Jemy na mieście: Restauracja TIVOLI w Legnicy

 

W pią­tek, pią­te­czek, pią­tu­nio wró­ci­łem do domu gdzieś tam jakoś po 22:00. Po mniej wię­cej mie­sią­cu wyję­tym z życia z powo­du prze­pro­wadz­ki trze­ba napra­wić stan kon­ta, bo tro­chę po nim hula­ją prze­cią­gi. Stąd piąt­ko­wo­wie­czor­na wizy­ta na pomia­rze i pra­ca, pra­ca, pra­ca. Jak widzi­cie cięż­ko trze­ba orać na misecz­kę ryżu, bo żywot próż­nia­czy blą­ge­ra żyją­ce­go za #dary­lo­su jesz­cze mi nie gro­zi, i dopó­ki nie wspo­mo­że­cie laj­ku­jąc i sze­ru­jąc, dopó­ty będę zary­wał noc­ki i cięż­kie życie będę miał tak ogól­nie. Nic, jeno dro­ga pusta, świa­tła­mi oświe­tlo­na spod kół ucie­ka nocą, że się tak wyra­żę.

FB_IMG_1444419204321_1230

Zdję­cie sła­be, ale jak­że poetyc­kie…

 

A w sobo­tę w pla­nach nastą­pił wspól­ny poran­ny Mała­Żon­ko­wo-dizaj­nu­cho­wy wyjazd do Legni­cy – par­ter dom­ku do zapro­jek­to­wa­nia, bo to co jest lek­ko już leci­we i wali naf­ta­li­ną. Tro­chę mie­rze­nia, tro­chę gad­ki-szmat­ki, tro­chę kon­kre­tów i zaczę­ło się popo­łu­dnie. A że rano, jak to rano – lepiej tro­chę dłu­żej pospać, niż się porząd­nie zebrać i najeść. Czy­li kawa, coś­tam na szyb­ko i w dro­gę sze­ro­ką. Mówiąc krót­ko – zgłod­nie­li­śmy. I wylą­do­wa­li­śmy w słyn­nej legnic­kiej Restau­ra­cji Tivo­li, czy­li naj­star­szej pry­wat­nej restau­ra­cji na Dol­nym Ślą­sku. Bar­dzo czę­sto to, że coś jest naj­star­sze wca­le nie zna­czy, że naj­lep­sze, ale kie­dyś inni klien­ci z Legni­cy nam ją pole­ca­li, więc wybra­li­śmy się na Zło­to­ryj­ską.

restauracja_Tivoli_Legnica

 

Z racji zawo­du sta­ram się zazwy­czaj nie pisać o wystro­ju, ale tutaj tro­chę trze­ba, bo jest cha­rak­te­ry­stycz­ny. Jak widzi­cie na obraz­ku powy­żej – z zewnątrz nic spe­cjal­ne­go. Ot, knajp­ka jakich wie­le w kamie­nicz­kach oko­ło­ryn­ko­wych wszyst­kich chy­ba miast w Pol­sce. Po wej­ściu do środ­ka jest podob­nie – wystrój tro­chę z PRL’u, ale jeśli masz przed oczy­ma od razu scen­kę z “Misia”, to muszę Cię roz­cza­ro­wać, bo nie o to mi cho­dzi. Teraz wnę­trza mają być prze­stron­ne i jak naj­bar­dziej suro­we – pro­ste for­my, jak naj­bar­dziej puste ścia­ny, jed­nym sło­wem mini­ma­lizm. Albo bar­dzo lofto­we – cegły, rury, stal i wszyst­kie insta­la­cje na wierz­chu.

Tutaj nie ma kawał­ka wol­nej ścia­ny, bo wszę­dzie coś wisi. Ale co cie­ka­we – pomi­mo oczo­je­bu na ścia­nach, wca­le nie czu­je­my się tam źle, wręcz prze­ciw­nie – jest tak po pro­stu faj­nie. Przy­tul­nie i swoj­sko. Gdy­by nie wiel­ka chło­dzo­na prze­szklo­na lada, w któ­rej prę­żą się przy­staw­ki w posta­ci śle­dzi­ków, sała­tek czy gala­re­ty, było­by tro­chę jak u bab­ci na wsi, gdzie na ścia­nie wisiał dywan, a na nim moni­dło.

tivoli_wnetrza_1920

 

Tivo­li ser­wu­ję tra­dy­cyj­ną pol­ską i żydow­ską kuch­nię – m.in. śle­dzi­ka, barszcz czer­wo­ny, pie­ro­gi, kar­pia po żydow­sku, żeber­ka czy sztu­ka­mięs w sosie chrza­no­wym. I powiem szcze­rze bar­dzo mi to pasu­je, bo tak napraw­dę w powo­dzi ham­bur­ge­rów, piz­zy, sushi czy tik­ka masa­la zapo­mi­na­my czę­sto o tym, jak się jada­ło w naszych domach kie­dy byli­śmy tak mali, że wbie­ga­li­śmy na sto­ją­co pod stół. A tutaj tak wła­śnie się je – po domo­we­mu, bez udziw­nień w posta­ci lodów o sma­ku chrza­nu albo pian­ki o sma­ku śle­dzia. Tutaj chrzan to chrzan, a śledź to śledź.

Prze­sym­pa­tycz­na Pani z pro­mien­nym uśmie­chem wrę­czy­ła nam kar­ty, cier­pli­wie i cią­gle z uśmie­chem odpo­wia­da­ła na trud­ne pyta­nia i nie­ste­ty zga­si­ła nasze zapę­dy na gołąb­ki, bo wyszły. Albo wyle­cia­ły. Głod­ny byłem bar­dzo, bo jak nie zjem porząd­ne­go śnia­da­nia to umie­ram, więc zde­cy­do­wa­łem się na solid­ny dwu­da­nio­wy obiad (kusi­ły mnie przy­staw­ki, zwłasz­cza śle­dzi­ki, ale dziel­nie poku­sę zwal­czy­łem), a Mała­Żon­ka je jak pta­szek, więc tyl­ko dru­gie danie. Po dłu­gich namy­słach, sam nie wiem dla­cze­go, zary­zy­ko­wa­łem zupę ryb­ną, choć ryby lubię śred­nio ze wska­za­niem na wca­le. Do tego żeber­ka w mio­do­wej mary­na­cie z zasma­ża­ną kapust­ką, w któ­rych ziem­nia­ki wymie­ni­łem na kaszę (wie­cie, die­ta). Pani Mat­ka zawin­szo­wa­ła sobie sztu­ka­mięs w sosie chrza­no­wym z surów­ką i idąc moim śla­dem odrzu­ci­ła ziem­nio­ry na rzecz kaszy.

Po przy­ję­ciu zamó­wie­nia mie­li­śmy chwi­lę na pooglą­da­nie tych wszyst­kich rze­czy, któ­re wiszą na ścia­nach. I nie­spo­dzian­ka – w więk­szo­ści to obraz­ki saty­rycz­ne, do tego auten­tycz­nie śmiesz­ne. Spo­ro też jest takich, któ­re jakoś do Tivo­li nawią­zu­ją. Się oka­zu­je, że jest ona ulu­bio­nym miej­scem arty­stów-saty­ry­ków, któ­rzy prze­sia­du­ją w Tivo­li z oka­zji corocz­ne­go Mię­dzy­na­ro­do­we­go Kon­kur­su Rysun­ku Saty­rycz­ne­go “SATYRYKON”. A jak sie­dzą, to malu­ją. Na kart­kach, na wyli­za­nych do sucha taler­zach, chęt­nie pew­nie by i na ścia­nach w kiblu malo­wa­li, ale prze­ca to kul­tu­ra i nie wypa­da. Gale­rię moż­na sobie pooglą­dać na stro­nie restau­ra­cji – osob­no rysun­ki, osob­no tale­rze.

tivoli_wnetrza2_1920

 

Po chwi­li wje­cha­ła moja zupa ryb­na, wyglą­da­ją­ca jak pomi­do­ro­wa. Pod­sze­dłem do niej tro­chę jak pies do jeża, ale po pierw­szej łyż­ce się roz­pły­ną­łem. D-O-S-K-O-N-A-Ł-A. Cudow­nie zba­lan­so­wa­na, zawie­si­sta, ze spo­ry­mi kawał­ka­mi warzyw (seler nacio­wy mnie bar­dzo pozy­tyw­nie zasko­czył) oraz obo­wiąz­ko­wo, jak­że by ina­czej, ryby. Ryb­ka nie mia­ła ości, więc nawet gdy­by zupa była bez­na­dziej­na, to i tak dosta­ła­by ode mnie jed­ną gwiazd­kę za file­to­wa­nie. Tutaj nie było takiej potrze­by. W zale­wie wszech­obec­nych i nija­kich zup-kre­mów, ryb­na z Tivo­li błysz­czy jak Vir­tu­ti Mili­ta­ri na pier­si boha­te­ra. Daw­no nie jadłem tak dobrej zupy. Rewe­la­cja. Tro­chę śmie­szy pla­ste­rek cytry­ny, bo to ani wyci­snąć ani zjeść i ja oso­bi­ście dorzu­cił­bym ćwiart­kę tej­że, jeśli ktoś by sobie chciał pokwa­sić. Ale moim zda­niem nie ma potrze­by, bo zupa jest ide­al­na.

20151010_131426_1920

Pla­ste­rek cytry­ny wyglą­da, jak­by ktoś pomy­lił zupę z her­ba­tą, ale nic bar­dziej myl­ne­go – zupa jest boska

 

Zupa znik­nę­ła dosyć szyb­ko, Mała­Żon­ka tro­chę pomo­gła (kie­dyś chy­ba będzie tekst o wspól­nym zama­wia­niu w restau­ra­cji) i za chwi­lę wje­cha­ły moje mio­do­we żeber­ka i sztu­ka­mięs w chrza­no­wym sosie dla Pani Mat­ki. I roz­pły­ną­łem się ponow­nie.

Żeber­ka ide­al­ne – dosko­na­le czuć miód i korze­nie, do tego gęsty, zawie­si­sty sos i cudow­nie mię­ciut­kie, nie­zbyt tłu­ste mię­sko (ucie­szy­łem się podwój­nie, bo prze­cież die­ta). Kasza syp­ka, żad­nych zle­pio­nych far­foc­li, kapust­ka też pysz­na i co waż­ne – nie taka zasmaż­ko­wo-mącz­no-zawie­si­sta, jak się czę­sto spo­ty­ka. Dla mnie aku­rat to plus.

restauracja_Tivoli_zeberka

Oble­pio­ne zawie­si­stym sosem żeber­ka to poezja i przty­czek w nos miło­śni­kom suszar­ni

 

Chrza­no­wy sztu­ka­mięs też dobry, choć Mała­Żon­ka powie­dzia­ła, że tra­fił się gdzieś­tam jakiś kawa­łek tward­szy. Pod­kra­dłem Jej tro­chę i nie zauwa­ży­łem – gene­ral­nie bar­dzo, bar­dzo, zwłasz­cza sos chrza­no­wy, któ­ry deli­kat­nie łasko­tał w nosie, ale bez dys­kom­for­tu i szu­ka­nia od razu pacz­ki chu­s­te­czek. Zresz­tą – Tivo­li ze swo­je­go chrza­nu pod róż­ny­mi posta­cia­mi sły­nie. Następ­nym razem będę praw­dzi­wą męczi­zną i spraw­dzę zupę chrza­no­wą, a co!

restauracja_Tivoli_Sztuka_miesa

Mię­sko w sosie chrza­no­wym – kufel piwa i nicze­go wię­cej od życia nie trza

 

Mnie oso­bi­ście tro­chę roz­ba­wi­ły gwiazd­ki z mar­chew­ki i kawa­łek natki, bo to tak bar­dzo zajeż­dża PRL’em, że pra­wie widzia­łem oczy­ma duszy kolej­ki po papier toa­le­to­wy i kart­ki na cukier. Ale to się wpi­su­je w atmos­fe­rę tego miej­sca, takie­go deli­kat­nie nie z tej epo­ki. I wszyst­ko sma­ku­je dokład­nie tak, jak daw­no temu sma­ko­wa­ło u naszych babć – jest po pro­stu smacz­ne, bez tego wiel­kie­go gastro-zadę­cia, gdzie gar­ni­ru­nek i wygląd potra­wy są waż­niej­sze niż ona sama i jej smak. To nie jest knajp­ka slow, vege, glu­ten free czy [tutaj wstaw sobie dowol­ne hip­ster­skie okre­śle­nie knajp­ki]. Tu się po pro­stu dobrze zje.

 Jeśli tak­że w restau­ra­cji woli­cie jeść i sma­ko­wać, niż oglą­dać i prze­ży­wać rytu­ał, to Tivo­li jak naj­bar­dziej pole­cam.

Bo ja oso­bi­ście nie jem ocza­mi – jestem krót­ko­wi­dzem i od jedze­nia jest gęba.

Co widać na załą­czo­nym obraz­ku.

restauracja Tiwvoli po jedzeniu

 

PS. Czy powi­nie­nem Waszym zda­niem w takich kuli­nar­nych wpi­sach poda­wać ceny potraw?


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...