Stephen King “Podpalaczka” – recenzja książki w #5na1

 

PIĄTY dzień mie­sią­ca to tra­dy­cyj­nie wpis-recen­zja w ramach nasze­go blo­ger­skie­go pro­jek­tu #5na1, gdzie pię­ciu blo­ge­rów (trzy kobie­ce kobie­ty i dwóch męskich męż­czyzn) recen­zu­je jed­ną książ­kę, któ­rą jed­no z nas wybra­ło dla sie­bie i pozo­sta­łych. A dla odmia­ny, w tym mie­sią­cu będzie to jede­na­sty, bo dla­cze­go nie? Paź­dzier­nik to faj­ny mie­siąc, bo są w nim moje uro­dzi­ny i dzień póź­niej rocz­ni­ca ślu­bu. A w tym roku to uro­dzi­ny szcze­gól­ne, bo 40 (przy oka­zji może­cie mi z tej oka­zji zadać oka­zyj­ne pyta­nia, jeśli chcie­li­by­ście się cze­goś dowie­dzieć o wuj­ku dizaj­nu­chu ⇒TUTAJ). Ale wróć­my do meri­tu­ma. Dzi­siaj książ­ka, któ­ra podo­ba mi się z wie­lu powo­dów – pro­szę Pań­stwa Ste­phen King “Pod­pa­lacz­ka”.

King jest Mistrzem. W ciem­no moż­na kupo­wać jego książ­ki, bo zawsze, ZAWSZE będą dobre. Nie zawsze będą wybit­ne, nie zawsze będą bar­dzo dobre, ale złe nie będą nigdy. I co mi się naj­bar­dziej podo­ba – zawsze będą z więk­szy­mi lub mniej­szy­mi ele­men­ta­mi fan­ta­sty­ki, hor­ro­ru, sf, czy­li tego wszyst­kie­go, co ja oso­bi­ście kocham w książ­kach naj­bar­dziej. No i poza tym po ostat­niej naszej recen­zji musia­łem przejść jakiś detox, bo mój oso­bi­sty poziom zdo­ło­wa­nia czy­tel­ni­cze­go się­gnął czer­wo­nej ska­li (⇒KLIK do Orbi­tow­skie­go).

 

Troszkę o fabule…

Wyobraź sobie stu­den­ta, któ­ry nazy­wa się Andy McGee, i jak to stu­dent – nie ma kasy. Chleb z ket­chu­pem już mu się prze­jadł, sło­iki z dże­mem się skoń­czy­ły, bigos i gołąb­ki z domu też. I nagle wpa­da mu w oko fan­ta­stycz­na ofer­ta i szan­sa na zaro­bie­nie 200$. Trze­ba jedy­nie dać sobie wstrzyk­nąć łagod­ny i total­nie nie­szko­dli­wy śro­dek halu­cy­no­gen­ny zwa­ny Lot Sześć w ramach jakiś­tam badań na uczel­ni.

I tutaj spra­wy się kom­pli­ku­ją.

Bo oka­zu­je się, że to nie jest jakiś­tam nie­groź­ny uczel­nia­ny eks­pe­ry­ment nauko­wy, tyl­ko pró­by na ludziach prze­pro­wa­dza­ne przez Wydział Wywia­du Nauko­we­go, zwa­ne­go Skle­pi­kiem. Któ­ry to Skle­pik jest taj­ną rzą­do­wą agen­cją pod egi­dą CIA.

Bo oka­zu­je się, że Lot Sześć nie jest jakiś­tam łagod­nym i nie­szko­dli­wym środ­kiem, tyl­ko sub­stan­cją, któ­ra powo­du­je trwa­łe zmia­ny w przy­sad­ce mózgo­wej i chro­mo­so­mach, przez co oso­ba po jego zaży­ciu zysku­je nad­na­tu­ral­ne zdol­no­ści. Któ­re to zdol­no­ści powo­du­ją śmierć więk­szo­ści uczest­ni­ków eks­pe­ry­men­tu jesz­cze w cza­sie jego trwa­nia, albo krót­ko po.

Bo oka­zu­je się, że w eks­pe­ry­men­cie bra­ła jesz­cze udział inna stu­dent­ka o imie­niu Vic­ky, nie­zła laska tak na mar­gi­ne­sie i jest ona jed­ną z trzech osób, któ­re prze­ży­ły eks­pe­ry­ment poza Andym i jesz­cze jed­nym kole­siem, któ­ry nie jest jakoś szcze­gól­nie waż­ny dla fabu­ły. Któ­ra to Vic­ky po jakimś­tam cza­sie wycho­dzi za Andy’ego i rodzi im się cór­ka Char­lie.

Bo oka­zu­je się, że w wyni­ku eks­pe­ry­men­tu Andy uzy­skał moc wpły­wa­nia na zacho­wa­nie innych, Vic­ky potra­fi prze­su­wać przed­mio­ty siłą woli oraz zosta­ła tele­pat­ką, a ich cór­ka Char­lie posia­dła moc piro­ki­ne­zy, czy­li potra­fi roz­nie­cać ogień tyl­ko o tym myśląc.

Bo oka­zu­je się, że cała rodzi­na McGee pozo­sta­je cią­gle pod obser­wa­cją Skle­pi­ku, cho­ciaż zupeł­nie sobie z tego nie zda­je spra­wy. Któ­ry to Skle­pik trak­tu­je ich jako eks­pe­ry­ment nauko­wy. I ten eks­pe­ry­ment w pew­nym momen­cie wymy­ka się spod kon­tro­li, w wyni­ku cze­go ginie Vic­ky, a Andy z Char­lie muszą ucie­kać przed bez­względ­ny­mi agen­ta­mi.

Wła­ści­wie to dopie­ro począ­tek. Ale nie będę Wam opo­wia­dał cało­ści, żeby nie zepsuć rado­chy z czy­ta­nia.

 

Dużo o języku i postaciach…

King ma nie­sa­mo­wi­ty dar. Potra­fi rewe­la­cyj­nie zary­so­wać nie tyl­ko histo­rię, ale też cały świat, w któ­rym ta histo­ria się dzie­je. Ale przede wszyst­kim kre­śli na papie­rze syl­wet­ki ludzi, któ­re nie są tyl­ko papie­ro­wy­mi posta­cia­mi, ale peł­no­krwi­sty­mi, dopra­co­wa­ny­mi boha­te­ra­mi całej histo­rii. Kie­dy potrze­ba, jest szcze­gó­ło­wy i dokład­nie wyja­śnia nawet naj­prost­sze kwe­stie, ale nie idzie w nudę, bo chwi­lę póź­niej pod­krę­ca tem­po akcji do tego stop­nia, że z wypie­ka­mi na twa­rzy cze­ka­my, co będzie dalej.

Wspa­nia­le zary­so­wu­je rela­cje pomię­dzy ojcem i cór­ką. Widzi­my jak wiel­ką trud­no­ścią i odpo­wie­dzial­no­ścią jest wycho­wy­wa­nie dziec­ka z takim “darem”, któ­ry wła­ści­wie jest prze­kleń­stwem. Mnie, jako ojca, szcze­gól­nie poru­szy­ła sce­na z nad­pa­lo­nym misiem i tym, jakie w dal­szej czę­ści książ­ki powo­du­je to kon­se­kwen­cje. Tłu­ma­cze­nie dziec­ku, ośmio­let­nie­mu dziec­ku, czym jest mniej­sze i więk­sze zło, jak nie krzyw­dzić ludzi czy jakie są kon­se­kwen­cje uży­wa­nia takie­go daru tra­fia­ły do mnie szcze­gól­nie moc­no, bo mój syn ma aku­rat pra­wie osiem lat. Nie mam poję­cia jak ja bym to wytłu­ma­czył moje­mu dziec­ku. Potra­fię też dosko­na­le zro­zu­mieć to, że miłość do cór­ki potra­fi być źró­dłem nie­sa­mo­wi­tej mocy i zdol­no­ści do poświę­ceń.

Char­lie zacho­wu­je się dokład­nie tak, jak powin­na zacho­wy­wać się mała dziew­czyn­ka – jest zagu­bio­na, boi się, nie wie co się dooko­ła niej dzie­je, nie potra­fi wie­lu rze­czy zro­zu­mieć. Ale jed­no­cze­śnie w wie­lu sytu­acjach widać, że jest przed­wcze­śnie doj­rza­ła i że zbyt wcze­śnie pozna­ła zło tego świa­ta. Ufa swo­je­mu ojcu nawet jeśli nie do koń­ca czu­je, że to wła­ści­we czy w dzie­cię­cym poj­mo­wa­niu tego sło­wa – dobre.

Daje się też dosko­na­le zma­ni­pu­lo­wać bez­względ­ne­mu mor­der­cy na usłu­gach Skle­pi­ku, czy­li Joh­no­wi Rain­bir­do­wi, któ­ry bez skru­pu­łów wyko­rzy­stu­je jej dzie­cię­ca naiw­ność. Tutaj rów­nież widać mistrzow­skie pió­ro Kin­ga – to nie jest zwy­kły, tępy cyn­giel, a peł­no­wy­mia­ro­wa postać ze swo­ją histo­rią oraz swo­im skrzy­wie­niem na punk­cie butów. Oraz nie­peł­no­spraw­no­ścią, któ­rą rów­nież potra­fi wyko­rzy­stać do swo­ich celów, czy tez bar­dziej celów Skle­pi­ku.

Genial­ny jest spo­sób, w jaki King przed­sta­wia roz­pa­da­ją­ce się psy­chi­ki ludzi “pchnię­tych” mocą Andy’ego. Opi­su­je nie­zwy­kle suge­styw­nie powo­li roz­pa­da­ją­cy się umysł i stop­nio­we popa­da­nie w obłęd, któ­re osta­tecz­nie pro­wa­dzą do tra­ge­dii. W powie­ści rysy psy­cho­lo­gicz­ne posta­ci są bar­dzo istot­ne i autor nie idzie tutaj na skró­ty – to, co dzie­je się w gło­wach poszcze­gól­nych boha­te­rów sta­no­wi o tonie całej powie­ści i w efek­cie pro­wa­dzi do takie­go, a nie inne­go zakoń­cze­nia.

 

Podsumujmy…

To nie jest naj­lep­sza książ­ka Kin­ga, jaką prze­czy­ta­łem. Ale nawet jeśli była­by sła­ba (a nie jest), to i tak była­by o lata świetl­ne przed powie­ścia­mi innych auto­rów. Czy­ta­ło się ją dosko­na­le, i cho­ciaż zda­rzy­ło się kil­ka dłu­żyzn, to zanim zaczą­łem odczu­wać znu­że­nie, akcja poto­czy­ła się gład­ko dalej. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, a nawet pew­ne jest to, że na odbiór “Pod­pa­lacz­ki” mia­ło wpływ to, że sam jestem ojcem pra­wie ośmio­lat­ka. To, że będąc na stu­diach też pod­ją­łem kil­ka dur­nych decy­zji, któ­re w ten czy inny spo­sób skom­pli­ko­wa­ły mi życie.

Dla­te­go bar­dzo jestem cie­kaw opi­nii pozo­sta­łych recen­zu­ją­cych, bo nie jestem w sta­nie powie­dzieć, na ile obiek­tyw­nie do tej powie­ści pod­sze­dłem. Ale z dru­giej stro­ny – czy blo­ger musi być obiek­tyw­ny?

 

Język: 4,5/5
Emo­cje: 45
Pomysł: 45
Akcja: 45

 

A poni­żej lin­ki do pozo­sta­łych recen­zen­tów w 5na1 – może­cie sobie poczy­tać, jak im książ­ka pode­szła:

Pan Czy­ta

Ruda

Socjopatka.pl

Tak sobie czy­tam


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

  • Pingback: „Charlie Ciuch Ciuch” Beryl Evans - recenzja książki w #6na1dizajnuch.pl – blog faceta o rzyci…()

  • Pingback: "Milczenie owiec" Thomas Harris - recenzja książki w #6na1dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Pingback: PRZECZYTAJ & PODAJ DALEJ VOL. 3 | dizajnuch.pl - blog faceta...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Nigdy nie czy­ta­łam nic Kin­ga. Czy powin­nam się wsty­dzić? 🙂 Może dla­te­go że w biblio­te­ce jego ksiąz­ki leżą na pół­ce z napi­sem hor­ro­ry. A hor­ro­ry to nie moja baj­ka. Ja i tak się wszyst­kie­go w życiu boję, to co się będę dodat­ko­wo stra­szyć. 🙂

    • Cobyś odwa­go wię­cej nabra­ła 🙂
      Cho­ciaż Ty jesteś odważ­na dziew­czyn­ka, bo bie­gasz po nocy i nicze­go się nie boisz 🙂

      • Bie­gam po nocy, ale tam gdzie jest oświe­tle­nie ulicz­ne, a jak do ciem­ne­go lasu to tyl­ko z latar­ką i oso­bi­stą ochro­ną. 🙂 Boję się ciem­ni­cy, burz i duchów. I malut­kich lub cia­snych pomiesz­czeń, zwłasz­cza takich pod zie­mią. Głę­bo­kiej wody też się boję. No i oczy­wi­ście myszy. 🙂 Tro­chę tego jest.:)

        • Oj, to nie bie­gaj w małych zala­nych piw­ni­cach z mysza­mi, gdzie ciem­no, strasz­no i grzmi i będzie dobrze 🙂

  • Pingback: Tess Gerritsen "Igrając z ogniem" - recenzja książki w #5na1 - dizajnuch.pl - blog faceta...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • King to kla­sy­ka i już! 😉
    ps. Jakie sub­tel­ne poin­for­mo­wa­nie świa­ta o uro­dzi­nach 😛

  • Dzię­ki – pio­sen­ka jak naj­bar­dziej na cza­sie 🙂

  • Oj, słów mi zabra­kło… 🙂

  • Myśli Opro­cen­to­wa­ne

    Każ­da książ­ka Kin­ga to esen­cja dobrej lite­ra­tu­ry. Jeśli znaj­dę czas, to pew­nie prze­czy­tam i nie będę zawie­dzio­ny.

    • Pole­cam – war­to, choć to nie naj­lep­sza z jego ksią­żek. Ale i tak jest bar­dzo dobra.

  • Wła­śnie myśla­łam nad kupie­niem 🙂 Czy­li kupu­ję 🙂

  • Super akcja i super książ­ka.

  • I to niby ja płod­na? Ty oprócz pra­cy, blo­go­wa­nia, i dzie­cior­ko­wa­nia to jesz­cze takie gru­ube ksiąz­ki masz czas czy­tać! 😀

  • Pod­pa­lacz­kę w ory­gi­na­le kupi­łem jakieś 20 lat temu. Do zeszłe­go roku prze­kła­da­łem ją z pół­ki na pół­kę. W koń­cu doj­rza­łem do tego, żeby ją zmę­czyć, co z moim angiel­skim nie było takie pro­ste, ale dałem radę 🙂
    Kin­ga zaczą­łem od Mia­stecz­ka Salem, potem było Mise­ry, TO i… w zasa­dzie jeśli cho­dzi o mnie to są jego naj­lep­sze kawał­ki. Za dużo leje wody, więk­szość moż­na­by spo­koj­nie odchu­dzić o poło­wę bez stra­ty dla tre­ści i z zyskiem na przy­jem­no­ści czy­ta­nia. Do Mrocz­nej wie­ży pod­cho­dzi­łem kil­ku­krot­nie i… nie dałem rady (żonie się podo­ba­ła). Pan Mer­ce­des i Zna­le­zio­ne nie kra­dzio­ne ujdzie, nie jest złe. Ale do Mia­stecz­ka się nie umy­wa.
    Co cie­ka­we, o ile w więk­szo­ści przy­pad­ków książ­ki są lep­sze od fil­mów tak Ska­za­ni na Shaw­shank są zde­cy­do­wa­nie lep­sze na ekra­nie 🙂

    • Ska­za­nych…” nie czy­ta­łem, ale zewsząd sły­szę, że film lep­szy, więc nie wiem, czy jest sens bio­rąc pod uwa­gę mój per­ma­nent­ny brak cza­su. U mnie też pierw­sze było “Mia­stecz­ko…” i wbi­ło mnie w fotel, ale “Mrocz­nej wie­ży” tez nie dałem rady prze­czy­tać – może dla­te­go, że pró­bo­wa­łem e-booka, a te mi jakoś nie wcho­dzą, może papier był­by łaskaw­szy? Mia­łem to samo z “Acha­ją” – zaczy­na­łem kil­ka razy i łyk­ną­łem dopie­ro wte­dy, kie­dy dorwa­łem do ręki papier. Swe­go cza­su bar­dziej wola­łem Koont­za niż Kin­ga, ale z per­spek­ty­wy widzę, że i jeden i dru­gi mie­wa okre­sy gra­fo­ma­nii 🙂

      • No kur­cze, jak­byś pisał o mnie 🙂
        Ska­za­nych jeśli musisz czy­tać, chy­ba że dla samej przy­jem­no­ści porów­na­nia. Ja prze­czy­ta­łem, bo nie wie­dzia­łem, że książ­ka jest słab­sza.
        Do ebo­oków moż­na się przy­zwy­cza­ić. Lubię je, bo zamiast kilo­gra­mów papie­ru mam jed­ne­go małe­go Kin­dla, któ­re­go wszę­dzie mogę zabrać. I obsłu­gu­ję go jed­ną ręką (gru­be książ­ki Kin­ga trze­ba trzy­mać obu­rącz). Minu­sem jest to, że trze­ba czy­tać stro­na po stro­nie. Nie prze­wer­tu­jesz szyb­ko do tyłu, żeby wró­cić do jakie­goś frag­men­tu. Może na doty­ko­wych mode­lach jest łatwiej, ja mam sta­re­go Kindla3 sprzed wie­lu lat.
        Co do Koon­ta to się zgo­dzę. Miał kil­ka zaje­bi­stych ksią­żek, więc pomy­śla­łem, że się na nie­go prze­rzu­cę, gdy zauwa­ży­łem, że King strasz­nie leje wodę. Szyb­ko się wyle­czy­łem, kie­dy nie mogłem prze­brnąć przez kil­ka jego “dzieł”. Koontz faj­nie pisze jeśli pisze szyb­ko. Gdy zaczy­na gra­fo­ma­nić od razu czuć, że ma dużo słab­szy język niż King. W Mia­stecz­ku Salem akcja zaczy­na się w poło­wie ale i tak cały czas czy­tasz w napię­ciu. U Koont­za tego nie ma. Tik Tak mia­łem ocho­tę dwa razy wyrzu­cić, bo była total­nie bez sen­su. Dopie­ro po 23 książ­ki wszyst­ko zaczę­ło się łączyć w całość. Szko­da, że wcze­śniej raczej znie­chę­cał niż zachę­cał do czy­ta­nia.

  • Czy­ta­łem już dość daw­no. Kupi­łem wer­sję kie­szon­ko­wą bo żad­nej innej w tym for­ma­cie w skle­pie nie było. Z pro­zy Kin­ga to “Dolo­res Cla­ibor­ne” i “Mise­ry” mógł­bym czy­tać non stop. Dru­ga świet­nie z ekra­ni­zo­wa­na, rola Kathy Bates wia­do­mo – mistrzo­stwo. Nato­miast pierw­szą pozy­cję fil­mow­cy sko­pa­li nie­mi­ło­sier­nie.

    • Mise­ry” czy­ta­łem z wypie­ka­mi, a jesz­cze lepiej się oglą­da­ło. A “Mia­stecz­ko Salem”? Książ­ka wymia­ta. Tak samo jak “Smę­tarz dla zwie­rza­ków” (teraz chy­ba funk­cjo­nu­je inny prze­kład “Cmę­taż dla zwie­żąt” albo jakoś tak). King to mistrz, nawet jak coś jest tro­chę słab­sze, to i tak w czo­łów­ce.

  • Bar­dzo cie­ka­wa recen­cza, podo­ba mi się, za co wysta­wiasz punk­ty 😉

    • A dzię­ku­ję – punk­ta­cja to nie mój pomysł, ja się tyl­ko skrom­nie sto­su­ję do usta­leń 🙂

  • Pró­bo­wa­łam podejść do Kin­ga. Napraw­dę… Ale to chy­ba mimo wszyst­ko nie moja baj­ka. Co jakiś czas się­gam po jego powie­ści i zawsze nie uda­je mi się ich skoń­czyć. Może dużo tra­cę (moż­li­we), ale po pro­stu nie mogę prze­brnąć.
    Pew­nie nie tra­fi­łam jesz­cze na książ­kę – prze­łom, któ­ra wszyst­ko zmie­ni 🙂

    • Dosko­na­le Cię rozu­miem, bo mam to samo np. z Bon­dą, któ­rą wszy­scy się zachwy­ca­ją a mnie az odrzu­ca. Ostat­nio pra­wie wypa­dłem przez bal­kon, tak mnie odrzu­ci­ło 🙂

  • Ostat­nią książ­ką Kin­ga, któ­rą czy­ta­łam, był “Pan Mer­ce­des”, czy­li pozy­cja zupeł­nie inna od więk­szo­ści kin­gow­skiej twór­czo­ści – wła­śnie bez ele­men­tów SF itp. Feno­me­nem Kin­ga jest rów­nież to, że jego książ­ki docze­ka­ły się napraw­dę dobrych ekra­ni­za­cji.
    O tej pozy­cji nie sły­sza­łam, ale z chę­cią poznam też opi­nie pozo­sta­łych blo­ge­rów. Idę czy­tać 🙂

    • Gdy­byś zna­la­zła chwi­lę, to zapra­szam tez do innych recen­zji (na obraz­ku masz taki kate­go­rii, wystar­czy #5na1 klik­nąć i voil­la). A “Pana Mar­ce­de­sa” mam w pla­nach, ale czas, czas… 🙂

      • Zaglą­da­łam i zaglą­dam w mia­rę cza­su 🙂 Jeśli cho­dzi o “Pana Mer­ce­de­sa” – nie wiem, czy nie roz­cza­ru­je Cie­bie jako wiel­bi­cie­la tra­dy­cyj­nej lite­ra­tu­ry Kin­ga. Jestem bar­dzo cie­ka­wa. Daj znać, jak już prze­czy­tasz 🙂

  • Juz czy­ta­lam o tej ksiaz­ce. Moze sie nia zain­te­re­su­je, bar­dzo dobra recen­zja

  • O cho­le­ra, nie sły­sza­łam o tej książ­ce, ale czas nad­ro­bić. Bo w tym roku jesz­cze nie mia­łam spo­tka­nia z Kin­giem, a co roku jakieś mam 😀 więc się­gnę po to.

    A akcja świet­na, te 5na1! Bra­ła­bym udział w czymś takim 😉

    • To było­by #6na1 🙂

      • Nie będę się Wam wci­nać, ale może mnie kie­dyś ktoś zapro­si do takie­go faj­ne­go pro­jek­tu 😀

        • Ja się zała­pa­łem rzu­tem na taśmę, bo nie mie­li face­ta 🙂
          Nie trać nadziei 😉

  • Moją ulu­bio­ną książ­ką Kin­ga jest… “Jak pisać. Porad­nik rze­mieśl­ni­ka”. Kupi­łam ją lata temu, kie­dy chcia­łam zostać zna­ną pisar­ką. Spo­ro w niej, co praw­da, bio­gra­fii, ale i tro­chę war­to­ścio­wych wska­zó­wek moż­na wyłu­skać. W sumie to moja ulu­bio­na, ale i… jedy­na książ­ka, któ­rą od Kin­ga prze­czy­ta­łam. Ale widzia­łam kil­ka ekra­ni­za­cji, liczy się? 😉

  • Widzisz mi styl Kin­ga śred­nio pasu­je. Czy­ta­łam kil­ka jego ksią­żek i mnie nie zachwy­cić, ale to mnie indy­wi­du­al­nie itd. Teraz po dłu­giej prze­rwie, chcia­ła­bym po coś się­gnąć. wstęp­nie wybra­łam sobie Pan Mer­ce­des, ale jesz­cze do koń­ca pew­na nie jestem.

    • Podob­no dobra – cze­kam na Two­ją rela­cję, bo jeśli nie jesteś do Kin­ga prze­ko­na­na, a napi­szesz, że jest ok, to zna­czy że jest bar­dzo dobra 🙂

  • Miło­ścią do Kin­ga nie pałam, ale doce­niam jego książ­ki i, tak jak napi­sa­łeś, ta nie jest naj­lep­sza, ale jest dobra. Czy­ta się przy­jem­nie, a głów­na boha­ter­ka jest fak­tycz­nie taką małą dziew­czyn­ką – taką praw­dzi­wą w tej swo­jej dziw­no­ści. Oce­ni­ła­bym ją trosz­kę ostrzej, ale rozu­miem, że może się tak bar­dzo podo­bać 🙂