Pierdolnij korpo, załóż własną firmę, zarabiaj miliony i zacznij wreszcie żyć!

 

Mam ochotę w dzisiejszym wpisie kląć. Nie ze złości jednak. Bardziej z tęsknoty za tym, co minęło i chyba trochę smutku z powodu tego, co już wiem i przeżyłem. Dlaczego tak? Bo coraz częściej dopada mnie chęć pokiwania z politowaniem głowa nad ludźmi młodszymi ode mnie o 15-20 lat, którzy wierzą, że wszystko jest możliwe i że cały świat leży u ich stóp. I którym się wydaje, że wszystko wiedzą i wszystko mogą. A tak naprawdę ja już wiem, że to, co oni wiedzą i mogą to całe gówno. Ale tego akurat nie wiedzą. I mam ochotę kląć, bo jestem pierdolonym cynikiem i niestety ja już nie wierzę. I to jest kurewsko smutne. I tak. Będę pewnie dzisiaj rzucał kurwami. I pewnie nie tylko. I pewnie będzie długo.

Smutno mi też dlatego, że dzisiaj będzie taki tekst, jakich nigdy nie lubiłem – takich pełnych dobrych rad starszego, fajnego wujka. Takich dobrych rad próbował udzielać mi mój Ojciec i przez pierwsze 25 lat życia się zastanawiałem, kiedy wreszcie skończy pierdolić, bo tego się nie da słuchać, a ja przecież wiem lepiej, bo On stary jest i nie ogarnia zawiłości współczesnego świata. Dzisiejszy wpis świadczy o tym, że wszedłem z butami w „dojrzałość i dorosłość”, gdzie nie ma już czasu i miejsca na słodką naiwność. I strasznie to jest do dupy powiem Wam. Nie tyle świadomość wieku, bo mi to jakoś nie przeszkadza szczególnie, dopóki ja bez kłopotów rano wstaję i mi bez kłopotów staje. Do dupy jest to, że na bujanie w obłokach w moim życiu już po prostu nie ma miejsca i wszystkie moje marzenia muszą przejść przez filtr z napisem realność. Na szczęście mam przyziemne marzenia. No cóż – przyziemny ze mnie człowiek.

Bezpośrednie powody do napisania tego tekstu były dwa. Wczoraj byłem na szkoleniu, gdzie sobie pogadałem z innymi ludźmi, którzy też mają firmy, projektują wnętrza, produkują meble, zatrudniają ludzi i… też mają tego mniej lub bardziej dość. Drugi powód to dyskusja, która miała miejsce na jednym z blogów, który czytam. Celowo i z premedytacją nie podaję jego nazwy i zamazałem dane osoby, z którą rozmawiałem – bardzo możliwe, że w tym wpisie będę trochę robił sobie podśmiechujki z takiej naiwności, a nie chcę, żeby ten ktoś wziął to do siebie, bo to nothing personal jak mawiał każdy capo di tutti capi na hamerykańskich filmach. Poza nickiem nie ciacham niczego.

kariera i nadzieja

Słodka naiwności… Dlaczego już jej nie mam?

Na początku się trochę wkurzyłem z powodu mentorskiego tonu i chciałem się mocno odgryźć, bo co mnie gówniara będzie pouczać (21 lat – sprawdziłem). Ale potem chwilkę się zastanowiłem, uśmiechnąłem pod wąsem i stwierdziłem, że ja kiedyś też byłem bardzo młody (teraz jestem już tylko młody) i bardzo naiwny, więc bez sensu jest taka rozmowa, bo dopóki ktoś nie dostanie po własnej dupie, to niestety, ale pewnych rzeczy nie zrozumie i szkoda tracić energię na jałowe dyskusje. Do takiego zrozumienia niestety trzeba czasu i niestety, najczęściej doświadczeń z gatunku niekoniecznie przyjemnych (bo prawdą jest, że porażki uczą nas dużo więcej, niż sukcesy). Ale wcześniej czy później każdy to pojmie i przestanie żyć złudzeniami. A to jest bolesne i trudne.

Ba, teraz to chyba nawet jest gorzej, bo i dostęp do informacji szybszy i łatwiejszy. Kiedy ja byłem na końcówce studiów, nie było wszechobecnego netu (ok, był, ale rzadko u kogo). Nie było też facebooka. Tak, kiedyś były takie czasy. A teraz jest i to powoduje m.in. dwie rzeczy. Pierwsza to jest taka, że z każdej strony, z każdego portalu i każdego ekraniku atakują nas reklamy w stylu „Schudnij bez wysiłku w 30 dni”, „Zarabiaj po 1000$ dziennie poświęcając tylko godzinę”, „Usuń zmarszczki łykając te cudowne pigułki z jąder ślimaka brzuchonoga”, „Powąchaj kwiatki zerwane o północy w krainie, gdzie nie zapada zmrok i ciesz się wieczną erekcją”.  Efekt osiągasz szybko, skutecznie i kompletnie bez wysiłku.

Z tych samych ekraników atakują nas też nazwiska Zuckenberg (ten od fejsika), Silberman (dla odmiany od Pinteresta), Systrom (od Instagrama) czy Kardashian (od wielkiej dupy). I wiecie, co mają ze sobą wspólnego? Są stosunkowo młodzi i mają na kontach bardzo dużo zer z $ na końcu i nic nie muszą. Zarobili kupę siana szybko, skutecznie i kompletnie bez wysiłku leżąc do góry anteną. No dobra, Kim Kardashian leżała na czyjejś antenie. Tak to przynajmniej wygląda.

I drugą rzeczą, którą zawdzięczamy łatwo dostępnym ekranikom jest to, że nikt nie pokazuje tego, że do milionów czy miliardów na koncie trzeba po prostu dojść. Ciężką pracą, umiejętnościami, zdolnościami, talentem, dawaniem dupy, znajomościami i przede wszystkim ciężką pracą. I jeszcze ciężką pracą. Z bardzo nielicznymi wyjątkami, nikt nie mówi o tym, że trzeba się nieziemsko naharować, żeby mieć te parę baniek zielonych i móc sobie kupić willę z basenem i garażem pełnych błyszczących furaków. Pokazują Ci legendy o tym, że oni tacy piękni, młodzi i zdolni i nagle dorobili się miliardów. Nie zapierdalasz w pocie czoła i ścisku dupy przez kilka, kilkanaście lat po to, żeby wreszcie się dorobić, tylko nagle pstryk – teleportowałeś się z życia w wersji chujnia z grzybnią do życia w klasie luxury. Bez wysiłku, bez trudu, bez poświęceń – siedziałaś sobie w swoim szarym bloku z wielkiej płyty albo wziętym na kredyt rodziców mieszkanku i pyk!, Wróżka Chrzestna machnęła różdżką i nagle ktoś na meczu zrobi Ci zdjęcie i od dzisiaj królujesz na okładkach pism z cyckami. Żyłaś swoim szarym życiem w szarym bloku, nagle wpadł Książę i okazało się, że kryształowy pantofelek idealnie pasuje.

W bonusie robisz to, co kochasz, nic nie musisz przy okazji masz kupę siana i świetne życie bez trosk, trudów i znojów tego całego plebsu, który od dzisiaj Ci zazdrości patrząc na ekranik, na który wrzuciłaś najnowszą fotkę w butach Manolo Blahnika. A oczywiście do tego nie dojdziesz siedząc w korpo i marnując nieprzebrany swój potencjał. Rozwinąć skrzydła kreatywności i przedsiębiorczości możesz przecież tylko jako frilansjer albo hipsterski CEO jakiegoś startupa względnie jako chef knajpki slow food i koniecznie vege. Przecież w korpo to wyścig szczurów i jesteś tylko trybikiem w bezdusznej machinie. Bo cytując moją rozmówczynię: „od Ciebie i Twojej kreatywności i przedsiębiorczości zależy, ile będziesz zarabiał”.

Suprajz dziewczynko – gówno prawda. To ile będziesz zarabiać zależy od tego, ile Ci ktoś zapłaci. A żeby ktoś Ci zapłacił, to musi mieć za co. Czyli musisz temu komuś zaproponować i wycenić coś, za co on wyłoży szeleszczącą mamonę bo uzna, że warto. Ale żeby dojść do tego etapu, musisz się zdrowo nazapierdalać, bo takich samych kreatywnych jest wszędzie pełno i można przebierać. Mamy jakiś taki dziwny pęd na to, żeby każdy był wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, a że korpo jest bezduszne i w każdym indywidualizm zabija, to korporacje są na potęgę hejtowane. Tylko niewiele osób potrafi zrozumieć fakt, że takich „wyjątkowych kreatywnych” jest po pierwsze mnóstwo, a po drugie jak wyjątkowy będzie każdy, to tak naprawdę nie będzie nikt. Poza tym – jeśli tylko Ty (względnie jeszcze mamusia i tatuś) jesteś przeświadczona, że jesteś zajebista, to Cię rozczaruję – najczęściej nie jesteś.

Niewielki procent z tych wszystkich kreatywnych wybije się na tyle, żeby kreatywnie zapierdalając w miarę spokojnie i dostatnio żyć. Dla pozostałych „nie żyje się za pieniądze rodziców – to spory krok w dorosłe życie” skończy się jednak życiem na garnuszku rodziców co najmniej do 30-ki, bo nawet kreatywni i wyjątkowi żreć muszą, a ciągle się na Tobie nikt nie poznał na tyle, żeby te miliony Ci oferować. Najczęściej robiąc ten krok wyjebiesz się na glebę i stłuczesz sobie dupę. Jeśli w okolicy znajdzie się mamusia, która po pupci poklepie i przyklei plasterek, to tylko lepiej dla Ciebie. I nie, to nie będzie „za pieniądze rodziców”, bo przecież pijesz za swoje, a jedzenie jest tak przyziemne, że się nie liczy. Chyba, że z foodtrucków i można się na fejsie pochwalić znajomym.

Przekonani o własnej zajebistości mają błędne mniemanie o tym, że wystarczy odrobina szczęścia, mrugnięcie okiem opatrzności i nagle z nieba spadnie OKAZJA. Ok, to nie jest niemożliwe. Ale nawet jeśli spadnie, to sama się w sukces nie przekuje. Dlaczego zdecydowana większość lotto milionerów kończy jako bankruci? Dlaczego zdecydowana większość osób, które wygrały talent show, przepadły jak trampki w szatni?

Jak duże pieniądze zmieniłyby Twoje życie? Jeśli nie jesteś w stanie mieć na tyle silnej woli, żeby zmienić swoje życie z małymi kwotami, to duże także go nie zmienią. A na pewno nie na długo. Ot, tak dopóki się nie skończą.

Niewielki promil z tych wszystkich kreatywnych rzeczywiście wiedzie życie takie jak na okładkach gazet i fotkach z Instagrama. Ale jeśli wydaje Ci się, że nadal wtedy „możesz wziąć wolne w każdym czasie” i leżeć do góry anteną i nic nie musisz, to masz rację – wydaje Ci się. Wydaje Ci się również, że sam milion dolarów wystarczy do tego, żeby bez wysiłku stworzyć coś, co oglądasz na swoim ekraniku i zaczniesz wieść fabulous life. Nie, nie wystarczy. Oni też, a nawet zwłaszcza oni, musieli długo, bardzo długo i ciężko pracować na to, co mają. I pracują ciężko dalej. Nie teleportowali się do życia w klasie luxury. Doszli do niego zapierdalając, popełniając błędy, znosząc porażki i stawiając czoło przeciwnościom.

I jeśli śpieszno Ci do dorosłości i dojrzałości, jeśli śpieszno Ci do tego, żeby rzucić stabilną posadkę w korpo, bo przecież za chwilę zaczniesz nagle żyć życiem z Instagrama, to się zastanów. OK, może się to uda – niektórym się udaje, Tobie też może. To nie jest niemożliwe.

Zastanów się jednak, czy jesteś gotowa na długi i mozolny proces, czy oczekujesz teleportacji.

 

 

PS. Coś mnie zajebiście w związku z tym wpisem męczyło i już wiem co. Porównania do teleportacji użyłem zupełnie nieświadomie mając w głowie wpis Volanta, bo tam to pierwszy raz przeczytałem i to On jest jego autorem. Tak jak dłużej na to patrzę, to cały mój dzisiejszy tekst inspirowany jest w dużej mierze tym przeczytanym na Volantification. Może nawet bardziej, niż dyskusją z małolatą, więc klik powyżej i poczytajcie człowieka, który jest w tym mistrzem.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...