Jak szukać roboty, żeby jej nie znaleźć

 

Zastanawiałem się, czy ten wpis powinien się znaleźć w zakładce #klajenci, bo przecież nie o #klajentach będę pisał. Ale że osoba szukająca pracy też do mnie przychodzi, ma do mnie sprawę i o tej sprawie ze mną gada, to troszkę nagiąłem fakty. Dzisiaj moi drodzy Czytacze troszkę poopowiadam o ludziach, którzy chcieli wiązać swoją ścieżkę zawodowej kariery stolarskiej z małą firmą projektującą wnętrza i je meblującą. Nawet jeśli niekoniecznie chcecie zarabiać na chleb machając wkrętarką, to być może kilka rad Wam się przyda, jeśli zaczniecie rozsyłać CV, nie?

 

Rys sytuacyjny…

W kraju-raju nie ma wielu wysoko wykwalifikowanych pracowników fizycznych, bo wszyscy skończyli studia i z magistrem wolą pracować głową, niż łapkami. Pęd do wiedzy i podnoszenia kwalifikacji należy chwalić, ale jeśli to była Wyższa Szkoła Tańca Góralskiego, gdzie do skończenia wystarczało regularnie płacić czesne, to niestety, ale nie ma się co spodziewać, że przyszły pracodawca zrobi francuza do końca bez tylko po to, żeby taki magister u niego pracował. Nie zrobi, bo takich magistrów jest wielu. A nawet, jeśli taki magister zrobi jemu, to pracodawca sobie wybierze, który robił najlepiej. Brutalne prawa rynku.

Nie rozumiem tej naszej narodowej pogardy dla pracy fizycznej, zwłaszcza jeśli doświadczony i kumaty stolarz czy budowlaniec zarabia dobre 2-3 razy tyle, co świeżo wypuszczony magister np. politologii. Chłopaki się naprawdę serdecznie śmieją kiedy rozmawiamy o tym, jakie są płace w amazonie. Pokutuje taki mit, częściowo tylko prawdziwy, że fizol to przepity pan Henio z kiepem w nieogolonym pysku – tępa kupa mięśni łatwa do zastąpienia. Jeśli chodzi o kopanie rowów czy ganianie z pakunkami, to pewnie i tak, ale nie jeśli potrzebujemy prawdziwych fachowców. Tym bardziej, że większość z nich siedzi na Wyspach i pomimo Brexitu czy zaproszeń naszych władz kochanych nie zamierzają tutaj wracać.

My w zasadzie ciągle kogoś szukamy, bo stawiamy na ludzi naprawdę dobrych, a tacy jak tylko się podszkolą, to idą na własny garnuszek, bo zawsze to się (niby) lepiej zarabia u siebie, niż u kogoś. I pojawia się niedobór rąk do pracy. I pojawia się ogłoszenie o pracę. I tutaj od razu widać, czy kwity wysyła fachowiec na odpowiednim poziomie, czy jakiś jemioł, któremu się wydaje, że potrafi. Szukamy pracownika fizycznego, nie menadżera do pracy przy międzynarodowych projektach. Ale to wcale nie znaczy, że nie szukamy wykwalifikowanego specjalisty. Wręcz przeciwnie – ma to być ktoś z konkretnym doświadczeniem, konkretnymi umiejętnościami i wyraźnie to jest zaznaczone w ogłoszeniu.

 

I co?

I niestety gówno. Jest bardzo dużo odmian i mutacji, ale mniej więcej można je zebrać w grupy. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest zamierzone i nieprzypadkowe, uwierzcie mi, takie kwity rzeczywiście do nas wysyłano, z takimi tekstami do nas dzwoniono, takie się ludzie zachowywali podczas rozmów. Powiedzcie, bo może ja jestem dziwny i to tak naprawdę normalne jest?

 

Często ludziom się nawet nie chce napisać.

jestem stolazem i matarzysto ile pan placi

Pisownia oryginalna, takie CV przysłane SMS’em… Mam nadzieję, że nie łamię tajemnicy korespondencji. Gość sobie nawet nie zadaje trudu, żeby wysłać papiery. Ba, nawet żeby zadzwonić, chociaż jakbym miał czas wisieć na telefonie, to nie prosiłbym o przesłanie mailowo kwitów. No i wydaje mi się, że zanim pogadamy o kasie, to potencjalny pracodawca powinien wiedzieć, za jakie konkretne umiejętności płaci, prawda? O języku ojczystym będzie później.

 

Słanie kwitów hurtowo, bez czytania ogłoszenia

Ot, pojawiło się ogłoszenie, to wyślę. I potem taki ktoś opowiada dookoła bezrobotnym kolesiom, że wysłał pińcet cefałek i nikt nawet nie zadzwonił. No bo przecież ex-kierownik działu AGD w jakimś Saturnie czy innym Media Markecie doskonale odnajdzie się przy produkcji mebli. Monter pralek z taśmy w zlikwidowanym Mastercooku też będzie jak znalazł. Podobnie jak tapicer z Volvo, ochroniarz-dozorca w hotelu robotniczym, pracownik budowlany z Niemiec czy kierowca z Mebli Agata. Meble to meble, fizyczny to fizyczny. A wymagania? No bez jaj, na kelnerkę też chcą biegłego angielskiego, a wiadomo, że to jej niepotrzebne.

 

No dobra, komplet papierów jest…

…ale mam wrażenie, że napisane są w suahili albo po klingońsku. Tak, to cytat. Serio, serio. Jak ja mam się z takim kolesiem dogadać? Przez tłumacza? Skąd ja wezmę tłumacza z klingońskiego? Ze Star Treka pewnie…

pracownik meblowy pilaż wycinanie elemętów z płyty melaminowanej do dzis. Jestem osoba zdolna podejmowac samodzielne decyzjie w kwesti pracy i obowiązków, pośiadam praktykę w pracy w ruchu 4-ro brygadowym,i umiejetnosci w zakładach produkcyjnych,szybko nawiązuje znajomość z obsługa danej maszyny. Szybko nawiazuje kontakt z ludzmi,oraz w pracach zespołowych,znajomość zakładania instalacji elektrycznej,praktyka,instalacjia samochodowa-praktyka,prace budowlane,,stelarze.

 

Zdjęcie też jest.

Bodziu, nie uwierzylibyście. I nie, samojebka z gołą klatą gdzieś na plaży to wcale nie jest szczyt dziwności, uwierzcie mi. Samojebka w różowym sweterku z Hello Kitty też nie. Albo z ulubionym psem.

 

Nadszedł czas na telefon do przyjaciela…

Wreszcie nareszcie przebiłem się przez te tak zwane CV (ok, obsługa Worda przy skręcaniu szafek nie jest wymagana, więc nie bądźmy drobiazgowi), biorę telefon i dzwonię. Przedstawiam się, mówię z jakiej dzwonię firmy i w jakiej sprawie. I się zaczyna…

A czym się zajmuje pana firma bo wysłałem do tylu różnych, że już nie kojarzę?

A nie, nie mogę przyjść na rozmowę, bo jestem zagranicą i przyjadę dopiero za cztery miesiące.

A bo ja jestem z Torunia, ma pan gdzie mnie przenocować? Bo na weekendy wracałbym do domu.

A wie pan, bo to brat wysłał i tylko mój numer podał, niech pan zadzwoni w sobotę, bo brat na robocie.

Ja nie szukam etatu, tylko mam własną stolarnię i szukam zleceń.

A wie pan, mam kilka mieszkań na wynajem i szukam jakiejś pracy, bo mi się nudzi. Byle nie za ciężkiej i nie fizycznej.

Czy ja czegoś nie kumam, czy to ukryta kamera?

 

…i wreszcie spotkanie face to face.

Najlepiej przecież pogadać przy kawie. Tak gdzieś około 17:00.

Nie będzie panu przeszkadzało, że sobie przyniosłem kawę i będę pić? Bo wczoraj zachlaliśmy i muszę się otrzeźwić.

Albo na fajce…

Bo wie pan, w autobusie nie wolno, a ja się tu spieszyłem i teraz sobie dopiero mogę zapalić. Niech pan chwilkę poczeka, ja szybciutko spalę.

Albo przy otwartych drzwiach, bo od faceta wali jak z bambusowej chaty. Poważnie – śmierdział tak, że bezdomni by się krzywili.

Albo totalnie na luzie, bo jak już koleś siadł na tym obrotowym fotelu, to się trochę pokręci. Najpierw lekko, a potem o 360°. I jeszcze mówi, że mam fajny fotel i by sobie w nim chętnie posiedział.

Albo w atmosferze ciężkiej pracy, bo właśnie zaparkował pod studiem bus konkurencji, z którego wysiadł koleś w ciuchach roboczych konkurencji. Przyjechał prosto z montażu, bo blisko miał. W godzinach pracy oczywiście. Za którą mu konkurencja prawdopodobnie płaci.

Albo z fochem:

Ja jeszcze nie wiem, czy ja chce u pana pracować, a pan się już pyta, ile chcę zarabiać. Jak trochę popracuję i mi się spodoba, to pogadamy ile chcę zarabiać.

Albo i nie pogadamy, bo kandydat nie przyszedł wcale i nie odbiera telefonów.

Bo i po co?

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...