Kapeć taki trochę

 

Wczo­raj posta­no­wi­łem ode­rwać się tro­chę od rze­czy­wi­sto­ści codzien­nej zwa­nej sie­dze­niem przed ekra­nem kompa/lapka/smartfona/netflixa nie­po­trzeb­ne skre­ślić i zabrać swo­ją dupę na rowe­rek. I choć poje­cha­łem z Małą­Żon­ką wca­le, ale to wca­le, nie Ją mam na myśli mówiąc “dupa”, bo jesz­cze mi życie miłe to po pierw­sze, a po dru­gie ma tak faj­ny tyłek, że grze­chem jest na nie­go mówić dupa. Dupę to mam ja. I Kim Kar­da­shian. Ooo, ta to jest dupą wszyst­kich dup, ale ja w sumie nie o dupie mia­łem pisać, wybacz­cie, że mi jakoś temat mean­dru­je – wio­sna, wie­cie, w sta­rych ludziach drze­wach soki zaczy­na­ją szyb­ciej krą­żyć i kona­ry rosnąć.

No więc nie zaczy­na się zda­nia od więc, czy­li że ponie­waż pogo­da była zacna, słon­ko świe­ci­ło, kwia­ty pachli i tyl­ko co jakiś czas znie­nac­ka lotem koszą­cym prze­le­ciał bąk, to poje­cha­li­śmy pope­da­ło­wać. W sen­sie owad taki, nie myśl­cie sobie, że jak tak cały czas będę o dupie i oko­li­cach.

Prze­gią­łem tro­chę pałę tytu­łem prac kon­ser­wa­cyj­nych budzą­cych rower po zimo­wym śnie, gdyż pod­łą­czy­łem koło pod pomp­kę samo­rób­kę z sil­ni­ka po sta­rej lodów­ce, któ­ra to mi pomp­ka elek­trycz­nie nadmu­cha­ła koło do 3 i coś­tam dalej – nie koja­rzę, czy atmos­fe­ry czy barów, czy paska­li, ale musia­ło być tego spo­ro, bo ja po śnie zimo­wym pew­nie nabra­łem gaba­ry­tów. Choć jak się wie­czo­rem oka­za­ło, kie­dy przy­pad­kiem nadep­ną­łem na wagę, ważę mniej, niż przed zimą o całe 5kg. Co w ska­li moje­go jeste­stwa moż­na przy­rów­nać jakoś tak do czoł­gu Abrams, któ­ry sobie ze dwa razy wystrze­lił, czy­li jak­by nie patrzeć tro­chę jest lżej­szy od sta­nu począt­ko­we­go, ale dalej musi uwa­żać sta­jąc na wagę, bo się strza­łecz­ka uje­bie względ­nie zła­mie coś jebut­nie w środ­ku.

Tak czy siak, bio­rąc pod uwa­gę nacisk, jaki wywie­ram na oś, wola­łem się zabez­pie­czyć, niż póź­niej żało­wać, jak to mi kie­dyś pew­na kole­żan­ka wbi­ła do gło­wy pod­czas waka­cyj­ne­go sza­leń­stwa nad jezio­rem pod tytu­łem Bia­łe #Oku­nin­ka­ru­lez, na któ­re to jeź­dzi­łem w cza­sach mło­do­ści dur­nej i chmur­nej pod­nieść poziom szczę­ścia i/lub alko­ho­lu w orga­ni­zmie oraz poin­te­gro­wać się mie­dzy­pł­cio­wo.

Obra­łem azy­mut na moją uko­cha­ną dzia­łecz­kę, któ­ra to ostat­ni­mi cza­sy sta­ła się moim azy­lem i oazą ciszy plus spo­ko­ju w cen­trum mia­sta Wro­cła­wia – nie odczu­wam wewnętrz­nej potrze­by sadze­nia pomi­do­rów, bo jak sobie patrzę na skład powie­trza smo­gu w mie­ście, to pew­nie one będą tak samo zdro­we, jak te z Bie­dron­ki, a jakoś tak mniej męczą­ce jest pójść do skle­pu niż kopać, sadzić, pie­lić, pod­le­wać i tak dalej.

Zapar­ko­wa­łem rower na traw­ce, odpa­li­łem hamak, w któ­ry zale­głem cokol­wiek ostroż­nie, bo dzia­łam na gra­ni­cy błę­du pomia­ro­we­go w kwe­stii jego nośno­ści, zro­bi­łem fot­kę pięk­ną, bo jak­że to tak, blą­ger coś robi bez robie­nia zdjęć i nagle sły­szę takie sssssssssssssss jak­by się sta­do wkur­wio­nych węży kłó­ci­ło z Muń­kiem Staszszszczy­kiem, a to wszyst­ko gdzieś w oko­li­cy moje­go rowe­ru. Ja pier­do­lę, węże mam na dział­ce? W rowe­rze?

Tro­chę przy­znam się, ola­łem spra­wę, bo co mi jakieś gady będą relaks psuć, nie? Ale nade­szła ta smut­na chwi­la, kie­dy to trze­ba było się zebrać ostroż­nie z hama­ka i powró­cić na łono domo­we­go ogni­ska, coby uzu­peł­nić te kalo­rie spa­lo­ne przy leże­niu jeż­dże­niu. I się oka­za­ło, że w tyl­nym kole kapeć.

Jako że dział­ka leży bli­sko Mon­go­lii, a tym samym Deca­th­lo­nu, to nie tara­ba­ni­łem oklap­nię­tych rowe­ro­wych zwłok do domu, tyl­ko pozo­sta­wi­łem na kwa­dra­cie z myślą, że japier­do­lę­nie­dzie­la­wol­na nic­się­nie­da­zro­bić i że w ponie­dzia­łek odwie­dzę dzia­łecz­kę i spraw­dzę, czy koło się do cze­goś nada­je, czy już nie bar­dzo. Ale, że dzi­siaj deszcz pada tak jakoś depre­syj­nie i bez sen­su, to pomp­ki nie zabra­łem, na dział­kę nie poje­cha­łem i dalej się gło­wię.

Moja teo­ria jest taka:
koło napom­po­wa­ne deli­kat­nie za mocno⇒słoneczko przy­grze­wa w czar­ną oponę⇒gaz ogrze­wa­ny zwięk­sza swo­ją objętość⇒coś jeb­nę­ło i powie­trze zeszło.
Praw­da li to? Ktoś coś?

 

A na koniec pamię­taj­cie – kask, pomp­ka i dzia­ła­ją­ce świa­teł­ka to w rowe­rze pod­sta­wa.

Macie trzy pró­by – zgad­nij­cie, cze­go w moim rowe­rze nie ma?

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

Close