#blogerzytestują: Kelner – łazanki i pierogi z LIDLA raz!

Nadszedł ten piękny dzień, kiedy kolejny raz do spółki ⇒Blogierką wystawiliśmy nasze żołądki i kupki smakowe na działanie dań gotowych wyprodukowanych przez gastro-czarodziejów z dyskontów. Tym razem wzięliśmy na tapetę LIDLA. Troszkę zmieniliśmy konwencję – od dzisiaj będziemy mieli ZAWSZE jeden wspólny produkt, a pozostałe dobieramy wg własnego widzimisię, ale nie więcej niż trzy naraz, żeby Was nie zanudzić. Co Państwo szanowne na to?

A że ostatnio były pierożki z Kraju Kwitnącej Wiśni, to teraz testujemy pierogi z Kraju Rosnącej Cebuli, czyli nasze swojskie, rodzime danie, bo w Lidlu tydzień polski. I z tradycyjnym naszym swojskim, rodzimym nadzieniem, czyli pierogi z brokułami i ze szpinakiem. A punktem wspólnym są dzisiaj łazanki. Jak zwykle możecie podglądać proces testowy na naszych Instagramach (⇒KLIK do Blogierki i ⇒KLIK do mnie) – szukajcie fotek oznaczonych tagiem #blogerzytestuja.

Pod wpisem macie legendę, co która ocena oznacza. Proste jak fajka, nie? To lecim.

 

Łazanki z pieczarkami i cebulą

Ooo, to danie-mina. Bałem się jak cholera, bo ja z założenia omijam jakieś takie dziwne wymieszanki. Nigdy nie wiesz, co do niego nasypali i skąd dokładnie ścinali te pieczarki. I czy to naprawdę pieczarki, a nie wykwity jakieś skórne ze slamsów Bangladeszu. Jakiś taki lęk mam zazwyczaj.

Ale nic to, twardym trzeba być, nie miętkim.

łazanki

Tradycyjne danie kuchni polskiej w sklepie niemieckim. Straszna ta globalizacja…

 

Wygląd: opakowanie ekologiczne, foliowe ze wzorkami rodem z Łowicza, cobyśmy wiedzieli, że w środku rdzennie polskie żarło. Logo jest, że to po polsku jemy, jakby się komuś nie daj Bodziu promocyjne tygodnie pomyliły. Tradycyjnie nie patrzymy na skład, bo i po co – kluski, pieczarki, cebula, kapucha, ot i cała filozofia. Po otwarciu też tak to mniej więcej wygląda. Nie ma się do czego dowalić, jest zupełnie przyzwoicie jak na żarełko, które jest skrajnie niefotogeniczne, więc punkty odejmuję z zasady, nie dla tego konkretnego przypadku. OCENA: 6/10

Smak: lekkie zaskoczenie, bo jest całkiem znośnie. Spodziewałem się straszliwego syfu, a mamy normalne łazanki bez tego charakterystycznego chemicznego posmaku dań gotowych. Fajny, grubaśny makaron, pieczarki to nie zmielona papka, a cienkie plasterki, lekko kwaskowaty posmak – zaskakująco dobrze, jak na gotowca z Lidla. Cudów co prawda nie ma, ale jakież to cuda mogą być w łazankach? OCENA: 6/10

Łatwość przygotowania: podsmażyć na patelni albo wrzucić do mikrofali, nie da się tego spitolić. Jak zwykle odejmuję pół punktu za konieczność wyciągnięcia z opakowania. OCENA: 9,5/10.

Jakość/cena: 4,49 złotych polskich to bardzo niedużo za opakowanie 350g, a to wystarczająca ilość, żeby się jedna osoba najadła. OCENA: 8/10

Punkty lansu: No i tutaj chyba nie poszalejemy, bo zaserwowanie znajomym łazanek nie urwie im dupy z wrażenia. To danie trochę nie wygląda z założenia i z daleka jedzie bieda-kuchnią. Tak więc pomimo tego, że jest całkiem znośne w smaku, to nie proponuję na kolację z koleżanką, a bardziej na wciąganie w samotności względnie z kumplem z akademika. OCENA: 3/10

Podsumowanie:
6.3 średnia
Wygląd                                
Smak                                   
Łatwość przygotowania
Jakość/cena                      
Punkty lansu                    

 

Pierogi z brokułami, pierogi ze szpinakiem

Nie jest to oferta promocyjnego tygodnia polskiego, tylko stała. Szkoda, bo miałem chętkę na pierogi z gęsiną, ale wszystkie mi wyżarli. Na szczęście Blogierka je upolowała i od Niej się dowiecie, czy warto było na gęsi czatować. Jak to mawiają kowboje be quick or be dead. Jako że jedno i drugie jest #vege, zdrowe i pełne zielonej materii organicznej w środku, to pierogi z brokułami i ze szpinakiem potraktuję całościowo, cobyście nie mieli za dużo do czytania niepotrzebnie.

pierogi ze szpinakiem

Czy Wy widzicie, ile radości daje wspólne puszczanie baniek mydlanych po jedzeniu pierogów??

 

pierogi z brokułami

Albo wspólne miksowanie pierogów na jednolita masę? (nie pytajcie po co)

 

Wygląd: zakochałem się w fotkach mamy z dzidzią, która to dzidzia z mamą beztrosko spędzają swój czas. Pewnie w zamyśle albo czekają radośnie na pierogi, albo już są po ich zjedzeniu i z tego powodu się cieszą. Dla mnie osobiście te opakowania są mistrzostwem świata i ktoś powinien za to dostać coś fajnego w nagrodę. Same pierożki też fajnie wyglądają – jeszcze nie jadłem trójkątnych. Na smak to nie wpływa, ale oczy cieszy. OCENA: 9/10

Smak: są niezłe, jedne i drugie, choć ja dla mnie farszu jest za mało i jest za mało wyrazisty. Testowałem w wersji smażonej i tutaj ciasto zachowywało się bez zarzutu, a całość się nie rozpadała. Bardzo dobre, choć wiadomo, że do takich ręcznie robionych im trochę brakuje. Ale wstydzić się Lidl nie ma czego. Minimalnie lepiej smakują mi szpinakowe. OCENA: 7/10

Łatwość przygotowania: jak to z pierogami – albo smażysz, albo odgotowujesz. W obu przypadkach można sobie narobić bidy, jeśli ktoś jest kulinarnym analfabetą, więc dwie oceny w dół. OCENA: 8/10.

Jakość/cena: 14 pierogów za 3,99 to śmiesznie niska cena, a dostajemy znośne żarełko, którym jedna osoba naje się aż nadto. OCENA: 8/10

Punkty lansu: no i tu mam zagwozdkę, bo pierogi jako takie zbyt lansiarskie nie są. Ale te tutaj są po pierwsze vege, co jest teraz na czasie, po drugie mają fajny kształt (choć nie tak, jak ubiegłotygodniowe japońskie gyoza) i po trzecie nieźle smakują. Czy to wystarczający powód, żeby dziewczyna zaproszona na kolację została do rana? Nie jestem pewien. Ale na pewno może to być jakiś start i nie poczujesz poczucia wstydu. OCENA: 7/10

pierogi

Mają fajny kształt, ale jak zjem co drugi, to zaczyna to przypominać znak skażenia radioaktywnego. Przypadek…?

 

pierogi

Wnętrze szpinakowe vs wnętrze brokułowe. FIGHT!!

Podsumowanie:
7.8 średnia
Wygląd                                
Smak                                   
Łatwość przygotowania
Jakość/cena                      
Punkty lansu                    

 

Tradycyjnie jeśli macie jakieś pytania, wnioski racjonalizatorskie czy potrzebę przetestowania czegoś – piszcie albo do mnie (dizajnuch@dizajnuch.pl) albo do Blogierki. A jeśli za naszą namową czegoś spróbowaliście, to koniecznie się tym z nami podzielcie w komętkach albo na fejsiku.

No i ten… smacznego.


LEGENDA:

Wygląd – wiadomo, że kupujemy oczami, więc producenci opakowań oszukują na każdym kroku co do ich zawartości (opakowań, nie producentów). Ale oczywiście Wy najpierw przeczytacie nasze recenzje, żebyście się przypadkiem nie nacięli na coś, co wygląda jak lunch u Amaro i smakuje jak kupa. Albo odwrotnie – wygląda jak kupa, a smakuje po królewsku.

Smak – no właśnie. Bo jakby nie było, kupować to można oczami, ale ostatecznie to nasze (i Wasze) kubki smakowe zostaną popieszczone anielskim dotykiem albo porażone prądem. Może (ale nie musi) się to przełożyć na późniejsze gwałtowne wizyty w toalecie, więc idziemy Wam z pomocą.

Łatwość przygotowania – założenie jest takie, że kupujemy dania gotowe. To nie jakiśtam fix do kaczki po starocerkiewnosłowiańsku, tylko gotowe żarcie, które wymaga minimum starania a ma zapewnić maximum kulinarnych korzyści. Jeśli przypalasz nawet wodę w czajniku, to ten punkt jest dla Ciebie.

Jakość/cena – nikt Was nie musi przekonywać, że zupki chińskie to zuo, prawda? Ale są tanie i czasami nawet smaczne, w ten specyficzny chemiczny sposób, więc per saldo się opłaca. No i tutaj chodzi o to samo.

Punkty lansu – siedzisz w akademiku, ma Cię wieczorem odwiedzić niezła foczka z Waszej grupy, bo się będziecie razem uczyć. Pokój posprzątałeś, wyrzuciłeś puste butelki, a stare skarpetki wyniosłeś obok do pokoju kumpla (on i tak wiecznie ujarany, więc nawet nie zauważy). Kupiłeś w kiosku paczkę durexów, ubrałeś się w czyste ciuchy, umyłeś nawet zęby, ale podejrzewasz, że to trochę za mało, żeby rano zrobiła Ci śniadanie. Podświadomie czujesz, że ugotowane parówki z keczupem nie za bardzo tutaj pomogą, ale gdybyś przygotował coś, czym zabłyśniesz, to cztery razy po dwa razy masz jak w banku. No i ta ocena jest o tym.


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...