„W głowie się nie mieści” to nie tylko bajka dla dzieci…

 

Weekend z Dzieciorkami to zazwyczaj moje wyjazdy bliższe i dalsze, coby wykorzystać niedzielę (sporadycznie włącznie z sobotą) na wewnątrzrodzinną integrację z własnymi pociechami. Jako krwiożerczy kapitalista z garbem w postaci własnej firmy zapracowany jestem cokolwiek za bardzo i dlatego nie mam dla Chłopaków tyle czasu, ile bym chciał. Stąd staram się rekompensować im to w weekendy. Na ten mieliśmy zaplanowany wyjazd na safari do czeskiego Dvůr Králové, ale jakoś nie wyszło i pojedziemy tam kiedy indziej.

Obiecałem Panu Tymońskiemu wyjście do kina jeśli będzie na to czas, a że słowa danego własnemu dziecku łamać nie wolno (innym właściwie też się nie powinno) i czas się znalazł, więc wziąłem w metaforyczną łapę repertuar i trochę bez entuzjazmu padło na „W głowie się nie mieści” (miałem ochotę na „Minionki”, ale dziecię zdążyło już pójść z przedszkolem).  I jestem zachwycony. Ale po kolei.

PIXAR, spod paluszków którego wyszło powyższe dzieło, to właściwie pewniak. OK, mają filmy lepsze i gorsze, ale nie mają złych. Ba, średnich nawet nie mają zbyt wiele. Każdy cent, którego Disney wydał na ich zakup zwraca się wielokrotnie. A co ważne – mam wrażenie, że nie narzucają im zbytnio swojej cukierkowo-księżniczkowej wizji świata i animacji jako takiej. Pozwalają tworzyć filmy wyłamujące się ze schematu: czarno-biały dobry/zły charakter + księżniczka w potrzebie (najczęściej nieletnia) + książę, który jest piękny i ma piękne mięśnie. „W głowie się nie mieści” tak naprawdę nie ma czarnych charakterów, a dobrzy są chyba wszyscy. A pomimo tego jest ciekawie i niejednoznacznie tak bardzo, że dorośli powinni zdecydowanie ten film obejrzeć.

 

Co my tu mamy?

Mamy 11-letnią dziewczynkę Riley, w głowie której za wielką konsoletą w Centrali siedzą sobie Emocje i naszą Riley sterują. Mamy złotożółtą Radość, która wygląda trochę jak wróżka Dzwoneczek z niebieską czupryną i z ADHD. Mamy Smutek, czyli lekko pokrzywdzoną w pionie okularnicę w wełnianym swetrze i apetycznym kolorze blue. Mamy fioletowy Strach, o aparycji zestresowanego aplikanta w kancelarii prawnej (nawet sweterek ma odpowiedni). Mamy zielonkawą Odrazę, która przypomina tradycyjną amerykańska housewife z lat 50-tych, tylko kolory jakby mniej świeże. I mamy Gniew, wyglądający trochę jak czerwony SpongeBob czytający gazetę codzienną przy świetle palącej się ze złości grzywy. Nastrój i zachowanie Riley zależą od tego, kto akurat naciska guziczki i przekłada wajchy, tym samym zapisując jej wspomnienia i ważne chwile w postaci świecących kulek. Kulki mają kolor tej Emocji, która sterowała dziewczynką w chwili „zapisu”. Te wspomnienia można sobie przywołać, żeby np. Riley poprawić nastrój albo coś przypomnieć.

 

O co tu chodzi?

Wszystko jest fajnie do momentu, w którym cała rodzina się przeprowadza do San Francisco. Gdzie wcale nie jest tak pięknie i cudownie, jak to pokazują zdjęcia stockowe z Golden Gate Bridge. Ich nowy dom to cuchnąca nora, meble przez przypadek zbłądziły gdzieś na drugi koniec Stanów, w nowej szkole jest do bani, jak to każdemu nowemu, a na domiar złego najlepsza przyjaciółka szybko znajduje sobie zastępstwo. Do tej pory w głowie Riley rządziła Radość, ale wskutek okoliczności i nieszczęśliwego wypadku zostaje ona wraz ze Smutkiem wyautowana z Centrali gdzieś w otchłanie mózgu i umysłu. Na posterunku pozostają Gniew, Strach i Odraza, co oczywiście nie może się dobrze skończyć. Zwłaszcza, że dziewczynka nie może się odnaleźć w nowym środowisku. Katastrofa wisi w powietrzu i cała nadzieja w Radości, że dotrze do Centrali poprzez zakamarki umysłu i meandry zwojów mózgowych na czas i uratuje Riley przed… no właśnie…

 

Brzmi mało oryginalnie, więc skąd ten zachwyt?

Ludziki w człowieku już były, jak choćby bardzo dobre „Było sobie życie”. Wyprawa antagonistów, jak w tym przypadku Radość-Smutek, przez obce czy wrogie krainy też nie jest czymś nowym. Dlaczego więc uważam, że film jest genialny? To film wielopoziomowy. To film, który z przyjemnością obejrzy 6-latek (taki jak mój Tymoński) i dorosły taki jak ja. Jest kolorowo, czasami abstrakcyjnie, czasami cukierkowo. Są żarty niekoniecznie hermetyczne i niezrozumiałe dla dzieci, ale tez oczywiście sporo humoru dla starszych, czy wręcz dorosłych. Całość jest doskonale zbalansowana bez przegięć w żadną stronę. Kapitalne jest zestawienie tego, co dzieje się w głowie Riley z tym, co akurat dzieje się z nią samą „na zewnątrz”. Czasami to śmieszy, czasami daje do myślenia.

Ale przede wszystkim, w tym filmie grają emocje. Tak, wiem, napisałem to wyżej. Ale tu chodzi o to, że grają TWOJE emocje, nie te animowane. Nie wykorzystujcie tego przeciwko mnie, ale w tej bajce był jeden moment, w którym niewiele brakowało i popłakałbym się jak na „Królu Lwie” (jeśli ktokolwiek twierdzi, że na „Królu Lwie” nie płakał, to kłamie jak bura suka albo jest bardziej nieludzki od Hannibala Lectera). No autentycznie się wzruszyłem, bo jako ojciec odnalazłem tam coś, co poruszyło moje bardzo czułe ojcowskie struny.

Niewiarygodne jest też to, jak bardzo skomplikowane zjawiska zachodzące w naszym mózgu zostały ukazane w sposób przystępny dla dziecka, a jednocześnie prawdziwy. Jak prosto została ukazana istota funkcjonowania pamięci krótkotrwałej, procesu zapominania, snów, kojarzeń, marzeń czy podświadomości, w której drzemią nasze osobiste koszmary. Tłumaczą nawet jak to działa, że przyplątuje się czasami do nas jakaś głupawa piosenka z reklamy, której ni chuinki nie możemy wyrzucić z głowy.

To wszystko jest proste, ale absolutnie nie prostackie. Dodatkowo ma jak najbardziej podłoże naukowe, bo wszystkie te elementy zostały umieszczone w filmie w takiej, a nie innej formie po konsultacjach z psychologami. Wszystko jest tak sugestywne, że dorośli z łatwością rozpoznają nawet syndromy zbliżającej się depresji.

Ten film jest bardzo mądry. Jest to kino, które od początku rozwija pomysł, nie ma wpadek fabularnych, sprawnie prowadzi akcję kierując widza i bohaterów ku… No właśnie, czy szczęśliwemu końcowi, to będziecie sobie musieli sami obejrzeć, bo jak rzadko kiedy spojlery zepsują przyjemność z oglądania tej animacji.

To tak, jakbym Wam powiedział kim jest Keyzer Soze. Albo kto jest ojcem Luke’a Skywalkera.

Odkryjcie to sami.

Warto.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...