli się komuś będzie chciało, to raczej nie po to, żeby mi dosrać, bo internetowe trolle i hejterzy są odważni tylko wtedy, kiedy się właśnie za maską anonimowości chowają.
Co innego te znajomości mniej lub bardziej prawdziwe – głupio stracić kumpla przez wpis krytykujący np. ludzi, którzy wykonują ten sam zawód, albo też noszą okulary czy mają pryszcza na nosie, nie? No i za chwilę wśród znajomych czy w rodzinie robi się kwas, bo tak zawsze jest, kiedy dwoje ludzi się pokłóci – czyją stronę wziąć? Kogo poprzeć? Najlepiej nikogo i żeby panował pokój, miłość i ogólny dobrostan. Tak z ciekawości - jak mocno przenieślibyście do reala swoją złość na wpis Waszego znajomego, w którym doszukalibyście się czegoś Was krytykującego?
Ja już na pełną anonimowość szansy nie mam, ale czasami mi brakuje tej swobody z początków blogowania, kiedy mogłem pisać co chciałem i nikt tego nie czytał. Atak hejterów pokazał mi, że te czasy minęły. Nie mam jeszcze na szczęście balastu w postaci zakończonych współprac, więc mogę wprost powiedzieć, że np. od kawy z pewnej dużej sieci piszącej na kubkach imiona, wolę kawę serwowaną w innej sieci i nie tracę tym manifestem na wiarygodności.
Coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy napisaniem czegoś komuś nie podpadnę. I wiecie co? To niedobra droga, bo zamiast myśleć o tym, co mam na jakiś temat do powiedzenia i jak to ubrać w słowa, żebyście nie zasypiali w połowie, to zaczynam się zastanawiać, co sobie pomyślą jacyś wydumani w mojej głowie oni. Tylko że ja tych onych nie znam.
Znam Was. A jeśli do tej pory ze mną wytrzymaliście, to chyba i wytrzymacie dalej, nie?
Fot: fotolia, autor: mpix-foto