Przychodzi informatyk do projektanta wnętrz

 

Smęcę ostatnio…

Może to jeszcze nie jest tak, że pierdolę jak potłuczony, ale już blisko i jakoś zupełnie nie mam pojęcia skąd to się wzięło. Szaroburość zaokienna powinna przegrać z moimi dwoma tygodniami po drugiej, słonecznej stronie globu, prawda? Święta były Bożego Narodzenia, więc i prezenty, i jedzonko dobre, i radość prorodzinna w ciepłej otulinie z 500+ powinny szaroburość wewnątrzmózgową wygonić. A tu jakoś ni choinki, że tak pozostanę w klimatach.

Może to przez zwiększone picie kawy, zmniejszone picie czerwonej herbaty i znacznie zmniejszone spożywanie magnezu? Może ruchu brak i łażę niedotleniony w tym smogu polsko-wielkomiejskim, co mi otula szare komórki całym tym fruwającym w powietrzu syfem? Mam swoją teorię, że to może mieć związek z porannym wstawaniem do szkoły i nawet owa teoria zostanie rozwinięta w osobnym wpisie, ale póki co nie wiem, co za cholera. Lecz czas to by powiedzieć basta, bo najpierw Wy umrzecie z nudów, a potem ja z tęsknoty za Wami, bo co to za bląger bez Czytelników swych?

A że ja się uwielbiam śmiać, a już z samego siebie to w ogóle, więc dzisiaj wpis, który będzie trochę autoironiczny i ma zadziałać jak Noc Oczyszczenia. Mógłbym być słonia nos i nie powiedzieć, co tu będzie takiego szczególnego zdając się tylko na tych, którzy mnie znają albo uważnie czytają. Ale żeby nie było tak, że jestem złamasem kutanym i nie powiem, o co chodzi, to powiem – od kilku lat projektuję wnętrza. Ale wcześniej przez kilka lat byłem korpo-adminem bankowym, bo z kolei jeszcze kilka lat jeszcze wcześniej ukończyłem Informatykę i Zarządzanie do Wrocławskiej Polibudzie z wynikiem… to nieistotne dla całej historii. Czyli SAM jestem informatykiem z wykształcenia. I projektantem wnętrz z wyboru. Co prawda nie z mojego, ale to temat na kiedy indziej.

 

Uczelnia techniczna zmienia ludzi

Choć bardziej pasuje „ryje beret”, dlatego dzisiaj odcinek specjalny z cyklu #klajenci poświęcony takim właśnie zrytym ofiarom polskiego technicznego szkolnictwa wyższego. Takim, jak ja.

Zazwyczaj informatycy są sympatyczni (to ja), czasami trochę pierdołowaci (bywam i ja), bywają często odklejeni od rzeczywistości (raczej nie ja) i przeważnie w mniejszym lub większym stopniu pasuje do nich hasztag #nolife (to… sam nie wiem). Sprawiają po prostu wrażenie lekko zagubionych, kiedy się ich odstawi od ekraniku i każe wyjść na świeże powietrze czy promienie słoneczne.

A raz na jakiś czas, na szczęście rzadko, trafi się buraczana pała – jak to w życiu. A cóż to byłoby za życie bez odrobiny nerwów i urozmaicenia? Na szczęście jestem oazą spokoju – zajebiście wyluzowanym kwiatem lotosu na tej jebanej tafli jeziora, więc kiedy się tacy trafiają to tylko pilnie notuję, coby się tu z Wami podzielić perełkami i absolutnie, ale to A-B-S-O-L-U-T-N-I-E nie daję się wyprowadzić z równowagi. Bo jakbym się dał, to był zajebał czymś ciężkim w ten durny zero-jedynkowy łeb i uchronił świat od dewastacji, lecz jednocześnie dziatki me skazał na los sierocy i ojca-kryminalistę z wielką dziurą w dupie zrobioną przez ziomków spod celi.

Jedni i drudzy natomiast mają cechę wspólną. Wszystko wiedzą najlepiej, bo przeczytali w necie – na forach, wyguglali sobie, ktoś tak pisał na LinkedIn, na blogu czy na jakimś branżowym portalu. I bezkrytycznie przyjmują wiedzę z ekranu w pogardzie mając wiedzę człowieka siedzącego naprzeciwko. Co czasami prowadzi do śmiesznych sytuacji, a czasem nerwowych. Pamiętacie kolesia, który przepowiadał moją biznesowa śmierć? Założę się, że informatyk, albo jakaś pochodna.

 

Nie szata zdobi człowieka…

Znacie ten kawał:

Obok siebie w autobusie stoją Ona i On. Ona spojrzała na niego, on spojrzał na nią.
– Informatyk – pomyślała studentka
– Studentka – pomyślał bezdomny

Nie uwierzycie, ale ostatnio Pani Matka do mnie z tekstem po tym, jak skończyłem spotkanie z klientem (przesympatycznym tak na marginesie, niedługo finalizujemy umowę): To twój klient? A ja myślałam, że jakiś bezdomny przyszedł żebrać o kasę. Tak, ciągle jeszcze się zdarzają koszule w kratę wpuszczone w dżinsy na grubaśnym brzuchu albo dziwne płaszcze jakby zajebane z pomocy dla powodzian. Na szczęście coraz rzadziej.

 

Łowca karaluchów

Mam taki wstępny projekt na podstawie tego, co przeczytałem w necie i na stronie IKEI – będzie pan musiał z niego usunąć bugi. 

Jeszcze kuchnia nie stoi, a już robale ganiają? Pan se kupi prusakolep.

 

Detalista

– Wie pan, bo ja przeczytałem w necie, że do piekarnika to musi być przewód o przekroju 2,5mm².
– Zgadza się, taki jest zalecany.
– No właśnie, i ja kupiłem sobie elektroniczną suwmiarkę, rozkręciłem gniazdko i zmierzyłem, że średnica to jest 1,76mm, a jak to podstawię do wzoru na pole koła czyli πr², to wychodzi mi przekrój 2.43284935093994mm², czy taki wystarczy?

Panie kochany, no ja myślę, że bez rycia w ścianach i kładzenia nowych przewodów to się nie obejdzie – za dużo prądu zostanie w ścianach, bo piekarnik nie zaciągnie za małym kablem i kogoś kopnie, jak się niechcący ściany dotknie.

 

Bo tak przeczytałem w necie

– Standardowo szafki dolne w kuchni mają 72cm i stoją…
– Ale ja chcę mieć 75cm!
– OK, nie problem takie zrobić, ale za niestandardowy wymiar dopłaca Pan 15% do każdej szafki.
– Ale przecież 75cm to najlepsza wysokość i powinien pan zmienić standard!
– Dlaczego?
– Bo tak przeczytałem w necie.

 

Mędrek i Gburek w jednym (to ciągle ten sam)

– Nie, tak nie jest dobrze!
– Dlaczego?
– Bo w ten sposób nie ma zachowanej zasady trójkąta roboczego i tak nie jest ergonomicznie, a przeczytałem w necie, że wszystkie kuchnie powinny być tak projektowane, żeby zachować zasadę trójkąta roboczego i co z pana za projektant, jak pan tego nie wie!!
– Ale Pan ma przecież zabudowę tylko na jednej ścianie, więc jak Pan chce mieć tu trójkąt??

 

Dobrze będzie… (ciągle ten, co powyżej)

Ja nie wiem – albo koleś został porażony potęgą mojej wiedzy w temacie projektowania serca domowego ogniska i po prostu wymiękł, albo stwierdził, że durny jestem, tylko trzeba ze mną delikatnie i nie drażnić, bo jeszcze go nie daj Bodziu zamknę ze sobą w jednym pomieszczeniu, a wiadomo, że z wariatami lepiej w jednym pokoju nie siedzieć. I przestawiło mu się coś lekko, bo jak tylko mówiłem, że coś jest totalnie bez sensu, to nie mówił, że tak ma być, bo tak przeczytał i wie lepiej, tylko z pobłażliwym uśmieszkiem ripostował, że spoko, spoko, damy radę – my ze szwagrem nie takie rzeczy robili.

Po ścianie idzie rura odpływowa i przeszkadza w ustawieniu zmywarki? Spoko, zrobimy tak, że się da.

Gniazdko wypada za zmywarką i ta się nie zmieści? Spoko, wybierzemy inną zmywarkę. (WHAT?!?!)

Lodówka się nie otworzy, bo walnie w kaloryfer? Spoko, nie będę otwierał do końca.

Nad blatem nie ma gniazdek? Spoko, pociągniemy przedłużacz i mucha nie siada.

Młynek na odpadki się nie zmieści w tak małej szafce z sortownikiem. Spoko, ja używam naprawdę małych koszy i mam bardzo mało śmieci.

Przeleciałem twoją dziewczynę. Spoko, i tak jej nie kocham.

 

Patientia virtus est

Dzwoni telefon: Pracuje pan w ogóle? Bo pół godziny temu wysłałem maila i jeszcze nie mam odpowiedzi.

 

Nieśmiałek

– Ma pan może ekipę do remontów?
– Mam. To nie nasza firma, tylko zaprzyjaźniona, ale działamy razem już od kilku lat, więc polecamy z czystym sumieniem. Dać Panu numer?
– A może pan zadzwonić za mnie? Bo ja się niekomfortowo czuję jak mam rozmawiać z kimś nieznajomym.

Kurde, płacić też mam ja??

 

A jak tam u Was? Co przeczytaliście ostatnio w necie?

 

 

Fot: fotolia, autor: igorp17


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

  • Pingback: 40 faktów o mnie na 40 urodziny (i Liebster Blog Award)... | dizajnuch.pl - blog faceta...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Pingback: #klajenci, którzy mniej lub bardziej działają na nerwy. | dizajnuch.pl - blog faceta...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Wujek Google radzi jednak najlepiej w tematach zdrowotnych. Ilu z nas powinno już pożegnać się z tym światem. 😉

  • O wujku Google, niechże hołd ci złożę!!!
    A tak na poważnie – zdarza mi zajrzeć i zasięgnąć porady u wyroczni, ale idiotki z siebie robić nie bedę, gdy w realu potrzebuję pomocy fachowca…

    • Bo Ty mądra dziewczynka jesteś, podczas gdy oni byli przemądrzali 🙂

  • No właśnie, tacy są informatycy. I dopóki nie są w tym agresywnie najmądrzejsi na świecie (bo na przykład przyszli z żoną i muszą pokazać, kto tu rządzi), wtedy współpraca jest bajkowa 🙂
    72 to standardowa wysokość, do której dopasowane są sprzęty, np. zmywarka czy lodówka. Jeśli się chce wyższe meble, to podnosi się cokół szafki z 10 cm do np. 15, a nie rozszerza samą szafkę. Tak jest taniej i mnie komplikacji 🙂

    • No to dzięki za darmową poradę fachowca, właśnie walczę z nową kuchnią 🙂
      A co do informatyków: oni naprawdę tak potrafią? Albo w ostatecznym starciu ratuje mnie mój wrodzony kobiecy wdzięk, albo fakt, że rasowy informatyk difoltowo boi się kobiet, co znakomicie utrudnia mu wszelkie dyskusje 😉

      • Wal jak w dym, jak będę mógł, to pomogę 🙂

        Tak, potrafią – informatyk, który np. pracuje w jakimś korpo na średnio albo i wyżej kierowniczym stanowisku i ma w sobie gen buca jest okropny, a dla kobiet w szczególności. Bardzo często, kiedy przychodzą z żonami to traktują je tak strasznie z buta, że aż przykro patrzeć. Próbują też tak traktować mnie albo MałąŻonkę, ale ja akurat jestem solidnie pyskaty i mam alergię na buców, a Pani Matka jest takiej klasy fachowcem, że wgniata ich w ziemię samym pogardliwym spojrzeniem pięknych zielonych oczu. Fakt, nie zawsze jest to celowe działanie, czasami po prostu jak to faceci po uczelniach technicznych – mają deko przyciężkawy dowcip i nie bardzo odczuwają różnicę pomiędzy kontaktem z innymi facetami sprzed komputerów, a obcą osobą, a kobietą w szczególności 🙂

        Bez względu na to, czy to właśnie taki buc czy nolife słowo wyczytane w necie jest dla nich świętością, ale ten taki bardziej wycofany daje sobie przetłumaczyć, chociaż później wszystko sprawdzi 100 razy w necie, ten bucowaty niestety jest najmądrzejszy na świecie i koniec.
        I jeden i drugi jest tez gadżeciarzem, więc jakieś różne elektryczne cuda za niemałe pieniądze chętnie sobie fundują 🙂

        • No popatrz, to mi się całkiem inny gatunek informatyka przydarza. Czasem tylko się znarowi, że „coś innego czytał/słyszał/się mu wydawało” i zaraz musi „sprawdzić” na smartfonie, ale – może specyfika branży – zaraz grzecznie przysiada, bo „faktycznie, miała pani rację”
          No ale u ciebie to się w sumie nie dziwię: tyle technicznych cudeniek, że wypada się trochę pomądrzyć.

          • To chyba kwestia charakteru – jeden i drugi wie najlepiej, bo przeczytał w guglach, ale ten Twój i większość moich akurat nie zamyka się na słowo mówione, z kolei ten z wpisu jest najmądrzejszy zawsze i wszędzie 🙂 Strasznie żonę jechał z buta, więc to po prostu burak i zawód nie ma tu akurat nic do rzeczy.

            • Burak to Burak, faktycznie bez względu na zawód. My takim specjalnie windujemy ceny, hihi, w nadziei, że nie wrócą 😉

  • Bo internet to teraz jest Biblia 😀

    • Tylko czemu ci wszyscy badacze pisma świętego muszą wyżywać się na mnie? :))

      • No wiesz, każda wiara wymaga ofiar XD A najczęściej giną niewinni 😉

  • Cze Karol. Nie byłbyś chyba sobą, gdybyś odrobinę nie pomarudził. Ale my, doskonale utrzymani, szpakowaci czterdziestolatkowie chyba mamy taką wadę konstrukcyjną, bo ja również. Mimo że piątek, mimo że trzynasty, mimo że w perspektywie weekend. Nic to, ponarzekać trzeba.

    Karol, ja się nie chcę czepiać, ale możesz mi wytłumaczyć co Cię opętało z tym szykiem przestawnym? Raczyłeś nas hojnie nim dziś, jakbyś się mandaryny opił. „…Lecz czas to by powiedzieć basta, bo najpierw Wy umrzecie z nudów, a potem ja z tęsknoty za Wami, bo co to za bląger bez Czytelników swych?…” – co to qrwa jest?!

    Dostrzegam delikatne, ledwie wyczuwalne przekłamanie w Twoim tekście. Przytoczona charakterystyka informatyka dotyczy odzianego flanelą nerda, zwykle bardziej samouka i amatora, najczęściej miłośnika gier, aniżeli specjalisty.
    Posiadam na wyposażeniu domu takiego jednego specjalistę w postaci Żony. Babka z niej galantna, niczego sobie, pełna wdzięku i uroku, w dodatku nieprzyzwoicie inteligentna czym ustawicznie wprawia mnie w osłupienie. Można powiedzieć, otrzymała pełen pakiet od stwórcy, gdy ja jedynie potrafię bajecznie się uśmiechać. Nijak to nie przystaje do Twoich słów.
    W ogóle, otoczony jestem liczną zgrają, doborową wręcz armią informatycznego zaciągu różnego wydania i nie ma w niej ani jednego osobnika rysem nawiązującym do Twojego opisu. Towarzystwo rozhulane, przyjazne, otwarte. Chłopaki z jajem, dziewczyny z ikrą. Potwierdzam, w większości sympatyczni, ale nie bardziej niż reszta społeczności zagubieni, czy pierdołowaci. Mamy więc do czynienia z powielaniem stereotypu.

    A propos anegdoty z bezdomnym i studentką. Kiedyś, w czasach studenckich jeszcze, gdy zdawało mi się, że morza i oceany do końca życia będę przecinał, odbywałem praktyki. Mieliśmy do wyboru PŻM, bądź organizacja praktyk we własnym zakresie poprzez agencje morskie. To drugie do prostych nie należało, ale z kumplem z roku udało nam się załapać taki kontrakt. Mimo że wykorzystywano nas, biednych praktykantów na wszelkie możliwe sposoby, to szmalec i tak był lepszy niż w PŻMie, a i zamordyzm nieco mniejszy. Któregoś wieczora siedzimy – stojąc akurat w porcie – z Kwiatkiem na relingu. Siedzimy stojąc, szablonowy oksymoron wysmarowałem.
    W każdym razie siedzimy, Kwiatek zaciąga się sztublem i wskazuje mi jakiegoś niewielkiego typa, który zapamiętale użera się z 200-tu litrową beczką oleju na kei – Ty zobacz jak gość walczy z beczką. Ani nam w głowie było mu pomóc, bo przecież my tu na praktykach, nie do pracy. Suma sumarum, okazało się, że ten niewielki typek w tenisówkach, starym tiszercie i spranych dżinsach to nasz armator. Właściciel firmy, której stan posiadania nie ograniczał się bynajmniej do tego jednego statku, na którego relingu usadziliśmy swoje tyłki, a floty kilkuset, nabrzeży przeładunkowych w wielu portach na świecie, hal, magazynów portowych, floty naziemnej. Jednego z głównych graczy światowej logistyki. Taka opowieść bez puenty, może tylko z taką, że nie szata zdobi, i tak dalej.

    I na koniec, przemądrzały, wszystko wiedzący sprzedawca może być równie irytujący co klyent namolny i awanturujący się – Co mi Pan będziesz mówił, ja x lat w tym fachu robię. Nigdy nie wiesz kiedy ty robisz z siebie głupka, zadając komuś pytanie, o oczywistej dla niego, nie siebie, odpowiedzi.

    • No widzi kolega, tak się ostatnio czuję, nie inaczej, że mam nastrój na marudzenie. Wnerwia mnie to podobnie jak Ciebie, ale idzie ku dobremu. Taką przynajmniej mam nadzieję. Albo dobra, niech koledze będzie – „przynajmniej taką mam nadzieję”. Widać nastrój też rzuca się i na szyk w zdaniach, co poradzę?

      Kolega mi odpowie na jedno ważne pytanie – jaki byłby sens opisywania kogoś, z kim się współpracuje bezproblemowo, gładko jak po maśle, bez nerwa i kto tak właściwie nie zapada w pamięć? Czyli nomen omen standardowo, bo procent klientów awanturujących się to pewnie nawet nie procent tych, których obsługuję. To nie kronika, to blog, więc jako taki jest subiektywny. I jako taki pokazuje wycinek rzeczywistości akurat taki, jaki chcę pokazać.

      Podobnie sprawa ma się ze stereotypem informatyka – jest taki, a nie inny. I to, że akurat zamarzyłem sobie opisać te kilka zapadłych mi w pamieć przypadków pod tenże stereotyp podpadających wcale nie znaczy, że tacy są wszyscy i innych nie ma. Ja również jestem informatykiem, a w koszuli w kratę mnie nie spotkasz. No dobra, ale na pewno nie we flanelowej. I żadnemu z opisywanych mi przypadków nie ujmuję inteligencji – ci, z którymi moja współpraca rozwinęła się poza pierwszą gratisową rozmowę, na której omawiamy projekt, okazali się wysokiej klasy specjalistami. Co wcale nie przeszkadzało temu, że bywali solidnie wycofani i zabrani zza ekranu sprawiali wrażenie solidnie przestraszonych światem realnym w postaci koloru mebli, ścian czy wyborem uchwytów.

      Na temat szaty już kiedyś pisałem i podobnież jak kolega bez pointy – jeśli kolega wyrazi życzenie, to sobie poszuka, albo kliknie w linka http://www.dizajnuch.pl/2016-04-28/szata-zdobi-czlowieka/ W tymże wpisie też jak znalazł stoi, że pomimo tego, że zatrudniam ludzi, którzy pewne rzeczy mogą za mnie zrobić jakoś wcale nie boję się zakasać rękawów, wsadzić dupy w spodnie robocze i wziąć się do ciężkiej pracy.

      I na koniec – nigdy i nikt ode mnie nie usłyszał, że robię w czymś X lat i jestem mądrzejszy. Pytam, wyjaśniam, na spokojnie i bez wyższości, bo między innymi po to do mnie ktoś przychodzi, żebym pewne rzeczy wyjaśnił. Jestem spokojny nawet wtedy, kiedy ktoś, kto się naczytał mądrych rzeczy w necie i wszystko wie najlepiej, ale te rzeczy nijak nie przystają do jego sytuacji, nazwijmy to lokalowej, zarzuca mi, że się na tej robocie nie znam nie siląc się nawet na to, żeby być miłym. Jestem cierpliwy do przesady i zawsze komuś takiego jasno i prosto staram się wyjaśnić, że w tym konkretnym przypadku bezkrytyczne trzymanie się tego, co przeczytał w necie nie ma sensu. Co się koledze widać zdaje dziwne sądząc po tonie, w jakim mnie poucza o tym, jak mam pisać, myśleć i patrzeć na świat, skąd czerpać radość i kiedy być zadowolonym. I po raz kolejny odnoszę wrażenie, że kolega jakoś nie bardzo ze zrozumiem czytanego tekstu stoi. Choć może też być tak, że ja po prostu piszę niejasno – nie wykluczam.

      A ostatniego zdania nie rozumiem ni cholery, widać tez mam kłopot z czytaniem ze zrozumieniem. Jak dla mnie zadawanie komuś pytania i oczekiwanie od tego kogoś odpowiedzi zasadza się na tym, że dla tegoż kogoś odpowiedź jest oczywista, a dla mnie nie. Bo inaczej po cóż bym pytał o rzeczy oczywiste?

      • Rany, jak ja lubię te nasze słowne napierdalanki! Są jak rozmowy rozbrojeniowe USA – ZSRR. Raz Ty mi podłożysz pinezkę na krześle, innym razem ja Ci przydzwonię w piszczel pod stołem. Wygląda źle, świat wstrzymuje oddech, a przecież łączy nas niemal braterskie porozumienie.

        Karol, blog jest Twój. Jesteś tu szefem i numero uno onczo. Mam nadzieję, że choć trochę Cię uspokoiłem. Żeglujesz nim w dowolnie przez siebie wybranym kierunku. Odpowiedź na pytanie „jaki byłby sens opisywania kogoś…?” brzmi – dla budowania napięcia oraz dramaturgii wydarzeń, rzeczywiście wątpliwy.
        Ale…, Drogi Karolu, dla całości obrazu upieram się aby sprawę wyjaśnić dogłębnie i całościowo. Wypisuję nieraz brednie, to fakt. Ale czy faktycznie kreślę Ci nakazy co i o czym powinieneś pisać? Otóż wysoki sądzie – nie! Wytykam posługiwanie się mocno zakorzenionymi stereotypami, odstającymi od realiów, a to wysoki sądzie zupełnie co innego. Dziękuję wysoki sądzie za wysłuchanie i uniewinnienie. Nie obiecuję poprawy. Kierując się logiką analogiczną do tej z Twojego tekstu, na przykładzie losowo wybranej grupy respondentów w postaci mojego sąsiada mógłbym uznać, że wszyscy ludzie to debile.

        „…Na temat szaty już kiedyś pisałem i podobnież jak kolega bez pointy – jeśli kolega wyrazi życzenie, to sobie poszuka, albo kliknie w linka…” – że etos pracy u Ciebie występuje, nie wątpiłem. Podobnych Tobie ludzi, nasza udręczona Ojczyzna potrzebuje jak najwięcej. A kolega zapewnia, że sobie poszuka.
        Wzmianka o szacie, to wyłącznie nieudolne nawiązanie do anegdoty o bezdomnym i studentce. Wspominałem o tym. Żadnych przytyków, żadnych prowokacji, żadnych teorii spiskowych. Nic osobistego. Ot historyjka. Skąd na Boga (jakiegokolwiek), u Ciebie tak emocjonalny przechodzący w tony ambicjonalne odbiór? Karol ten dystans do siebie, o jakim nieustająco zapewniasz chyba jednak nie taki duży.

        „…Pytam, wyjaśniam, na spokojnie i bez wyższości, bo …” – spokój i profesjonalizm. Niczego innego się nie spodziewałem. Nasz klyent, nasz per pan!

        Nie mniej, Ty znowu swoje. Podejrzewasz mnie o fałszywie brzmiące tony, spiski, knowania. Po raz wtóry zapewniam – żadnego fałszywego tonu z mojej strony. Żadnego! Nawet jednej nutki zdziwienia. Czysta szczerość. Twój spokój i profesjonalizm pracy z klyentem to już legenda. Wzorzec z sevres.

        Chociaż…, jest pewne ale. Tak między nami czterdziestolatkami, powiem Ci w zaufaniu. Nie znam większego narcyza niż ja sam, lubiącego być w centrum wydarzeń. Ty zaś Drogi Karolu bywasz przemądrzały, bez względu jak mocno będziesz się wypierał. Spłynęło na mnie gdy rozpocząłeś naszą znajomość od poprawiania błędów w pisowni. Zachowanie godne aroganta. Skoro poczynasz sobie w ten sposób tutaj, należy przypuszczać, że folgujesz sobie również i w kontakcie z klyentem. Czemu miałoby być inaczej? Na usprawiedliwienie działa fakt, że 40 lat daje pewne prawa. I tak ja narcyz, Ty przemądrzały arogant. Nie ma takich trzech jak nas dwóch.

        Karol! Czy ja Cię pouczam? Wybacz, nie taki jest mój zamiar. Najwyraźniej daje o sobie znać mój nieprzeciętny zmysł pedagogiczno wychowawczy. Jestem człowiekiem wielu talentów, to jeden z nich.
        Każdy z nas ciągnie wózek w sposób jaki mu wygodnie, lecz w chwili kiedy wystawia swój obraz na forum publiczne nie może żywić pretensji, że stanie się obiektem niechcianej krytyki. Nie pouczam Cię Karolu jak masz pisać. Nic nie zmieniaj. Dosadne, ale jednak pytanie – „Co to qrwa jest?!” – to nie próba pouczania, a wyjaśnienia. Nie pouczam Cię również ani jak myśleć, ani patrzenia na świat, ani czerpania radości. Chyba? Chociaż kto go tam wie i mogę się mylić.

        Pogoda za oknem do dupy, perspektywy na sukces finansowy bądź pokaźny spadek mizerne, roli w Dirty Dancing już mną nie obsadzą. Czepiam się wszystkiego w swym zgorzknieniu, dlatego piętnuje absurd, który serwujesz. Obraz pogodnego gościa, który równocześnie narzeka na wszystko i wszystkich. Niczym moja rodzicielka, która w tym rzemiośle osiągnęła minimum olimpijskie. Mogłaby swe narzekania pakować w weki i sprzedawać. Wekowane narzekania, firma rodzinna. Sukces murowany.
        Nie inaczej z Tobą. Sprzedajesz dwa wizerunki, z których jeden zaprzecza drugiemu. Dwie odmienne osobowości, które toczą ze sobą walkę. Jeden produkujesz świadomie, drugi nie. Który z nich jest autentyczny? To mnie bawi.

        Co do rozumienia tekstu, już Ci pisałem, targać na życie się nie zamierzam. Ponad połowa społeczeństwa czyta tekst bez jego rozumienia; nie potrafi go przełożyć własnymi słowami. Badania dowodzą procederu. Bene. Każdy ma nadzieję i myśli o sobie, że znajduje się w tej lepiej ocenianej części. No ale ktoś do piczy znajduje się w tym mniej chwalebnym zbiorze czytających bez zrozumienia. Padło na mnie. Przynajmniej ładnie tańczę, no i mam ten szelmowski uśmiech. To nieco rekompensuje.

        „A ostatniego zdania nie rozumiem ni cholery, widać …” – dla odpowiadającego, pytanie co nierzadko ma miejsce, może być aż nadto oczywiste. Na tyle by wyrazić to lekceważącym zachowaniem. Nie wszystko wyrażamy słowami. Tylko niewiele ponad 30% komunikatu to przekaz werbalny. Pomyślałbyś? Reszta to gesty, mimika, tembr itp. Reasumując, dla Ciebie pytanie o średnicę przewodu elektrycznego jest oczywistą oczywistością. Dla pytającego milimetry różnicy stanowią nie lichą zagwozdkę. A jeśli nie rozumiesz, to jest nas dwóch nie rozumiejących. Więcej nas łączy niż dzieli.
        Karwa, istny elaborat stworzyłem.

  • I bym se wytrzaskała jedynki kubkiem od herbaty, jak się zaczęłam rechotać. 😀

    No i weźże zmień te standardy. Będziesz miał standardy dla niestandardowych, a trójkąt na jednej ścianie to weź ty kredą namaluj. Żebym ja Cię musiała takich rzeczy uczyć! Się nie godzi. 😉

  • Jak to mówią gimby – śmiechłem!, więc nie wkręcaj filmów o urojonym spadku formy.

    • No odczuwam spadek, odczuwam. Ale dzięki za dobre słowo, może się podniesie, podobno w tym wieku już nie wstyd brać tabletki na podniesienie, więc jakby się nie udało… 😉

      • To raczej kwestia martwego sezonu, ja też odczuwam. Czekam aż wydarzy się coś spektakularnego, co mnie zainspiruje do dobrego hejta 😉

        • Czyli trzeba się przyczaić i na razie posty wrzucać o niczym ważnym – da się zrobić, 99% bloga tak mam 🙂

  • Tak, jak i różni ludzie, tak różni klienci i wykonawcy też 🙂 🙂 a już inna sprawa, że nikt nie jest wszechwiedzący, więc podchodźmy do siebie bardziej na luzie, wymagajmy od siebie, ale bez napinania się 🙂 Pozdrawiam serdecznie 🙂 Aneta

  • Zawsze po takich wpisach boję się być klientem :D. Czyimkolwiek ;). (jeszcze mnie obsmarują w internecie)

    • Mam paru klientów, którzy mnie czytają – chyba nie jestem taki straszny 🙂

  • Ruda Paskuda

    Ojej… Ty przytulenia potrzebujesz. I to codziennie, przez godzinę. Gdybym była na Twoim miejscu, to krew strumieniami by spłynęła na ulice a ja zyskałabym miano Kuby Rozpruwacza w spódnicy (chociaż takowych nie noszę) 🙂

    • Czy ja wiem? Tulany jestem regularnie, bo nawet jak się Pani Matce nie chce, to mam taką przylepę ośmioletnią, co już wie, że to najlepszy sposób na wysępienie czegoś od swojego starego 🙂
      Ja osobiście obstawiam budzik z 6:30 – to sprawca całego zła.

  • Pani pediatra, która od prawie dekady leczy juniora wciąż ma siłę do edukowania „nawiedzonych internetowo matek”. Które wiedzą lepiej co dziecku dolega, bo przeczytały pół internetu. Co ciekawe, gdy dziecko ma pod 40’C, to one jakby się mniej spieszyły do wizyty, bo przecież mają umówioną kosmetyczkę albo basen. Więc czemu pani doktor mówi, żeby przyjechać natychmiast?