Bo to taka suma wkurwiających drobiazgów

 

Spotkałem ostatnio dawno niewidzianego znajomego – na potrzeby narracji nazwijmy go Rafału.

Wpadliśmy na siebie zupełnie przypadkiem w galerii handlowej, ale dziwnym zrządzeniem losu mieliśmy obaj sporo czasu, więc sobie siedliśmy przy browarku i pogadaliśmy o tym i tamtym. Nie był to może aż przyjaciel, ale kiedyś mieliśmy ze sobą na tyle wspólnych spraw i tematów, że nie spuściliśmy się nawzajem na drzewo wiesz, śpieszę się, bo akurat bardzo się śpieszę tylko ze szczerą ciekawością zaczęliśmy wspominać stare dobre czasy i to, co się z nami działo potem.

W pewnym momencie zapytałem żartem, gdzie zgubił obrączkę. Jego odpowiedź: nie mam, rozwiodłem się mocno wbiła mnie w krzesło.

Rafału był jakimś sporo starszym ode mnie spadochroniarzem z wyższego roku, tak samo zresztą, jak i ja, stąd też właśnie wzięły się nasze wspólne sprawy, na początku stricte studenckie, a potem się nam zdarzyło parę razy wspólnie upodlić alkoholowo, co jak wiadomo zbliża ludzi. I już wtedy, kiedy go poznałem, Rafału był w stałym związku. Stałym od ósmej klasy podstawówki – ciągle i niezmiennie. To po pierwsze.

Po drugie był już wtedy ojcem i mężem, bo pewnej pięknej, upojnej nocy, albo dnia, nie ograniczajmy się, ich planowane napostudiach dziecię zaplanowało się samo i w efekcie pobrali się pod koniec pierwszego roku, czyli był to związek nawet bardzo stały.

Co w ogóle było dziwne, bo obydwoje byli po trzecie bardzo głęboko wierzący i praktykujący, taką wiarą nie spod znaku bezmózgich ultrasów ojca R., ale taką bardziej spod znaku papieża Franciszka – wyrozumiałą i mądrą, dającą ukojenie w ciężkich chwilach i energię do działania z tych chwil radosnych. Cóż krew nie woda, widać ich też poniosły hormony czy porywy serca, jak zwał, tak zwał, ale jakby nie było, katolicy rozwodów nie uznają.

Kontakt mieliśmy przez jakieś dwa-trzy lata, przez jakiś czas nawet mieszkaliśmy wspólnie w akademiku małżeńskim, bo w kwestii planowania rodziny tak samo nam nie wyszło liczenie, jak im. Gdzie jak gdzie, ale w takim rodzinnym akademiku to się dopiero dzieją imprezy integracyjne i integrujące, mówię Wam. A jakby tego było mało, to dzieciaki ganiające stadami od pokoju do pokoju integrują jeszcze bardziej, bo zaraz za nimi przybiega jeden, drugi, kilku trzecich rodziców szukających swoich pociech i wtedy patrz ten punkt o imprezach.

Tym przydługim wstępem chce Wam nakreślić jedno – Rafału był bardzo dobrym mężem i ojcem, wręcz uwielbiającym wybrankę swego serca, która z kolei była fantastyczną żoną i matką. Byli naprawdę świetnym małżeństwem, do tego świetnymi rodzicami i świetnymi znajomymi, z którymi można było i pogadać, i poimprezować. No taki związek, którego po prostu zazdrościmy i o jakim każdy marzy. Chyba, że ktoś marzy o księciu z bajki albo kurewnie, to niech się puknie w łeb i dorośnie.

No i mając to wszystko w pamięci pytam Rafału, co się stało?

I on mi na to:

– Wiesz, najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że nic. To była po prostu suma wkurwiających drobiazgów.
– Aha, suma wkurwiających drobiazgów, wszystko jasne. Weź no mów po ludzku.

No i Rafału zaczął opowiadać o tym, jak po studiach udało im się obojgu znaleźć dobrą pracę. Jak kupili sobie mieszkanie (oczywiście na kredyt, ale to akurat tutaj nieistotny szczegół), jak je urządzali wspólnie z kilkuletnim synkiem, który najpierw życzył sobie tapetę z Toy Story, pościel z Toy Story i wielkiego Buzza Astrala, którego specjalnie ze Stanów Rafału jakoś sprowadził, a potem wszystko to zmienili na coś, czego nie zapamiętałem, bo dziecko urosło i mu się odmieniło.

Jak się powoli dorabiali dobrego samochodu, wypasionej plazmy i nowych mebli, a potem to wszystko przenieśli do swojego nowego domu pod Wrocławiem (oczywiście na kredyt, ale to akurat znowu nieistotny szczegół). Jak awansowali w swoich korporacjach na dosyć wysokie stołki i przybywało zer na koncie. Jak syn dorósł i poszedł najpierw do liceum, potem wyjechał na studia, które za chwilę będzie kończył, prawdopodobnie z wyróżnieniem, bo bardzo zdolna bestia.

I tak opowiada, i opowiada, a mnie się tutaj nic nie klei w temacie rozwodu!

No więc dopytuję, czy po gdzieś po drodze na tych szczęśliwych obrazkach nie pojawiła się jakaś skaza, która byłaby powodem rozwodu.

– Jakaś sekretarka młoda i ambitna, co to się z szefem chciała bliżej poznać?
– A skąd! Jestem wierny jak pies Szarik.
– To może jakiś asystent dobrze zbudowany i z niepohamowaną chcicą do wyrabiania nadgodzin pod ekhem, okiem swojej szefowej?
– Nie, z tego co wiem, to obydwoje byliśmy sobie wierni i nic się nigdy nie przydarzyło, choć na pewno obydwoje mieliśmy okazje. Nie rozwiedliśmy się z powodu zdrady, ani tego, że odchodzimy do nowych partnerów.
– Chleje któreś z Was, albo ćpa?
– Gdzie tam! Lampka wina do kolacji czy obiadu, czasem jakieś piwko, względnie jak jest impreza, to wiadomo, ale tak to nic, co by choćby z daleka zalatywało uzależnieniem czy jakąś patolą.
– To może napieprzałeś byłą pasem, albo ona Ciebie jechała z liścia i nazywała publicznie swoją świnką?
– W życiu żadne z nas by nie podniosło ręki na drugie, na dziecko zresztą tak samo!
– Zarabiałeś dużo mniej i miałeś z tego tytułu kompleksy, które wyładowywałeś na rodzinie?
– Nie. Dziękować Bogu, obydwoje zarabiamy aż nadto, jak na nasze potrzeby.
– Seks był do dupy?
– Do dupy raczej nie, wręcz przeciwnie.
– Staraliście się o drugie dziecko i Wam nie wyszło?
– Od początku wiedzieliśmy, że chcemy tylko jedno dziecko i żadnemu z nas się po drodze nie zmieniło.
– Kuźwa, to może jakaś śmierć, choroba, cokolwiek, stary weź daj jakiś punkt zaczepienia!
– Widzisz, w tym cały problem, że nie było żadnego haka, tylko suma wkurwiających drobiazgów.
– Dobra, mów, bo byliście takim zajebistym małżeństwem, że sam tego nie rozgryzę.

No i zaczął mówić.

O tym, że on wyciskał pastę jak popadło, a nie od końca, więc jego ex stale, codziennie, przy każdym myciu zębów się o to dowalała i następnie płynnie przechodziła do „bo ty zawsze…”. PRZY. KAŻDYM. JEDNYM. MYCIU. ZĘBÓW. KAŻDYM.

O tym, że zabierała mu kołdrę, a kiedy kupił sobie drugą, to skomentowała „to może teraz się rozwiedź jeszcze”. I komentowała za każdym razem, kiedy się kładli spać z dwiema kołdrami. A kładli się tak przecież przez jakieś 6-7 miesięcy w roku, bo taki mamy klimat.

O tym, że praktycznie za każdym razem, kiedy chodzili do restauracji coś zjeść (a nie chodzili za często, bo na co dzień jadali na mieście osobno, a w weekend do knajpy wyjść, to trzeba być samobójcą) okazywało się, że ona gorzej wybrała i zabierała mu to, na co miał ochotę i co zamówił, pozostawiając mu swoje to „gorsze”. A kiedy kiedyś zamówił dwa razy to samo, co dla siebie, to zrobiła mu awanturę na pół knajpy, że traktują ją jak tępaka albo niedorozwinięte dziecko.

O tym, że kiedy on chciał jechać gdzieś na weekend, to okazywało się, że ona ma milion ważnych spraw, na które oczywiście nie starczało jej tego weekendu i w efekcie w niedzielę wieczorem robiła awanturę, że nigdzie nie chodzą, tylko „siedzą w domu jak stare pierdziele”.

O tym, że w łazience każde miało swoją umywalkę i szafki nad nią, ale po jakimś czasie w jego szafce zaczęły się pojawiać rzeczy jej, które po pewnym czasie zajęły tej szafki grubo ponad połowę. „Bo ty i tak nie potrzebujesz tylu miejsca, bo się tak często nie myjesz, jak ja” (aż dopytałem, ale serio, tak mu powiedziała).

O tym, że jak to prawdziwy mężczyzna musiał się znać na wszystkim od cieknącego kranu w kuchni, poprzez naprawę popsutego odkurzacza, aż po instalację nowych rzeczy na komputerze czy w smartfonie. „Bo co z ciebie za facet, jak nie umiesz przetkać zlewu”.

O tym, że oczywiście mamy równouprawnienie i prawa kobiet, więc ona nie będzie stać przy garach i mu gotować, czy prać i prasować. Oczywiście nie miała żadnych skrupułów, żeby jeść to, co przygotował on, komentując często, że „Amaro to to nie jest”.

O tym, że kiedy zbierała pranie, to wrzucała mu wszystko do szafy bez ładu i składu, gdzie popadło.

O tym, że zostawiał skarpetki w sypialni przy łóżku i potem ona musiała je sprzątać, a „nie jest służącą”.

O tym, że pięć minut zbierania do wyjścia oznaczało dowolny przedział czasowy, ale jak tylko ona musiała chwilę poczekać na niego, to już była awantura, „bo nie szanuje jej czasu”.

O tym, że ona zarzucała mu, że zupełnie o siebie nie dba i wygląda jak „podtatusiały dziad”, a jak idzie na siłownię, to pewnie „po to, żeby wyrywać młode laski”.

O tym, że tak naprawdę codziennie, każdego jednego dnia, po kilkanaście, a czasem i kilkadziesiąt razy wbijała mu szpilę i ciągle coś jej nie pasowało, ciągle coś robił źle, ciągle coś było nie tak. Nie zawsze to były aż awantury, ale po te naście razy dziennie był krytykowany, czasami obrażany, bez względu na to, czy rzeczywiście zrobił coś źle, czy nie. Może to kryzys wieku średniego, może menopauza, ale on już nie miał sił, żeby wnikać w powody przytłoczony tym ciągłym dopieprzaniem się.

– A wiesz, co przelało czarę? Ona nie jeździ samochodem. W ogóle. Kiedyś potrąciła rowerzystę i gość wylądował w szpitalu. Na sprawie wyszło, że jechała zgodnie z przepisami, on wymusił jej pierwszeństwo i to była jego wina, ale trauma pozostała. Zawsze jeździła słabo, ale od tamtej pory nie wsiadła ani razu za kółko – zawsze ktoś inny był kierowcą. Najczęściej ja. To też był powód do awantur, bo totalnie nie miała orientacji w przestrzeni i jak się gdzieś umawialiśmy, że ją odbiorę, to oczywiście nigdy nie mogła trafić i to była moja wina, bo ja takie miejsce wybrałem. Ale najgorsze były takie uwagi „jak jedziesz!”, „jedziesz jak cipa!”, „źle jedziesz, tamtędy jest lepiej!”, „nie hamuj tak gwałtownie, nie wieziesz bydła!” (spoko, następnym razem wjadę w to auto, co też zahamowało przede mną). I tak dalej, i tak dalej. 

I pewnego dnia wiesz, co się stało? W pracy mieliśmy ciężki okres i prezes na nas wrzeszczał od kilku już dni, od rana się dopieprzała chyba do wszystkiego, nawet do tego, że w zmywarce źle ułożyłem kubek po kawie, jechaliśmy sobie na weekendowe zakupy i coś się musiało zdarzyć na drodze, bo był ogromny korek w miejscu, gdzie go nigdy nie ma, a ta do mnie z tekstem „no i którędy pojechałeś, stoimy teraz prze ciebie w korku, a ja się spieszę, idź ty z tym twoim jeżdżeniem!”.

I w tym momencie poczułem, że coś we mnie pęka. Więc po prostu wysiadłem z samochodu i poszedłem. Zostawiłem samochód, ją w samochodzie i poszedłem.

I jak tak sobie myślę, że to chyba najsmutniejszy koniec tej, i każdej jednej tak pary żyjącej w długim związku. Przeżycie iluś tam lat w szczęściu i miłości tylko po to, żeby na koniec zostać wrogami.

Mam nadzieję, że ja nigdy nie wysiądę z samochodu…

 

PS. W ⇒poście na fejsie pytałem Was, czy znacie takie długoletnie związki, które po kilkunastu, kilkudziesięciu wręcz latach się rozpadły i co było przyczyną – chciałem porównać to z tym, co mi opowiadał mój znajomek. Czy długoletnie związki rozpadają się nagle i gwałtownie, czy to bardziej długi proces? Nie przypuszczałem nawet, że to tak powszechne zjawisko. Bardzo, bardzo Wam dziękuję za komentarze i wiadomości na priv.

PS.2. EDIT: Pominąłem tę informację specjalnie (bo mi się w narracji jakoś nie układało), ale widać, że nie powinienem był (bo to jednak ważne) – chodzili na terapię małżeńską prawie rok, regularnie co tydzień. Ona ją przerwała, bo szkoda pieniędzy i nie czuła, że jej pomaga. Dopytałem – dokładnie tak powiedziała, że „jej nie pomaga”. Koleś wysiadł z auta jakiś miesiąc później.

PS.3. Tak, znajomek zgodził się, żebym opisał tę historię z niewielkimi zmianami.

 

 

Fot: depositphotos.com, autor: 5seconds

 

&nbsp


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

30
Dodaj komentarz

avatar
14 Comment threads
16 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
15 Comment authors
Jacek eM: dizajnuchDawid Lasociński/SwiathegemonaMonikaDaylicookingZaprojectowana Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Daylicooking
Gość

No cóż…. Pogadaliśmy sobie wczoraj trochę…
Takim postępowaniem mentalnie kastruje się faceta. Jak określić działanie w drugą stronę? „Życie ci uratowałem, bo kto by cie chciał”, „zginiesz beze mnie”…. Achhh… Nie ma sensu wywlekać, ale kobietą to ja dla mojego małżonka nie byłam. Na szczęście już ex 😀 Teraz niech z uśmiechem jadowitym dopieszcza pannę,z którą spotykał się wtedy 😀 Karma.

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Mnie to zawsze zastanawia, jak bardzo miłość i nienawiść to dwie strony tej samej monety i jak blisko od jednego, do drugiego.

Zaprojectowana
Gość

Okej. Ja napiszę tylko krótko. Wina ZAWSZE leży po obu stronach. Nigdy nie jest tak, że winna jest tylko ona, albo tylko on. Rozumiem post z przedstawieniem sytuacji od strony kolegi, bo tylko z nim rozmawiałeś, ale myślę, że warto zaznaczyć, że nie ma tak, że wina jest po jednej stronie. No chyba, że uważasz, że tak było? Że to wszystko, absolutnie wszystko była tylko i wyłącznie jej wina?

Jacek eM: dizajnuch
Gość

A skąd! On też przecież zostawiał te skarpetki i źle wyciskał pastę, co mogło kumulować, i pewnie kumulowało te wkurwiające drobiazgi również i u niej. I na pewno sporo innych, o których nie mówił. Podejrzewam, że dawali sobie do pieca nawzajem, choć niekoniecznie po równo, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Animalistka
Gość

Można uznać, że co ja tam mogę wiedzieć, że ja ze swoim to dopiero pięć lat jestem, z czego po ślubie niecały rok… Ale bez względu na to, jak mnie wkurzył czy jak wielką kłótnię mieliśmy, nie wyobrażam sobie, że mogłabym się odnieść do niego z pogardą czy go obrazić, rzucić jakimś wyzwiskiem. Ba! Nawet w myślach nie umiem powiedzieć czegoś tylko po to, żeby mu dopiec, dokuczyć, wyładować się.
Zwracać uwagę, jeśli trzeba – jasne, ale z kulturą i po to, aby było lepiej. Nawet kłócić się można z kulturą.
A powiem Ci, że właśnie suma takich drobiazgów wydaje mi się jak najbardziej sensownym powodem, by zakończyć związek. Bo przecież są ludzie, którzy wybaczają krzywdy czy zdradę, godzą się, pracują nad tym i później żyją sobie razem dalej, po rozwiązaniu problemu. Ale w momencie, kiedy tych problemików jest codziennie od cholery i ciut więcej, w dodatku ciągle pojawiają się nowe – no ile można to wytrzymać?

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Też mi się wydaje, że jakieś nagłe tąpnięcie można jakoś wspólnie ogarnąć, przegadać, przepracować. Konkretne sytuacje kryzysowe zazwyczaj jednoczą ludzi do tego, żeby sobie z nimi poradzić.

A jeśli masz codziennie jakieś takie duperele, które przecież nie są wielkim halo (no bo kaman – rozwodzić się z powodu źle wyciskanej pasty do zębów??), to nawet nie wiadomo, co tak naprawdę jest do naprawiania, bo przecież to jakieś nieważne duperele. Ale jeśli takich nieważnych dupereli (i awantur z tego powodu) bombarduje człowieka codziennie kilkanaście/kilkadziesiąt, to rzeczywiście – w pewnym momencie tama puści.

Celestyna
Gość
Celestyna

Mój wujek, lat 77 (tak!), właśnie się wyprowadził z domu do nowej kobiety i chce rozwodu. Ale to trwało latami.

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Kiedyś bym się popukał w czoło, ale teraz jestem starszy i mądrzejszy – o ile związek wujka umierał latami, i o ile rozstanie przebiegło we w miarę spokojnej atmosferze, to chyba mu zazdroszczę trochę odwagi.

Dawid Lasociński/Swiathegemona
Gość

Pogarda – bezwzględny zabójca wszelkich związków. Ostatnio czytałem o badaniach, oczywiście amerykańskich naukowców, że gdy z jednej strony jest pogarda, to trzeba uciekać, nie ma co ratować związku.

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Tylko to trochę (wiem, jadę po bandzie), jak z przemocą – trwasz w tym, bo on/ona się zmieni, bo będzie lepiej, bo ciężko przegapić, kiedy to się zaczęło, a jak się jest w trakcie, to już zaczyna się błędne koło.

Dawid Lasociński/Swiathegemona
Gość

Tylko po przemocy pozostają ślady, a pogardy w pierwszym okresie prawie nie widać. Ale tak zupełnie zostawiając twojego kolegę na boku – jest jeszcze jedna rzecz, jeżeli chodzi o konflikty, która potrafi rozwalić i związek i zespół w pracy, to… brak konfliktów. Uznajemy konflikt za coś strasznego i niewłaściwego, więc go unikamy, nie podejmujemy rękawicy, gdy różnice zdań są niewielkie. I tak się zbiera, zbiera, zbiera. Same drobiazgi, nic ważnego, aż do momentu, gdy ludzie już patrzyć na siebie nie mogą. Dlatego, jeżeli w związku, w zespole nie ma żadnych konfliktów, to jest to sygnał alarmowy, że coś złego się dzieje.
Przepraszam, że się rozpisałem, ale trafiłeś w temat, z którego nie tak dawno prowadziłem szkolenia i teraz się mądrzę ponad miarę 🙂

Goga
Gość

Mądry tekst. Nawet bardzo. Zawsze myślałam, że „trzeba się trochę różnić, żeby kochać i trochę być podobnym, żeby rozumieć”. Ale myślę sobie, że nie ma nic gorszego niż taki perfekcjonizm w małżeństwie, bo z tego się piętrzą problemy. Niby małe pierdoły, błahostki, a jednak… a potem sru i po małżeństwie. Mój mąż jest bardzo drobiazgowy. Momentami mi to przeszkadza, ale staram się jak mogę, aby nie być zołzowata 🙂

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Haha, wiesz, co jakiś czas musisz wybuchnąć, bo inaczej Cię rozsadzi to wewnętrzne ciśnienie 😉

Olga Siemoniak
Gość

Nie znoszę pogardzania drugim człowiekiem w ogóle, ale im on bliższy, tym nie znoszę tego bardziej. Nie mogę się nadziwić, że ktoś zamiast związek naprawić albo i zakończyć woli każdego walonego dnia uskuteczniać takie akcje, a przecież skoro je uskutecznia, to znaczy, że szczęśliwy nie jest. To jedno. Drugie: nie rozumiem, mój nieskomplikowany umysł nie rozumie, jak można być w związku i nie mówić: hej, jest mi przykro. Zachowujesz się beznadziejnie, Twoje teksty są chujowe. NO JAK?! Nie mówię, że ofiara jest winna, bo – przy założeniu, że faktycznie było jak mówi Twój znajomy – winna jest żona i ona dała/dawała ciała. Ale na litość boską, serio? Serio, nie mógł jej tego powiedzieć po pierwszym czy drugim tekście?! Nie czaję, jak ludzie mogą być ze sobą, sypiać ze sobą, całego siebie dawać, a nie potrafią gadać! No i zadziwiające, że po serii takich codziennych napierdalanek seks był dobry 😛

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Dobra, dałem edit, bo pominąłem to specjalnie i widzę, że to był błąd – oni chodzili na terapię małżeńską, ale ta nie dała za bardzo rezultatów. Czyli próbowali obydwoje, ale co ciekawe, to ona powiedziała, że na terapię więcej chodzić nie będzie. Więc to nie tak, że on jej nie mówił, żeby się odjebała, bo mówił 🙂

Weź też pod uwagę to, co napisałem – to byli żarliwie wierzący ludzie, naprawdę ultrakatole, ale w bardzo pozytywnym sensie, żebyś sobie nie wizualizowała pojebusów w moherach. A co mówi KK o rozwodach to wiadomo.

Po trzecie, o to samo go zapytałem w kwestii łóżka, ale nie powiem Ci, co odpowiedział, bo mu obiecałem to po pierwsze, a po drugie to nie wiem, czy to dobry i dla każdego przepis na udany seks 🙂

Monika
Gość

świetny post, zmuszający do refleksji. Napisałeś, że małżeństwo rozpadło się nagle. Ja poprzez ten post widzę, że rozpadło się ono duużo wcześniej, a raczej rozpadało się stopniowo przez lata. Taki właśnie proces jest najgorszy, ponieważ ludzie przymykają oczy uważając, że nic się nie dzieje, aż w końcu miarka się przebiera i już nie ma co ratować. To smutne, ale czasem konieczne. Pomimo, że przedstawiłeś sytuację z punktu widzenia kolegi to coś tą reakcję musiało wywoływać, pewnie po rozmowie z jego eks powstał by identyczny post wskazujący na to jaki on był „czepialski”. Agresja wzbudza agresję, czepianie powoduje czepianie się drugiej strony i tak dalej…

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Ej, a gdzie ja napisałem o tym, że rozpadło się nagle? Pytam, bo właśnie zależało mi na tym, żeby pokazać, że to proces, a nie nagły strzał i może coś namieszałem.

Zawsze jest tak, że wina rozkłada się na dwie osoby, choć raczej nigdy nie jest tak, że po równo. Absolutnie nie wybielam mojego znajomka, bo wiem, jak życie wygląda i jak to w związkach bywa, ale jednak na tyle, na ile ich znam, to koleś do tej sytuacji dorzucił raczej mniejszą połowę. Obstawiam, że kiedy dziecko wyszło z domu, laska już nie miała za bardzo celu w życiu i zaczęła świrować, co jak sama powiedziałaś, zaczęło nakręcać spiralę.

Monika
Gość

Spokojnie 🙂 Odniosłam się bardziej do odpowiedzi Twojego znajomego na pytanie”co się stało?” – „no właśnie nic się nie stało” (jakby nie było problemu, a przecież był). Ciągłe czepianie się żony go frustrowało ale nie zrobił nic, żeby się nie czepiała. Nie bronię jej tutaj i nie próbuję zwalić winy na faceta ale zastanawiam się dlaczego z czasem dwoje kochających się ludzi nie potrafi znaleźć wspólnego języka. To co ich kiedyś łączyło zaczyna ich dzielić. Wyprowadzka syna na pewno miała wpływ. Kobiety mają tendencję do przelewania swoich uczuć na dzieci i przekładanie ich przed partnerem, co nie powinno mieć miejsca bo dzieci dostajemy TYLKO na „pewien” czas. Naszym zadaniem jest je wychować a potem idą one w świat i zakładają swoje rodziny. Dorośli zostają sami ze sobą i… zaczynają się schody 🙁 Rozglądając się dookoła ciężko jest mi znaleźć wieloletnie małżeństwa, które rozmawiają ze sobą bez pretensjonalnego tonu. Każde pytanie i każda odpowiedź odbierana jest jako atak. Zamiast poszukać rozwiązania szukamy sposobu, by też się przyczepić

Kasia Motyka Kocikowa Dolina
Gość
Kasia Motyka Kocikowa Dolina

Zamyśliłam się głęboko… jako żona od 29 lat tego samego faceta…
Tak naprawdę to rzeczywiście wina jest po obu stronach… nawet zaniechanie walki o siebie jest już winą…
Na początku różowe okularki i wspólne tworzenie domu, poźniej walka o ogień… w międzyczasie każde ewoluuje w swoją stronę i we własnym tempie obowiązków… dziecię wyfruwa z domu i……… powstaje nisza. Bo do tresury było dziecię… albo dzieci wiele…Jeśli nie ma czym zapełnić tej pustki, zapełnia się ją pierdoletami, które urastają do niebotycznych rozmiarów…Zamiast się dobrze stuknąć w łeb i skorzystać z odzyskanej wolności… to już nie potrafią? I może nawet jest resztka zdrowych uczuć, to często takie pierdolety mogą wydrążyć skałę…
Zależy od kilku spraw. Kwestia wysokości kredytu, płynności finansowej i możliwości lokalowych…..
Trochę brutalnie może mi wyszło, ale nie mogłam się powstrzymać 🙂

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Akurat oni o pieniądze martwić się nie musieli, ale mam podobne wrażenie, co Ty – dzieci wyszły z domu i czegoś zabrakło. A po tylu latach ciężko sobie znaleźć coś, co taką pustkę nagle zapełni.

Dobrze, że mam bloga 🙂

Monika | Konfabula.pl
Gość

Jestem ciekawa czy to kwestia nabytego marudzenia czy wrodzona. Bo nie powiem – mam taki tryb czasami i sama jestem na siebie zła jak taką jędzą jestem. Ba, sama z sobą bym się wtedy rozwiodła!

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Ciężko powiedzieć, ale mam podejrzenia – moje dziecko marudzi tak samo, jak ja 🙂

Blogierka
Gość

Ehh..z moim rodzicami to też niby dorbiazgi ale eskalowało bankructwo..boli mnie nawet jak to piszę..

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Kurde, bo od dupereli się zaczyna, a potem to już śnieżna kula 🙁

Justyna Janiuk
Gość

Pytasz, czy się zdarza? Oczywiście, że się zdarza! Mam wrażenie, że większość par ze stażem większym niż lat 10 i dzieciakiem/dzieciakami staje się sobie coraz dalsze i bardziej wredne. Uczę się od nich, jak nie chcę, by wyglądał mój związek. I wiesz, do jakiego jednego, głównego wniosku doszłam?
Nie robić sobie na złość. Nigdy. Jak zaczynasz robić na złość najbliższej na świecie osobie, znaczy, że jesteś gnojek i tyle.
I od tego na złość zaczyna się początek końca, z moich obserwacji wynika.

Jacek eM: dizajnuch
Gość

W ogóle, jakbyśmy byli dla siebie mili, to świat byłby piękniejszy. A jakbyśmy byli mili dla swoich bliskich, to już w ogóle 🙂
Bo chyba sztuką największą jest, żebyśmy oprócz tego, że kochamy tę najbliższą nam osobę, jeszcze ją najzwyczajniej w świecie lubili.

Narwany
Gość

Ja podziwiam wszystkich, którzy potrafią stworzyć wspaniałą rodzinę pomimo trudności. Coraz częściej się przekonuję, że te drobiazgi mimo wszystko biorą górę nad naszym życiem. Pytanie tylko jak do tego podchodzimy 😉

Jacek eM: dizajnuch
Gość

To słowo, „stworzenie”, kojarzy mi się z jakąś siłą wyższą albo łutem szczęścia, a kluczem chyba jest tutaj po prostu ciężka praca. No i jeszcze fajnie, jak jest kasa 🙂

Magda M. blog
Gość

Sztuką wielką jest przymykanie oka na te wszystkie wkurwiające drobiazgi, żeby jak te szpileczki nie powbijały się w nas i w końcu nie zrobiły pęknięć, dziur, doprowadzając do totalnej rozpierduchy.. Właśnie się tego uczę.

Jacek eM: dizajnuch
Gość

I jak to Ci wychodzi?