NFZ chyba strasznie słabo płaci.

 

Wiecie, moje ćmoje-boje z naszą narodową służbą zdrowia to chyba zasługują na osobną kategorię na blogu. Bo bez względu na to, czy pobierali mi  wymaz na chlamydię, czy  operowali zerwane ścięgno czy też po prostu składali do kupy mój pysk rozwalony deską, to zawsze było śmiesznie. Zastanawiam się, jak ją nazwać, bo NFZ brzmi jakoś tak zbyt formalnie. Może jakby rozwinąć ten skrót jakoś twórczo, to wyglądałoby lepiej?

Może zorganizujemy mini konkursik na najbardziej kreatywne wyjaśnienie tych tajemniczych literek, hmm? Coś w stylu Nie Fundujemy Zabiegów, Nowy Frajer Zajechał… Nad nagrodą pomyślę, ale będzie równie kreatywna. Chętni?

Ale wracając… Od kilku już lat mam problem z nosem. To znaczy nie, że jakiś taki szczególnie brzydki czy niekształtny, chociaż z wyglądu przypomina solidnego kartofla. Nie – po prostu coś mam napitolone w środku i z tego właśnie powodu ciągle mi się przytyka, co powoduje różne rzeczy. Jedną z nich jest to, że kiedy się położę inaczej niż na prawym boku, to momentalnie się duszę i muszę oddychać ustami.

A to z kolei powoduje, że spanie ze mną w jednym łóżku przypomina spanie ze słabo naoliwioną machiną zagłady z piekielnych czeluści, w której coś dyszy, sapie, charczy, piszczy, świszcze i puszcza gazy (choć to akurat chyba niekoniecznie związane jest z nosem). Jeśli kiedyś oglądaliście Miecia albo „Hydrozagadkę” i zastanawiacie się co kryje się za słowami niech ryczy z bólu ranny łoś”, to wystarczy mnie posłuchać kiedy śpię i wszystko jest jasne. Moje chrapanie straszy nietoperze w Jaskini Niedźwiedziej i przeszkadza w zderzaniu hadronów, oraz czasami budzi nawet mnie samego. O duszeniu się nie wspomnę…

Żeby oszczędzić sobie, MałejŻonce, sąsiadom oraz hadronom męki, zapuszczam krople do nosa, które to krople zajebiście uzależniają, rozpierdzielają śluzówkę i w ogóle ich skutki uboczne przypominają wybuch bomby atomowej. No ale co z tego, skoro to jedyny sposób na to, żebym mógł normalnie przespać noc i chrapać dopiero gdzieś od jej połowy? Dlatego próbuję coś z tym zrobić, przy pomocy fachowej pomocy lekarskiej, ale u nas nie ma kurwa tak, że jak mi coś się pojebało w nosie, to idę do laryngologa jako do specjalisty od tychże właśnie rejonów, bo laryngolog jest od tego(za ciocią Wikipedią):

Otorynolaryngologia – dziedzina medycyny zajmująca się rozpoznawaniem i leczeniem chorób ucha (oros, otos), nosa (rhinos, rynos), krtani (laryngos), gardła (pharyngos) oraz innych narządów głowy i szyi. Jej nazwa potoczna to otolaryngologia lub najczęściej używana – laryngologia. (…) Lekarz zajmujący się otolaryngologią to otolaryngolog (w skrócie laryngolog).

W moim prostackim i naiwnym mniemaniu sprawa wygląda tak, że tenże laryngolog zagląda mi do nosa albo w okolice, po czym bogaty w wiedzę oraz doświadczenie podejmuje tak zwane kroki w postaci recept tudzież skierowań, mówi mi co robić dalej i wszyscy są szczęśliwi, a szczególnie MałaŻonka, która nie musiałaby się co noc męczyć się ze zdychającym obok niej w męczarniach dzikim włochatym zwierzem wydającym agonalne dźwięki.

 

Nie ma tak prosto.

Dostęp do laryngologa jest niestety limitowany i na jego straży stoi tak zwany lekarz rodzinny. Przecież niedorzecznym jest zakładać, że dorosły człowiek sam wie, co go boli albo co mu dolega i sam sobie wybierze właściwego specjalistę. Poniekąd słuszne to i sprawiedliwe, bo przecież nie zawsze jak boli ręka to boli ręka. Czasami to oznacza problem z nogą na przykład. Tak czy siak, został u mnie stwierdzony przerost małżowin nosowych, cokolwiek to znaczy i dostałem skierowanie na zabieg ich wyrżnięcia w pień. Znaczy wróć – najpierw dostałem skierowanie do laryngologa, żeby potwierdził to, co pani doktor rodzinna mi w nosie wykryła. Ale widać nie była za bardzo pewna, bo napisała „podejrzenie”. Dodatkowo jako pamiątkę z Grecji po nurkowaniu na 7m w poszukiwaniu zgubionych okularów przywiozłem dziwne zachowanie się prawego ucha, czyli jest ono permanentnie zatkane. Tutaj pani doktor rodzinna niczego nie podejrzewała, ale wypisała drugie skierowanie do laryngologa. To się w sumie chwali – porządek w papierach musi być i nie mieszajmy nosa z uchem. Welcome to NFZ.

Jakoś tak nie bardzo mi się paliło do laryngologa iść, bo ja wiecznie nie mam czasu, ale akurat przypadkiem byliśmy obydwoje w okolicy nowiuśkiego szpitala, a dodatkowo Pani Matka stwierdziła (nie bez racji), że jak tam mają przychodnię i szpital w jednym budynku, to bardzo prawdopodobne jest, że ten sam laryngolog, który mnie przebada będzie mi potem grzebał jakimś ustrojstwem w nosie i będzie jakby bardziej w temacie. Mądrego to i przyjemnie posłuchać, więc pobrałem zautomatyzowany numerek i rozpoczął się długi proces czekania do rejestracji.

NFZ

Właśnie wywołali R130 – dobrze, że mam komórkę naładowaną…

 

Po mniej więcej kilku recenzjach Ichaboda dopchałem się do rejestracji – ponieważ miałem DWA skierowania, więc pani mnie zapisała na DWIE wizyty w DWÓCH zupełnie różnych terminach. Przyzwyczajony do niepublicznych zakładów opieki zdrowotnej, gdzie czas to pieniądz i gdzie jak mam wizytę na 10:00, to wejdę nie później niż 10:15 zdziwiłem się niepomiernie, kiedy pani wyznaczyła termin wizyty między 10:00 a 11:00. Welcome to NFZ. Nic to, stawiłem się dzielnie wyznaczonego dnia o 9:55 pod drzwiami gabinetu, gdzie zobaczyłem na drzwiach taki obrazek:

NFZ

Kiedyś w „Kajku i Kokoszu” przed inwazją Zbójcerzy chronił bramy magiczny napis – tutaj widać zerżnęli pomysł…

 

No dobra, nie będę się z koniem kopał, chociaż Oddział Ratunkowy blisko. Podchodzę na twardziela do okienka i wiecie co mi kobitka mówi? Że mam iść, pobrać numerek i poczekać na swoją kolej. Mówię, że mam termin wizyty zaraz, a ta na to, że „trzeba było przyjść wcześniej”Welcome to NFZ. 

Stałem krócej, niż poprzednio, bo tylko pół godziny, dopchałem się do kobiety w okienku, która łaskawie potwierdziła, że rzeczywiście nie wciskam jej ciemnoty i rzeczywiście mam za chwilę wizytę, po czym wyciągnęła jakiś druczek, wypełniła go i wsadziła w kopertę, na której wielkim pisakiem nasmarowała LARYNGOLOG i mój PESEL. Szczena mi opadła w okolice jajec oraz załzawiło mi oczy, bo jako żywo przypomniały mi się czasy jakieś 30 lat temu. Komputery komputerami, ale co na papierze, to na papierze, nie? Welcome to NFZ. 

Dostałem kopertę w garść i potuptałem pod gabinet, po którym nikt nie czekał, co nie powiem, trochę mnie ucieszyło. Poczekałem kilka minut, zanim zapukałem i złapałem za klamkę, bo może ktoś się w środku bada (chociaż na bajeranckim wyświetlaczu nad drzwiami nic się nie wyświetlało). Badanie własnoręczne wykazało niestety, że drzwi są zamknięte, co nie powiem, trochę mnie zaniepokoiło. Dla uspokojenia niepokoju sprawdziłem jeszcze, czy aby na pewno pan doktor nauk laryngologicznych dzisiaj ma otwarte dla prostego ludu, ale owszem, według rozpiski miał. Co nie powiem, trochę mnie uspokoiło.

NFZ

Druty, zasieki oraz ściśle limitowany dostęp do tajemnej wiedzy laryngologicznej…

 

Ponieważ przez kolejnych kilkanaście minut tajemne drzwi pozostawały w stanie nietkniętym i nikt przez nie nie wchodził w którąkolwiek stronę, to po raz kolejny złapałem za klamkę. Cud się nie wydarzył i drzwi pozostały zamknięte, co nie powiem, trochę mnie wkurwiło. Poczekałem jeszcze kilka minut, zanim potuptałem z powrotem do kobiety w okienku. Próbowała znowu zażartować, żebym wziął numerek, ale nie powiem, trochę już byłem wkurwiony, więc ja też zażartowałem, że niech nawet nie żartuje i nie wkurwia mnie bardziej tylko mi mówi, co z moją wizytą, bo w gabinecie nie ma żywej duszy od 20 minut. Kobieta podzwoniła i z pełnym politowania uśmiechem powiedziała mi, że:

-Dzisiaj doktora nie ma.

– Jak to (kurwa – przyp. autora) nie ma?? Przecież na drzwiach gabinetu są godziny wizyt! Dochodzi 11:00, więc powinien być! 

– No nie ma, co ja panu poradzę?

– Ale wyszedł gdzieś i wróci?

– Nie, od rana nie było.

– To po jaką cholerę kazała mi pani stać w kolejce do rejestracji do lekarza, którego dzisiaj nie ma?!?!

– A skąd miałam wiedzieć, że go nie ma?

I chuj. Zamiotła mnie siłą argumentu oraz rozjebała na atomy, aż osłabłem i oparłem się ręką o blat. Nie była to słabość jednak, a walka z samym sobą, żeby jej tego tlenionego blond łba nie rozpierdolić o tenże blat, o który się oparłem. Na szczęście miałem termin drugiej wizyty wyznaczony na pojutrze, więc upewniłem się, że jest aktualny i doktor-magik laryngolog nie spierdolił aby na Seszele. Niby tak i niby nie. Jedyne co, to już nie musiałem stać po raz drugi do rejestracji, bo miałem już wypisaną tajemniczą kopertę i tylko miałem do niej podejść i się zameldować bez pobierania numerka (jaki kurwa drugi raz kobieto??). Welcome to NFZ. 

Z niepokojem w sercu stawiłem się pojutrze w nowiuśkiej placówce NFZ, w pogardzie mając tnące szpony mrozu i słońce pustyni, wdarłem się do najwyższej komnaty w tej waszej przeklętej wieży, czyli do rejestracji, gdzie kobieta chyba już mnie kojarzyła, bo cośtam od ręki sprawdziła, powiedziała, że doktor jest i że mogę iść na audiencje. Znaczy wizytę. Zameldowałem się pod znanym z poprzednich obrazków pokojem 213 gdzie zgadnijcie co zastałem? Brawo, zgadliście – znowu kurwa żywego ducha i zamknięte drzwi. Wkurwiony jak Hulk poleciałem do rejestracji i wbijam do tlenionej blondyny. Trochę sobie pogadałem, użyłem kilku słów uznawanych za wulgarne oraz trochę kreatywnych porównań i nagle się okazało, że ona zadzwoni i że doktor zaraz przyjdzie, bo gdzieś wyskoczył. Zaraz ja wyskoczę z siebie. Welcome to NFZ. 

Ok, wyzewnętrzniłem się trochę, wróciłem pod gabinet, usiadłem i rozpoczął się długi proces oczekiwawczy. Siedzę i siedzę, aż nagle podchodzi jakiś na oko 60-letni siwiejący facet, w aliganckiej koszuli i dżinsach i pyta, czy czekam do laryngologa. Mówię, że i owszem, chociaż tracę już nadzieję. A koleś wyciąga klucze, otwiera drzwi i mówi żebym właził do środka. To chyba taka nowoczesna medycyna bliżej ludzi, coby nie stwarzać niepotrzebnego dystansu i rozluźniać pacjentów, bo ani fartucha nie miał, coby nie stwarzać niepotrzebnego dystansu i rozluźniać pacjentów, ani drzwi do gabinetu nie zamknął, coby nie stwarzać niepotrzebnego dystansu i rozluźniać pacjentów. Dodatkowo popatrzcie sobie, co miał w lodówce obok fiolek z adrenaliną, pewnie coby nie stwarzać niepotrzebnego dystansu i rozluźniać pacjentów…

NFZ

PIWO – nie ma lepszego specyfiku, coby nie stwarzać niepotrzebnego dystansu i rozluźniać pacjentów… Pełna kultura – schłodzone jak trzeba…

 

– Szybko, niech pan siada. Co panu dolega?

– Mam skierowanie z podejrzeniem przerośnięcia małżowin nosowych i zakwalifikowania do zabiegu udrożnienia nosa. A że tutaj szpital, to sobie wymyśliłem, że lepiej przyjść tutaj do przychodni, bo pewnie jak pan mnie bada to i pan mi będzie grzebał w nosie.

– Ale co panu dolega? 

Cierpliwość mi się kończy ty kutasi łbie!!

– Mam zatkany nos, odtyka się tylko kiedy leżę na prawym boku, blebleble… Krople do nosa blebleble… Do tego ucho blebleble…

– Dobra, zajrzymy…

Ja pierdolę, do nalewania benzyny z kanistra mam mniejszy lejek niż to coś, co mi wsadził do nosa i do ucha. Pozaglądał, poświecił, powiercił, przyłożył mi jakieś pikające gówno do policzków, po czym stwierdził:

– Ale pan ma tutaj jakiś obrzęk, a małżowiny nosowe powiększone, ale ja bym ich jeszcze nie ruszał.

– Jak nie ruszał, jak ja się duszę?

– Długo tak pan ma?

– Długo, kilka lat już.

– No to jeszcze pan trochę wytrzyma, przepiszę panu takie robione krople z antybiotykiem. Jak nie zejdzie obrzęk i nie udrożni się nos, to niech pan do mnie przyjdzie i wtedy zobaczymy, co dalej. Powinno pomóc.

KURWA COOO?!?! POWINNO?!?!

– A jak nie pomoże?

– To wtedy niech pan do mnie przyjdzie i skierujemy na zabieg, pan młody jeszcze jest, to szkoda tak od razu, lepiej spróbować to lekami naprawić. Poza tym w tym szpitalu nie ma oddziału laryngologicznego i tak będzie musiał pan jechać gdzie indziej na zabieg.

Chyba tym młodym mnie tak zamotał, że aż języka w gębie zapomniałem z wrażenia po usłyszeniu tej rewelacyjnej wiadomości, bo dziwię się sam, że mu nie przyjebałem.

A w tym czasie pan doktor laryngologii stosowanej pisze receptę. Taką kumacie, wypisywaną ręcznie. Wieki takiej nie widziałem. Kobieta w aptece kilka dni później też nie, mam nadzieję, że mi nie dodała do środka czegoś trującego…

NFZ

Przy tym KOD LEONARDA DA VINCI to pikuś…

 

Ale, ale – pewnie zastanawialiście się, co to za tajemnicza buteleczka widnieje na obrazku-zajawce? Doktor sobie pisze i nagle pyta:

– Ma pan może 4zł?

– A odda pan?

– Niech pan sobie nie żartuje. Tutaj ma pan buteleczkę, do tego pan przeleje krople te z recepty i będzie panu łatwiej je zakraplać, bo to rozpyla.

– No fajnie, a w aptece nie mogą mi od razu w takiej zrobić?

– Bierze pan czy nie? Bo jak nie, to sprzedam komu innemu.

No i teraz wszystko jasne. Też by mi się nie chciało pracować, jakbym zarabiał takie grosze, że musiałbym sobie do marnej pensji dorabiać na sprzedawaniu buteleczek za 4zł.

 

Jaka płaca, taka praca…

 

 

PS. Najgorsze kurwa jest to, że krople mi nie pomogły i cały ten cyrk muszę przejść od nowa…

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

71 Comments on this post

  1. Ale się uśmiałam przed snem!!
    I jak wyglada teraz sytuacja? Miałeś zabieg?
    U mnie to samo, ale boje się narkozy i odwlekam zapisanie się na zabieg. 🙁

    Magda / Odpowiedz
  2. Dałeś czadu tym wpisem – straszno i śmieszno. Przynajmniej dowiedziałam się, co to jest ta otorynolaryngologia 😉

    dopieszczamy.pl / Odpowiedz
  3. Pozwól, że rozsiądę się wygodniej i uśmiechnę od ucha do ucha.
    Z tej strony specjalistka od wiecznie zatkanego nosa, spowodowanego zrostami, alergią na roztocza i nadużywaniem kropli z pseudoeferdyną (brałeś z pseudoefedryną czy xylometazolinem? :D)

    Ile ja się nabiegałam, ile naprosiłam, ile naawanturowałam, ile skarg na placówki napisałam (to ostatnie lubię najbardziej), Ile łbów tępych miałam ochoty bliżej zapoznać z blatami. Jeśli kiedykolwiek napiszę swoją biografię, jeden jej rozdział zostanie poświęcony przegrodom nosowym. A może by z tego zrobić osobą serię? Przegrody Nosowe i Głupia Ci*a z placówki na ulicy *******. Kurczę, to kusi i to nęci.

    Któregoś dnia zrezygnowana i ledwie oddychająca przez nos, poniechałam kontaktów z Niech (się) Fakają (i) Znikną i zapisałam się na pakiet medyczny w LuxMedzie. Nagle okazuje się, że można chodzić do wszystkich lekarzy jakich dusza zapragnie bez skierowania, ile się chce i mieć za darmo badania. Za darmo, czytaj wszystko za 79 zł miesięcznie. Często chodzę do lekarza, bardzo mi się to opłaca.

    Jak się skończyło? Tak, że i tak ciężko mi rzucić narkotykowe krople zagłady, więc gdy jest bardzo źle, to nimi psikam, a potem daję steryd donosowo i mam spokój na jakieś 2-3 dni. Dużo nawilżam (krople z olejkami, aloesem, panthenolem, sól morska) i mój komfort życia nieco się polepszył. Widzę, że Twój wpis jest trochę stary, jak tam więc Twój nos? 🙂

    Zakazanna / Odpowiedz
    • Mój nos dopóki nie zatka mi też dziury do picia piwa chyba w takim stanie pozostanie.

      A tak na poważniej – jak spotykam takich konowałów, to mam z mety strach przed tym, że jak trafię na pseudolekarza co na studiach chlał zamiast wkuwać anatomię, to zamiast naprawić mi coś w nosie, spitolą mi coś np. z prostatą i będę miał większy problem. Przymierzam się od jakiegoś czasu do wizyty w takiej jednej bardzo dobrej klinice laryngologicznej we Wrocławiu, ale tam niestety nie ma opcji NFZ, wszystko leci z ciężkiej krwawicy. A wiesz jak to jest – niby kropelki pomagają, więc na razie te trzy kółka są na inne wydatki. Durne to, wiem, ale czy ktoś powiedział, że ja jestem mądry? 🙂

      Xylometazolin – Otrivin w sprayu i jechane. Kiedyś nawet odstawiłem krople na dobre pół roku chyba, śluzówka mi się pewnie i odbudowała, ale co z tego, jak znowu przy spaniu inaczej niż na prawym boku miałem zatkany nos i się dusiłem? O charczeniu (bo to już nawet nie chrapanie) nie wspomnę.

      A cykl o przygodach z NFZ to ja chętnie pośledzę – mój pierwszy wpis na blogu był o pobieraniu wymazu na chlamydię 🙂 Potem też kilka się pojawiło i są w czołówce jeśli chodzi o zasięgi. Dawaj!! 🙂

  4. Przepraszam Jacku Em, ale przyznaję się 😀 😀 😀 wciąż się haham 😀 ale to może ta empatia taka nerwowa ze śmiechem psychola, bo ja do ortopedy chodziłam ostatnio 😀 też na O. Tylko nie w lipcu, więc nic nie było schłodzone, ale były za to 3 kolejki po 3 różne usługi w ramach zdjęcia gipsu 😀 ale się cieszę jak głupi do sera, bo nie ma gipsu. Jest Twój opis rzeczywistości WELCOME TO NFZ ( czy była kiedyś taka piosenka WELCOME TO THE UNIVERSE?) A ja mam piwo w szklance 🙂 Coż więcej mi trzeba. (aaa i mąż dzisiaj nie chrapie) Pozdrawiam!

    Babownia / Odpowiedz
  5. Tak to jest, że jak nie wystoisz, nie wyszarpiesz, nie wymodlisz do Jasnej Panny Rejestratorki, to nie będziesz mieć….

    Nihil Novi / Odpowiedz
  6. Polska służba zdrowia, ja mam coś z uszami, od dziecka miałam problemy ale w ostatnich latach się nasiliły i chyba nie prędko zbadam przyczynę takiego stanu rzeczy, bo moja uczelnia zawala mnie zajęciami od 8-17 średnio i projektami po godzinach, więc nie mam czasu zwyczajnie, a dwa że jak mam się użerać z lekarzami to zjadę sobie chyba dogodny termin i w końcu pójdę prywatnie

    porcelaindoll.pl / Odpowiedz
  7. Cuudownie napisane.

    Magdalena Wojdała / Odpowiedz
  8. Śmiechłam z powodu buteleczek i z powodu bezczelnej fotografii browarów w lodówce 🙂 ale widać, że na NFZ dawno nie byłeś. Tam, gdzie ja chodzę poza tymi buteleczkami różnego rodzaju jest dokładnie tak samo 🙂 A niektórzy lekarze wyglądają jak nawiedzeni przez duchy 🙂 Następnym razem radzę zapisać się do innego laryngologa w tym miejscu, może pracuje więcej niż jeden? Ten drugi na pewno będzie miał inne ciekawe pomysły. I jak coś, to nie potrzebujesz już nowego skierowania do tego samego miejsca.
    A jak bardzo musisz natychmiast, to jest taki trik, że się jedzie po 22 na pogotowie i tam od ręki przyjmują bez skierowania, ale tam to dopiero pracują typy spod ciemnej gwiazdy 🙂

    Dotee - Witaj Słońce / Odpowiedz
  9. Spoko, moja mama, jak idzie na konsultację do swojego Bardzo Ważnego Lekarza z NFZ, to tak jest rejestrowana, że ma wyznaczoną godzinę między 11:00 a 15:00, więc wcale nie miałeś tak najgorzej z kolejką, nie narzekaj. 😉

    Który to szpital? Prawie Mąż mógłby coś zrobić z krzywą przegrodą nosową, najlepiej jeszcze przed ślubem. Chcę wiedzieć, dokąd zabronić mu iść, bo by wrócił pewnie, wzruszył ramionami i powiedział: „no co? Próbowałem przecież”.

    Animalistka / Odpowiedz
    • Marciniaka na Fieldorfa. Jeśli Prawie Mąż chce poważnie zrobić taką operację, to lepiej potuptać na Sienkiewicza do medicusa i zrobić ją prywatnie. Ja się przymierzam, ale nie chcę nic sobie robić przed wyjazdem do Tajlandii, żeby się nie okazało, że coś mi się na miejscu dzieje i albo płacisz grube siano, albo my kopytki nie psiedajemy 🙂

  10. Uśmiałam się! I tak wygląda darmowa służba zdrowia, z naciskiem na służba 🙂

    MisCatalina / Odpowiedz
  11. 😉 Nieźle się bawiłeś! Taka impreza, medykamenty tanie, sado… A mnie tam nie było! 😉

    Avatea / Odpowiedz
  12. Też mam skecz rodem z NFZ – śmieszno-straszny… jak to w NFZ bywa…
    Idę sobie do przychodni, na której funkcjonowanie płacę co miesiąc całkiem
    pokaźną część moich marnych zysków pochodzących z prowadzonej od 10 lat
    jednoosobowej działalności gospodarczej. Ze
    skierowaniem (żeby nie było, że chcę na krzywy ryj coś załatwić).
    – Dzień dobry, chciałam się zapisać na zabieg x.
    – Ale zdaje sobie Pani sprawę, że jak się pani zapisze i przyjdzie tu w czerwcu, to tu nikogo może nie być?
    – Yyy ale co ma Pani na myśli?
    – No jak to co? Wystarczy się rozejrzeć, chyba widać że planujemy remont??? [mina pod tytułem „no heloł, ślepa jesteś?”]
    Rozglądam się.

    – Tak. Faktycznie, ale tak sobie pomyślałam, że może dałoby się zapisać
    mnie już po remoncie? Np. w lipcu? Ewentualnie może jeszcze przed
    remontem. [w domyśle – wszystkie jedno kiedy, ale żeby ktoś tu jednak
    był w wyznaczonym przez przychodnię terminie]
    – Nie.
    – Dlaczego?
    – Bo terminy są na czerwiec.
    – No ale w czerwcu planują też państwo remont.
    – Dlatego ostrzegam, że jak pani przyjdzie, to może nikogo nie być.
    Nie pogadasz…

  13. Masakra… I jeszcze tyle kasy się traci na te czynności „okołolecznicze”, ehhh!

  14. Szczerze współczuję… taka niestety jest nasza polska służba zdrowia. Przyznam też, że w większości przypadków te śmieszne akcje, które się przytrafiają wcale nie wynikają z ludzkiej złośliwości. Ci ludzie walczą z debilnym systemem i sami są na niego wkurwieni. Wiem, bo moja mama jest położną, a teściowa pielęgniarką i krew je zalewa na to, co się dzieje…
    A z przygód z NFZ też mam sporo do powiedzenia 😀 u mnie była operacja kolana… po jakichś 2 latach oczekiwania 😀 raz trafiłam nawet na SOR, bo nie mogłam chodzić, ale pan doktór mądry stwierdził „że ja młoda, że dam radę” i wyznaczył operację na… 9 miesięcy później! TADAM – welcome to polska służba zdrowia. 😀

    Cooking Monster / Odpowiedz
    • Ja zazwyczaj chodzę do NZOZ’u, gdzie jest normalnie – ok, czekasz do specjalisty, wiadomo, ale jak masz być o jakiejś godzinie i masz wyznaczony termin, to tak jest. A publiczne to publiczne – wszyscy mają wywalone, leż i umieraj 🙂

  15. Chyba bym straciła cierpliwość dużo wcześniej niż ty 😉

    Kasia Wawrzycka / Odpowiedz
  16. Straszne człowiek zamiast zdrowieć w tych szpitalach i przy lekarzach to choruje na notoryczny wnerw. A te babki z rejestracji są gorsze niż te z ZUS -u i skarbówki razem wzięte

    Klaudia Chrapko / Odpowiedz
    • To różnie bywa – często same nie do końca mają na to wpływ. Zauważyłem, że uśmiech otwiera drzwi zawsze, bo nawet jeśli kobieta mnie spuści na drzewo, to zawsze coś podpowie albo doradzi 🙂

  17. Śmieszno i straszno. Bo ten nasz NFZ to jedna wielka tragikomedia. Jak muszę skorzystać, wkurwa mam na samą myśl o tym, więc gratuluję umiejętności podejścia do tematu z humorem.

    Monika Dudzik / Odpowiedz
  18. Halo, halo, Wrocław jak mnie słyszysz? Cynizm, sarkazm, szczypta humoru ostrego jak brzytwa, wrodzona dezynwoltura. Dizajnerski sznyt. Rozpoznawalny na końcu świata.
    Ostatnie tygodnie na rozjazdach spędziłem i długo nie zaglądałem, to chociaż w przeddzień kolejnego jestem, ale zdołałem wygospodarować chwilkę by zerknąć.
    Pastwisz się nad publicznymi służbami medycznymi, oj pastwisz. Ja bym im jednak chyba nieco odpuścił i ze zbytnim zwyrodnieniem nie kopał leżącego. Wprawdzie czasy się zmieniają, obiekty dające schronienie tejże służbie wypiękniały, co i rusz powstają nowe, ale relacje interpersonalne zadziwiająco często nadal pozostają na poziomie urzędnik (czego tu?!) – petent, zamiast – nasz klyent, nasz per pan. Mimo wszystko biczowanie bym porzucił, bo nie ustępujemy na tym polu innym krajom, ani tym rozwiniętym, ani tym rozwijającym się.
    Okoliczności wiążące się najczęściej z zamieszkaniem raczyły mnie możliwością kontaktu organoleptycznego z wymienionymi służbami w różnych miejscach. Tak szeregi publicznej armii medycznej Królestwa Niderlandów, jak również podobne Korony Brytyjskiej, zagony skonsolidowane pod francuskim sztandarem publicznej służby zdrowia niczym polskiej zaimponować nie mogą i często na próżno szukać w ich poczynaniach logiki. Na tym polu ciut lepiej prezentuje się obraz Skandynawii, ale okupiony gigantycznymi podatkami. Wcale nie doskonale, jak należałoby wnosić z legendarnego dobrobytu bywa w Singapurze. Chociaż porównanie z hinduskimi służbami medycznymi wyraźnie umiejscawia NFZ na szczycie podium.
    Tylko pieniądz i prywatna służba zdrowia zadba o nas jak mama. Krwiożerczy kapitalizm i władza pieniądza nawet w tym obszarze.

    Wilk / Odpowiedz
    • No nie poradzisz – taki mi się styl ukuł i takiego się będę trzymał 🙂
      Powiem Ci, że najchętniej wszystkie publiczne lecznice pseudozdrowotne omijałbym szerokim łukiem, jakkolwiek piękne i świeżo postawione/wyremontowane/zrewitalizowane by nie były. Coś takiego się zazwyczaj robi w mózgach osób pracujących w czymkolwiek „publicznym”, że zaczynają traktować wszystkich chcących skorzystać z ich de facto usług jak „idź stąd”. Jak sam stwierdziłeś – opakowanie się zmienia, ale relacje jaśniepaństwo-chłopstwo pozostają.
      Czy to się zmieni? Ciężko powiedzieć, ale idzie ku dobremu, bo na przykład niedawno się publicznie szczepiłem i publicznie robiłem paszport i złego słowa powiedzieć nie mogę – szybko, miło, profesjonalnie. Miałem pracownika z Ukrainy, który stwierdził, że nigdy przez całe życie nie spotkał tak miłych urzędników. Nie wiem, jak to wypada na tle innych krajów na wschód czy zachód, bo miałem w życiu szczęście nie mieć kontaktu ani z zagramanicznymi urzędnikami, ani lekarzami.
      Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu, żeby przestać wmawiać wszystkim dookoła, że dostęp do służby zdrowia jest bezpłatny i powszechny. Jestem tez bardzo za tym, żeby ją ucywilizować – lekarz chce prywatnie (czytaj za pieniądze pacjenta trafiające do jego kieszeni), na państwowym (czytaj np. szpitalnym) sprzęcie leczyć? To niech szpitalowi za to płaci część tego, co zapłacił pacjent. A w tej chwili najczęściej wygląda to tak, że nawet jeśli ktoś ma kasę, żeby zapłacić, to odbywa się to pokątnie i NFZ nic z tego nie ma. Temat-rzeka…

      • Spoko. Styl trawię jak widać. Nikt mi czytać trzymając pistolet przy skroni nie nakazuje. Gorsze rzeczy zdarzają się na świecie. Susze, powodzie, postępująca bieda, wycieki w reaktorach.

        Twoje rozgoryczenie związane z wizytą w dolnośląskiej placówce zdrowia jest dla mnie zrozumiałe. Można powiedzieć, że dolnośląska placówka zdrowia wpisuje się w poczet Bareizmów.
        Kilka lat temu zdarzyło mi się nieszczęśliwie i dość mocno w warunkach domowych rozciąć nogę. Wymagała zszywania. Krew lała się strumieniami, trup ścielił się gęsto. Żona wezwała karetkę. W mig pojawił się supernowoczesny, miły, uprzejmy i do bólu profesjonalny zastęp ratowniczy prywatnej placówki. Czemu tak? Taki dil. Do zgłoszenia kierowany jest najbliżej przebywający zespół ratowniczy, bez względu prywatny czy nie, a sprawą NFZetu jest refundacja. Tak się stało i nówką sztuką, piękną, czystą, na sygnale pognaliśmy do szpitala, a za nami żona autem. Na odchodnym jeden z ratowników wykazał się nawet taką uprzejmością, że udzielił wskazówek jak usunąć plamy krwi z dywanu.
        Była sobota, trafiłem do publicznego szpitala, który w ten dzień miał dyżur chirurgii. Dramat. Spędziłem tam pół dnia, bez koloryzowania. Opatrunek, którym dzielni ratownicy powstrzymali krwawienie, przesiąkł. Zmagaliśmy się z chamstwem pielęgniarek. Na ścianach widoczne ślady po kulach powstańczych, a szpital wyglądał jakby Powstanie w nim zakończyło się całkiem niedawno. Ale w tym bigosie i ludzie przechodzą sami siebie. W kolejce oczekiwał mężczyzna, który kilka dni wcześniej przewiercił sobie wiertarką dziurę w dłoni. Zaszedł do szpitala na ostry dyżur, bo wracając z pracy było mu po drodze. Po to właśnie lekarz pierwszego kontaktu. Tak czy owak, wyszedłem, w zasadzie wyszliśmy, z niedowierzaniem i (ja) bliski depresji. To był mój jedyny kontakt z publiczną służbą zdrowia w Polsce i obiecałem sobie, że nigdy więcej. Co ciekawe, najwięcej empatii okazywał mówiący łamaną polszczyzną, lekarz o śniadej skórze, którego wielu nazwałoby brudasem.
        Wiem, można wieszać koty, ale takie, w sensie finansowane z publicznej kasy, służby nigdzie nie działają tip top. W polskim przypadku pewnie to suma wielu czynników. Złej organizacji, niskich nakładów finansowych, niekompetencji, w końcu zwykłego chciejstwa. I chyba najbardziej boli ten brak chciejstwa, okazania empatii. Temat faktycznie rzeka na nocne rozmowy Polaków przy butelce.

        • Ja rozumiem, że to taka robota, że po pewnym czasie musisz się znieczulić na ludzki ból i cierpienie, bo inaczej dostaniesz pierdolca. Nie da się wytrzymać. Ale czy to automatycznie ma oznaczać totalną znieczulicę?
          Kiedyś, przy okazji palca-grzebalca, pisałem o tym, jakie widoki miałem na izbie przyjęć. Aż ciężko uwierzyć…

  19. Chyba powinniśmy stworzyć cykl o bliskich spotkaniach III stopnia ze służbą zdrowia. Za każdym razem mam podobne obserwacje, ciekawe, że gdy się człowiek prywatnie leczy to jest zupełnie inaczej, nagle się „da”. To po co nam ta państwowa służba zdrowia?

  20. Ja wiem, że historia mało śmieszna z Twojego punktu widzenia, ale uśmiałam się do łez. Co 2 miesiące mam prikaz stawiać się z Synem Młodszym w poradni specjalistycznej – wypisz wymaluj ten sam klimat (o czym zżymam się regularnie na blogu również 😉 ). Nie pociesza mnie to, że i w szpitalach „dla dorosłych” jest tak samo.

    Karolina Kary B / Odpowiedz
  21. masz cierpliwość … a ten tekst, że „powinno” pomóc i trzeba będzie gdzieś indziej pojechać to już max NFZ … nowa siedziba nawyki stare, jak za … e nie będę kończył, wiesz co mam na myśli

    Mr. Kaffeino / Odpowiedz
  22. Czyli potwierdza się, że aby chorować trzeba mieć ,,zdrowie,, i anielską cierpliwość. Wszystkiego dobrego 🙂

    Aneta Grenda / Odpowiedz
  23. Nie Fundujemy Zdrowia 🙂

    Blogierka / Odpowiedz
  24. Ah to jest nic…poszłam do neurologa z bólami głowy, a on przepisał mi leki na padaczkę mimo, że nie mam żadnych objawów…

    Paulina / Odpowiedz
  25. To się nazywa sprzedaż wiązana. Dobrze, że zaprosił Cię do kramiku z odświeżaczami powietrza, bo przecież w Twoim przypadku nie zaszkodzi, a może pomóc. A na odświeżaczu lekarz więcej mógłby zainkasować marży. Ehh, szkoda gadać.

    Kamil | lipinski-kamil.pl / Odpowiedz
  26. To ja pomilczę, bo wszelkie inne próby mego skomentowania tej rewelacji musiałbyś ocenzurować, coby przypadkowo tu zaszłych nieletnich nie zgorszyły. :O

    Karola | Życie Me / Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*