Bo ja się trochę boję…

 

Będzie trochę poważniej.

Bo choć ja uważam, że po tym, jak nadzieja umiera ostatnia, to jeszcze ratuje nas czarny humor, to jednak wczoraj zadziało się coś, co mnie samego zdziwiło.

I dało do myślenia.

Otóż poszedłem na zakupy do Biedry, bo dzieciory jakoś ciężko przyswajają, że trzeba być jak wiewiórka i z zapasów korzystać powoli i racjonalnie, a nie jak mały warchlaczek, który jak widzi pełne korytko, to wcina, bo jest.

I kiedy wszedłem do Biedry, zobaczyłem prawie pusty sklep, po którym się snuło kilka osób, oczywiście w rękawiczkach, bo były przy wejściu (takie, jak do brania chleba, czyli de facto niewiele warte, ale zawsze to coś), o maskach zapomnij, bo są nie do kupienia.

Kiedy zobaczyłem pracowników już w rękawiczkach bardziej profesjonalnych, ale za to w przyłbicach, jak u dentysty – całkiem fajnych, ale wątpię niestety, czy jak są podniesione na głowę, a nie opuszczone na twarz to działają prewencyjnie.

Kiedy opierdzieliłem jak burą sukę jakąś starszą panią, która bez żadnych rękawiczek grzebała w bułkach, brała, oglądała je z bardzo bliska swoimi krótkowzrocznymi oczkami sapiąc na nie starczym oddechem i niektóre odkładała ot, tak sobie na miejsce (wtf?!? czym się różni bułka lepsza o gorszej?!?).

Kiedy pchałem ten wózek chgw, czy czymkolwiek odkażony, bo nie widziałem nikogo, kto by to robił, to nagle poczułem z jednej strony paraliżujący strach, a z drugiej ogromną agresję. Do tej durnej baby, która maca te pieprzone bułki gołymi rękami, bo przecież musi mieć… no właśnie, kurwa jakie?

I strach, bo uświadomiłem sobie nagle, że ja jestem jako cukrzycowy słodziak w grupie ryzyka i niekoniecznie #koronawirus potraktuje mnie ulgowo tylko dlatego, że fajny chłopak ze mnie.

Strach przed tym, że zaczynam patrzeć na ludzi, jak na potencjalne zagrożenie…

Strach przed tym, że to dopiero początek, a ja już zaczynam lekko świrować, zwłaszcza w takich sytuacjach, kiedy widzę zabójczą beztroskę innych. Albo głupotę…

Strach przed tym, że kończy mi się denaturat w domu i zrobiony domową metodą płyn do odkażania, a jak zapytałem wczoraj na Orlenie o ten słynny płyn, bo na zakładzie chłopakom też się kończy i chętnie bym nabył drogą kupna dwie bańki po 5 litrów, to koleś się serdecznie roześmiał „Panie, jaki płyn??”.

Strach przed tym, że dziś jadę po odbiór prochów do apteki, a to przecież obok lekarzy pierwsza linia frontu (Magda, trzymaj się i nie ściągaj maseczki 😁).

Muszę ten strach w coś przekuć sensownego, zanim mi odbije.

Może zacznę remont?

Już pół roku nic nie remontowałem…

Albo seks?

Już pół…

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*