Blog Forum Gdańsk – czas przekroczyć swoje granice i postawić nowe?

 

Ankieta, która właśnie się skończyła, a którą pewnie niedługo omówię pokazała mi, że czytają mnie głównie kobiety w wieku, jak ja to nazywam łożnicowym (przyznaję się bez bicia, zerżnąłem to określenie bezczelnie od Sapkowskiego), czyli od 18 roku życia w górę. Ale pokazała mi jeszcze coś – większość z Was, moi Czytacze niewiele ma wspólnego z mediami socjalnymi, nie bawi się w blogowanie i całe to zamieszanie w sieci.

Co z jednej strony przeczy obiegowej opinii, że blogerów czytają tylko inni blogerzy (w innej wersji: tylko blogerzy kupują książki innych blogerów, ciesz się PigOut), a z drugiej powoduje, że dzisiejszy wpis może Was trochę nudzić, bo dotyczy Blog Forum Gdańsk, czyli najstarszej i najbardziej prestiżowej konferencji blogerskiej w Polsce. Na którą się dostałem pewnie dlatego, że ktoś miał dzień dobroci nad zwierzętami albo to jacyś ruscy hakerzy grzebali w systemie.

Tym samym mogę z pewną taką dumą i nieśmiałością stwierdzić, że będąc wcześniej na Blog Conference Poznań i SeeBloggers w Gdyni zaliczyłem w tym roku największe polskie konferencje dla twórców internetowych, jak ja to sobie roboczo nazwałem – koronę polskich konferencji blogowych.

 

Czyli już można umierać, nie?

A może własnie wręcz przeciwnie? Jeszcze w Gdańsku, trawiony chorobą i gorączką, na brzegu rzeki Piedry Motławy usiadłem i płakałem zamyśliłem się. A że mi się spodobało, to zamyśliłem się jeszcze raz. Możliwe też, że chwilę przysnąłem, ale wiecie – starzy ludzie tak mają, zwłaszcza jak termometr pokazuje ponad 38° w cieniu pod pachą. Od teraz może się zrobić trochę przynudnawo, bo będę się z Wami dzielił moimi przemyśleniami. Jednocześnie potraktujcie ten wpis jak moje osobiste podsumowanie trzech lat blogowania. Taki suplement do poprzedniego wpisu.

Blog Forum Gdańsk

O tu siedziałem i płakałem myślałem. Fajna miejscówka, nie?

 

Pierwsze dwa lata

To był czas, kiedy to pełen entuzjazmu z tego, że wróciłem po jakiś 7 latach do pisania bloga nie patrzyłem na ilość odbiorców, statystyki czy inne tego typu niepotrzebne w blogowaniu duperele. Cieszyło mnie samo klepanie w klawiaturę i to, że czasami, bardzo czasami ktoś to przeczytał i skomentował. Pisałem regularnie i to z tamtego okresu pochodzą moje najbardziej śmieszkowe i dla mnie osobiście kultowe teksty jak seria wpisów o wymianie Geberitu albo przygody z NFZ (czyli mój pobyt w szpitalu i operacja na palec-grzebalec, seksowna pielęgniarką pobierająca mi wymaz czy wizyta na ostrym dyżurze przy okazji rocznicy ślubu).

Szukałem też bliskiej mi tematyki i obszarów, które z jednej strony mają pozytywny odbiór, a z drugiej ja się z nimi dobrze czuję. Dlatego poległa cała kategoria o odchudzaniu, bo ciągle mi z nią nie po drodze pomimo moich starań – z doświadczenia wiem, że muszę mieć bat nad głową, czyli kogoś, kto mnie będzie rozliczał z efektów, pilnował, motywował i opierdalał, a póki co trenerzy personalni i dietetycy drodzy są okrutnie i nikt mnie nie chce zasponsorować w tym temacie. Słaby odzew miały też recenzje filmów czy książek, więc się skończyły i teraz pozostał tylko #6na1.

Miałem ogromną radochę z przelewania moich myśli na „papier” i nie przejmowałem się statystykami, bo nawet nie miałem poinstalowanych żadnych do tego narzędzi poza czymś, co udostępnia domyślnie zenbox. Pilnowałem też swojej prywatności i blogowałem raczej anonimowo nie dając temu miejscu w sieci twarzy, ani nie afiszowałem się pisaniem w realu – kto miał wiedzieć, ten wiedział. I tyle. Chronić swoją tożsamość i swoją prywatność – to była moja granica, którą postawiłem kierowany różnymi względami, o których może kiedy indziej.

Gdzieś po 1,5 roku blogowania w końcu zainstalowałem sobie Jetpacka, który udostępniał statystyki wordpressowe i okazało się, że jedynym wiernym czytelnikiem tego bloga jestem ja sam (z ciekawostek na fejsie miałem coś koło 300 lubisiów – nie wynik, jak na taki okres pisania bloga, prawda?).

 

WroBlog, czyli przełom

Nie powiem, trochę mnie to podłamało, bo myślałem, że skoro piszę w miarę fajnie (tak mi się wydawało), to czytelnicy znajdą mnie sami. Jakoś nie znajdowali. Jakoś tak wtedy też bez większej wiary w powodzenie (a za namową Karoli z bloga zycie.me) zarejestrowałem się na WroBlog – pierwszą blogerską konferencję w moim życiu.

Trochę po to, żeby przełamać swój strach. Trochę po to, żeby poznać ludzi z taką samą zajawką. A bardzo mocno po to, żeby się czegoś nauczyć. Uważam, że wszystkie założenia wypełniłem w 110%, bo pomimo pewnych trudności po drodze, z konferencji wyniosłem ogromną dawkę motywacji oraz wiedzy (jeśli Was ciekawią moje wrażenia, to kliknijcie w huraoptymistyczny wpis o WroBlog 2016 ).

Zrozumiałem, że najważniejszą nauką po tej mojej pierwszej konferencji było to, że samo DOBRE pisanie to jakieś 20-25% sukcesu bloga. Pozostała część to „walka” o czytelnika, który wśród tych tysięcy innych blogów i blogasków poświęci swój cenny klik na mnie. Zainstalowałem Google Analytics plus parę innych przydatnych narzędzi i przystąpiłem do boju. Poznałem, co to SEO, jak promować teksty, fanpejdż na fejsie i pierdylion innych rzeczy. Dodatkowo Aga z bloga blogierka.pl pokazała mi i wytłumaczyła, do czego służą grupy na fejsie i jak można dzięki nim promować swoje internetowe pisanie. Na jednej z nich albo jakoś przy okazji poznałem Pawła z bloga Bookworm on the run, mojego blogowego guru, który pomógł mi wielokrotnie dobrą radą i pomaga dalej, i którego zresztą poleciłem i nominowałem w tegorocznym Share Weeku i polecam niezmiennie dalej. Poznałem mnóstwo fantastycznych ludzi, którzy w ten czy inny sposób mi pomogli i wszystkim Wam dziękuję.

Przełamałem swoją granicę w podejściu do blogowania.

 

Share Week, czyli HEJT

Statystyki zaczęły rosnąć, ludzie zaczęli mnie rozpoznawać, czytelników przybywało – moja praca zaczęła odnosić efekty. Do tego stopnia, że w rokrocznie organizowanym przez Andrzeja Tucholskiego zestawieniu Share Week 2017, czyli blogów najchętniej czytanych przez innych blogerów, załapałem się na drugie miejsce w towarzystwie blogów, które dla mnie były Olimpem, nie tylko w statystykach, ale i w profesjonalnym podejściu do blogowania.

A potem pojawił się HEJT. 

Do tej pory nie miałem z nim problemów – trafiali do mnie ludzie, którzy chcieli do mnie trafić. Nawet kiedy ktoś miał inne zdanie, to wymienialiśmy się opiniami i było glancko aligancko everybody pomarańcze, pełna kultura. A tu nagle w ciągu kilku dni wparowało do mnie sporo trzody i próbowało zrobić chlew. Potraktowałem ich tak, jak się traktuje szkodniki, ale długo jeszcze musiałem wietrzyć ten smród, który mi po nich pozostał w głowie. Pomogło oczywiście wylanie tego na papier i tak to powstał mój epicki wpis o HEJTERACH, który miał mieć roboczy tytuł Hejterze! Pierdol się!, ale trochę go złagodziłem. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem.

Zrozumiałem, że choć z moim mniemaniu bardzo mi jeszcze daleko do jakiegokolwiek sukcesu, to jednak w oczach wielu ludzi już on jakiś jest. I że wcale nie jest tak, że wszyscy będą z tego tytułu do mnie przyjaźnie nastawieni, a wręcz przeciwnie – stanie się to pretekstem do gnojenia bez jakiegoś konkretnego powodu. I że wcale nie jest tak, że muszę być dla tych ludzi miły czy wyrozumiały. Nie muszę.

Przełamałem swoją granicę w podejściu do czytelników bloga.

 

Blog Conference Poznań, czyli blog jest produktem

Moja druga konferencja, tym razem już bardzo duża, na grubo ponad tysiąc osób. Zupełnie inna skala, niż na WroBlogu, ale i zupełnie inne podejście do blogowania jako takiego. Bo czasy mamy takie, że blogi to już nie miejsce na radosną twórczość literacką, przelewanie swoich myśli kłębiących się pod deklem czy skanalizowanie w słowie pisanym zachwytu czy wkurwu na otaczającą rzeczywistość niepotrzebne skreślić. Nie. Blogi to maszynki do zarabiania pieniędzy i dla ogromnej rzeszy osób to jest właśnie cel, a pisanie bloga (czy nagrywanie vloga) jest tylko do tego celu środkiem.

Kłóci się to z moim założeniem i pomysłem na blogowanie, które są dokładnie odwrotne – chcę pisać, a zarabiać oczywiście byłoby bardzo fajnie, ale niejako przy okazji, żeby nie uciekł ten cały fun, jaki z pisania mam i nie zaczęła się praca na etacie. Jeśli chcecie poczytać moje rozkminy w tym temacie, to kliknijcie mój wpis o Blog Conference Poznań.

Zrozumiałem, że osiągnięcie poziomu, przy którym będę dalej pisał tak, jak piszę i jednocześnie zarabianie solidnych pieniędzy jest bardzo trudne, a może wręcz niemożliwe, bo czasy blogów lajfstajlowych i sponsorów sypiących kasą na taką tematykę minęły. I że tort jest już podzielony tak, że największe kawałki są dawno zaklepane. I że chyba mi się nie podoba podejście do bloga jak do towaru.

Przełamałem swoją granicę w podejściu do zarabiania na blogu.

 

SeeBloggers w Gdyni, czyli piszący blogerzy są przeżytkiem

Trzecia konferencja, jeszcze większa niż poprzednia. I znowu zupełnie inne założenia i podejście do blogowania i blogerów. Masa pardon my french gównarzerii ganiającej z selfie stickami gdziekolwiek się da, żebrzących o gratisy, wynoszących całymi torbami fanty od sponsorów i wszystko, co nie jest przymocowane trwale do podłoża czy ścian (włącznie z kradzieżą). Bardzo duży nacisk na rzeczy, których kompletnie nie czuję, czyli video i to w tematach urodowo-modowych, high-tech czy kulinarnych (w sensie wiecie, chętnie coś opierdolę na ciepło, ale STYLIZACJA jedzenia to dla mnie za dużo). Dużo wiedzy, owszem, ale totalnie nie dla mnie – dinozaura klepiącego w klawiaturę. Jeśli Was to ciekawi, to poczytajcie mój wpis o SeeBloggers, gdzie w punktach napisałem, dlaczego nie nadaję się jeszcze na blogera. Taki nawet śmieszny trochę.

Zrozumiałem, że bloger piszący nie ma szans najmniejszych osiągnąć nawet procentów zasięgu tych wszystkich pięknych markowymi kosmetykami i ciuchami atakujących ze Snapa, Insta Stories czy youtuba, bo nadeszła era video i nic tego nie zmieni. Że pisany lajfstajl, jaki ja uprawiam, się nie klika.

Zrozumiałem coś jeszcze – wśród całej tej kasy i lansu najważniejsi w blogowaniu są ludzie. Utwierdziło mnie w tym spotkanie z osobami, które wśród tego blogowego amoku zachowują normalność i jeszcze potrafią zrobić z niego użytek. Nie piszę konkretnie, ale Wy już wiecie, o kim mówię, nie?

Przełamałem swoją granicę w podejściu do… Nie, nie przełamałem – dalej uważam, że video jest nie dla mnie, ale za to powoli oswajam podcasty. To taka strefa przygraniczna.

 

Blog Forum Gdańsk, czyli o przekraczaniu granic

BFG – najstarsza, najważniejsza, najbardziej prestiżowa. Zgłosiłem się sam nie wiem dlaczego, bo nie wierzyłem, że jestem w stanie się dostać. Toż to Olimp, gdzie Zeus, Hera czy Afrodyta siedzą sobie na tronach i patrzą na plebs u ich stóp. Nie wiedziałem kompletnie, czego się po tej konferencji spodziewać, ale rzeczywistość i tak przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Wiecie dlaczego?

Bo na Blog Forum Gdańsk było bardzo mało o samym blogowaniu jako takim. Ale wcale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie.

Jako się już wyżej rzekło, do Gdańska przyjeżdżają ludzie, którzy już niekoniecznie chcą się nachapać gratisów ze stoisk partnerów (jak to było w Gdyni), a bardziej chcą tworzyć coś, dzięki czemu poruszą swoich czytelników czy też chcą przekazać jakieś treści ważne, potrzebne i pożyteczne. I o tym własnie była ta konferencja.

O tym, że my, pisząc coś mamy na swoich Czytelników realny wpływ.

Że poruszane przez nas tematy nie muszą być miałkie i nijakie, żeby zdobywały Czytelników.

Że można i trzeba pisać nie tylko płytko pod publiczkę, ale też na poważne kwestie, jak np. depresja.

Że pisanie o życiu, takim prawdziwym życiu, bez tej całej pięknej, pozowanej Instaotoczki też ma sens i jest potrzebne.

Myślę, że każdy uczestnik BFG zgodzi się ze mną, że najmocniejszym i chyba najważniejszym punktem był panel dyskusyjny z osobami, które blogują zmagając się z chorobami czy zaburzeniami psychicznymi – z depresją, borderline czy stanami lękowymi. Osoby te opowiadały o bardzo osobistych emocjach, czy raczej wręcz już ich braku, o swojej codziennej niemocy, którą czują niemal każdego ranka na myśl o wstaniu z łóżka i rozpoczęciu dnia, o próbach samobójczych czy pobycie w szpitalu. I o tym, jak po opisaniu tych stanów okazuje się, że setki, tysiące ludzi zmaga się z tymi samymi problemami i myśl o tym, że nie pozostają w swojej niemocy sami daje im siłę, żeby jednak z tego łóżka wstać i znaleźć sens w przeżyciu kolejnego dnia.

Oczywiście wiadomo, nie była to tylko sztywna i drętwa impreza, gdzie każdy chodził zadumany nad problemami współczesnego świata i trudami żywota. Było pouczająco (m.in. prelekcja Michała Kosińskiego o pozostawianiu swoich śladów w sieci, które zaawansowanym algorytmom pozwalają nas profilować i tę znajomość wykorzystać na wiele sposobów, niekoniecznie takich, jakie byśmy chcieli – jakbyście gościa nie kojarzyli, to ten, któremu zarzuca się, że dzięki jego badanion Trump wygrał wybory). Było rozwijająco (m.in. na warsztatach Janiny i marki T-Mobile o współpracy z agencjami). Było trochę zaskakująco, kiedy Michał Szafrański Edwin Zasada zamienili się miejscami jako bloger i przedstawiciel agencji PR i zarzucali sobie nawzajem swoje grzechy prowokując do czegoś na kształt publicznej z nich spowiedzi.

No i oczywiście była wieczorna imprezka, na którą nie dotarłem, bo przez opary gorączki ponad 38°C, Gripexu, Scorbolamidu i Aspiryny jakoś nie mogła się przebić moja przemożna chęć poszpanowania strojem koktajlowym (taki niszowy żarcik). Ale że w ciągu dnia pogadaliśmy przy kawie i obiadku z Olą z bloga thiefoftheworld.me, Karoliną z bloga wariacjeniezawszenatemat.pl i Mileną z bloga smiley-project.pl, to czułem się zaopiekowany towarzysko i jakoś nie płakałem bardzo głośno, że ominęła mnie imprezka. Poza tym w moim stanie raczej słaby byłby ze mnie imprezowicz, a prochy na przeziębienie niefajnie mieszają się z alkoholem.

 

Jakie granice przekraczam po Blog Forum Gdańsk?

Nie wiem tak do końca.

Coraz bardziej dociera do mnie, że czas trochę przestać gonić za statystykami i kasą, które i tak jakoś do wybitnych nie należą, a zacząć pisać tak, jak kiedyś – na luzie, bez spiny, że trzeba, że ma być pod SEO, o danej porze czy danego dnia. Pisać o tym, co mi w duszy gra, co przeżyłem, co myślę i co mnie w życiu spotkało śmiesznego albo poważnego, dającego do myślenia. Pisać tak, żebyście się uśmiechnęli, zamyślili, zasmucili czy roześmiali w głos.

Może to jest ta moja granica, do której muszę wrócić? Przekroczyć ponownie, ale w drugą stronę?

Żeby zacząć znowu czerpać z pisania radość?

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

71 Comments on this post

  1. Radość pisania ponad wszystko! A reszta przyjdzie 🙂 Kibicuję ??

    Marta Kobiela Komunikacja / Odpowiedz
  2. Trochę zazdroszczę możliwości udziału w BFG, ale to taka zdrowa zazdrość 😉 Zgłosiłam się, ale wiedziałam, że marne są szanse na dostanie się, choć bardzo mi zależało, tym bardziej, że to konferencja w moim rodzinnym mieście. Za to trochę pooglądałam/posłuchałam sobie online, więc mam porównanie do Blog Conference Poznań. Ale nie ma to jak uczestniczyć na żywo 😉 A rozwijać się i przekraczać granice trzeba zawsze, ale niekoniecznie w tym samym kierunku co wszyscy, wystarczy, że będziemy to robili wg własnych potrzeb.

    Ania - Kropla Morza / Odpowiedz
  3. Jak tak czytam opisy tych wszystkich spotkań blogowych ( nie byłam na żadnym a blog piszę od stycznia) to ja bym się chyba widziała na Blog Forum Gdańsk.

    Magda / Odpowiedz
    • Bardzo ciężko się dostać, nie wiem, czy nawet jednym z kryteriów nie jest prowadzenie bloga/vloga minimum przez rok. Ale warto, próbuj – powodzenia życzę 🙂

  4. Rozwijasz się jako bloger i mam wrażenie, że realny Jacek też na tym zyskuje :).
    ps. I cieszę się, że Cię kiedyś tam gdzieś tam poznałam i do większego grona dodałam- i ruszyło! 🙂

    Blogierka / Odpowiedz
  5. Ja See Bloggers zapamiętałam inaczej, mimo że również jestem pisząca, bojąca się kamery, instastories i innych bajerów 😉 wyniosłam co nieco gadże… tfu! Wiedzy o tym, jak planować, troszkę o fotografii, poznałam ciekawe narzędzia. Myślę, że to dobra konferencja o tyle, że jest wszechstronna i każdy mógł z niej skorzystać tak, jak chciał 🙂
    Troszkę zazdroszczę BFG, choć po prostu mam cichą nadzieję, że może za rok 😀 Pocieszyłeś mnie, że są jeszcze tacy, którzy najbardziej chcą pisać. Temat przełamywania granic w podejściu do zarabiania – dobrze znany. Może i dobrze 🙂

    Rozkminy Tiny / Odpowiedz
    • Ano tak, wiedzy było bardzo dużo, ale jak napisałem – mało dla mnie. W kwestiach fotografii jestem chyba dużo dalej, niż to, co prezentowała Natalia na warsztatach, więc ciekawie było bardzo, zwłaszcza to, jak fenomenalnie można przygotować prezentację pod względem wizualnym i estetycznym (to był minimalizm i elegancja w jednym, serio byłem pod wielkim wrażeniem), ale ja już to wiedziałem wcześniej.
      Ale na tej akurat konfie najbardziej udzielałem się towarzysko, więc ten… 🙂

  6. Widzisz Jacku, ja się nawet nie dostałam na #BFG za słaba w kapciach do Was wszystkich jestem 😉

    Pisz, tak jak zawsze. Dla mnie poranna kawa i Dizajnuch to starter pack każdego dnia 🙂

    Ja statystykami się nie zamartwiam. Bo i po co? Trwonić cenny czas na zmartwienia. Dla mnie klucz to być sobą w pisaniu. Jeśli są z tego, jakieś profity pieniężne to fajnie, jeśli ich nie ma (a częściej nie ma, jak są) to nic straconego.

    Paulina / Odpowiedz
    • Haha, codziennie pisać nie dam rady, w większość dni musi Ci wystarczyć kawa.
      Na BFG się dostałem po trzech latach pisania – fakt faktem, że zgłosiłem się mając nadzieję na dostanie, ale jakoś nie bardzo w to wierzyłem. We wcześniejszych latach nawet nie próbowałem, bo byłem pewny, że się nie dostanę. To była naprawdę zupełnie inna konferencja, niż pozostałe, warto było być, ale wiedza stricte blogowa była tylko na warsztatach (fenomenalnych, przyznaję).

  7. Jakoś tak poważniej się ostatnio u Ciebie zrobiło? Pisz tak jak do tej pory pisałeś. Jak będziesz się za bardzo przejmował statystykami czy zarabianiem, to przestaniesz czerpać radość z pisania. Wiem, co mówię, bo mnie też potrafi zdołować fakt, że dobry tekst bez klikalnego nagłówku pozostaje niezauważony.

    Dawid Konopka || Marzeniawcele / Odpowiedz
  8. Dzięki twoim relacjom poznałem najbardziej prestiżowe konferencje blogowe. Może to trochę kunktatorskie, ale za tłumnymi imprezami tęsknię, jak, nie przymierzając, za ulewnym zimnym deszczem lejącym się za kołnierz. Musi być naprawdę dobry powód, aby taki introwertyk, jak ja, uczestniczył w wydarzeniu masowym.
    I bardzo do mnie przemawia idea BFG, bo jednak wierzę, że za tym co robię w życiu, stoją jakieś wartości. I wbrew temu co się mówi, są czytelnicy, którzy chcą czegoś głębszego i bardzo cenią autentyczność. Oczywiście trzeba liczyć się z SEO, polubić media społecznościowe i czasami się wypromować, ale na pierwszym miejscu zawsze powinno być „czerpać z pisania radość”

    • To ostatnie zdanie idealnie podsumowuje, o co mi chodzi. Nie można się obrazić na media socjalne i całą komercyjną stronę blogowania, bo to wtedy przypomina pisanie do szuflady. Ale też chyba nie do końca dobrą drogą jest odrzucenie samego pisania jako takiego i wartościowych treści na rzecz gonienia za cyferkami ze statystyk.

  9. Mnie ostatnio po prostu naszły refleksje, że za dużo czasu spędzam na martwieniu się, że nie dość dużo osób mnie czyta. A na początku blog miał być dla mnie przede wszystkim terapią i sposobem na pogodzenie się z zakończonym niedługo wcześniej związkiem (o którym bezpośrednio nie pisałam nic przez jakiś pierwszy rok).
    Byłam tylko na WroBlogu i Blog Conference Poznań i na pewno będę dalej brała udział w niektórych konferencjach. Widać, że na każdej z nich jest inne podejście do tematu, co w sumie jest dość zdrową koncepcją. Któraś z opcji będzie nam przecież najbliższa.
    Ja postanowiłam, że nie będę robiła nic na siłę (poza regularnym pisaniem), bo tracę całą przyjemność. Zaczęłam znów cieszyć się z blogowania i wykorzystywać inne jego aspekty. Z natury jestem bardzo nieśmiała i nie potrafię nawiązywać relacji tak łatwo jak inni, dlatego cieszę się, że mogę porozmawiać z ludźmi choćby przez ścianę ekranu. Życie i blog troszkę odkręciły moją zakrętkę, więc obecnie nie uciekam już wzrokiem, kiedy ktoś na mnie patrzy, ale nadal nie pozwalam tłumom wlać się we mnie. Bosz. Ale metaforą pojechałam. Wracając do sedna, dobrze jest być blogerem, bo znajduje się ujście dla emocji, przemyśleń i nawiązuje się jakąś relację z ludźmi. Konferencje pozwalają przenieść te relację na nieco inny poziom i przy okazji poznać różne punkty widzenia na blogowanie. Amen.

    PS. Wiesz coś o tegorocznym WroBlogu? 😉

    Patrycja | Zielona Małpa / Odpowiedz
  10. Wszędzie tam, gdzie pojawia się „muszę”, kończy się jakakolwiek radość. Nie mam absolutnie nic przeciwko zarabianiu na blogu, ale jeśli ktoś nastawia się wyłącznie na hajs i fejm, to długo na tym podejściu nie pociągnie. Jeśli człowiek nie ma pasji w sercu, to gówno zdziała – dotyczy to nie tylko blogowania, ale każdej innej dziedziny życia. Z niewolnika statystyk nigdy nie będzie dobrego blogera. Wiem, moje słowa można o kant rzyci potłuc, bo nie znajduję się w gronie topowych blogerów i prędzej piekło zamarznie niż do tegoż grona trafię, ale tak właśnie uważam. Że to miłość do pisania trzyma nas w tym wszystkim. Nie spinam się, mam podejście na luzie – w realnym życiu i tak mamy za dużo tych „muszę”, żeby sobie jeszcze do pieca dokładać.

    Monika Dudzik / Odpowiedz
  11. Niedługo stuknie mi czwarty rok na blogu. Mam podobne odczucia do twoich. Lubię pisać i do pisania podchodzę na luzie, co widać w moich wpisach, i dlatego część czytelników chyba się mnie boi, a reszta nie rozumie, ale z racji stanu mojego umysłu, jak chyba sądzą, są dla mnie mili 🙂 Także hejterów ci u mnie brak, choć nie! jeden się pojawił, ale tylko raz i chyba przez przypadek, bo pomylił mnie z kimś innym.
    Na konferencji byłam tylko raz, w moim rodzinnym mieście, ukochanej Gdyni. Z bólem serca patrzyłam jak pazerna na gadżety dzicz, chadza po miejscu, w którym przed powstaniem pięknego szklanego budynku, osobiście zdzierałam sobie kolana do krwi, strzelałam z procy i oglądałam występy cyrkowców. Wytrzymałam do południa pierwszego dnia 🙂

    Dorota Wójcik / Odpowiedz
  12. Dzięki za ten wpis, za podzielenie się i wrażeniami i przemyśleniami.

    Czytaj na walizkach / Odpowiedz
  13. o, jak to dobrze przeczytać. 😀
    Bo w końcu dla kogo ten blog ma być – dla google’a i pod SEO czy dla mnie i dla tych osób, które w stały sposób śledzą, co mam co powiedzenia? Chyba to drugie. Ma piszącemu sprawiać radość a czytającemu coś powiedzieć, ma tak jak piszesz być o tym „co mi w duszy gra, co prze­ży­łem, co myślę i co mnie w życiu spo­tka­ło śmiesz­ne­go albo poważ­ne­go, dają­ce­go do myśle­nia”.
    Sama jestem na etapie przekształcania bloga w spis tekstów bez możliwości komentowania, bo mnie to nie rajcuje. Czyli kompletnego odejścia od formy bloga jako takiego. Nie wszystkie elementy, które „powinny być częścią bloga” mają sens i nie u każdego. Nie każdy też sposób pisania i styl dadzą się przekształcić w audio czy video. No i może też za jakiś czas, kiedy już wszyscy będą na YT będziemy z naszym pisaniem prawdziwymi dinozaurami w stylu vintage. 😉

    Olga / Odpowiedz
    • Wiesz, jak trochę w tym posiedzisz, to łatwo dać się wciągnąć w to gonienie za fejmem, kasą, darmowymi gadżetami czy wejściówkami na imprezki. A w tym gonieniu jeszcze łatwiej zgubić to, co było powodem i przyczynkiem założenia bloga (przynajmniej u mnie). A jak tak gonisz, to potem ciężko się zatrzymać.
      Ja akurat komentarze i interakcje z moimi Czytelnikami uwielbiam – mógłbym wcale nie pisać bloga i tylko sobie gadać na różne tematy 🙂

  14. Kurcze, no to zazdroszczę doświadczeń z Blog Forum. Po See Bloggers stwierdziłam, że odpuszczam sobie wszystkie imprezy mniej więcej z powodów które wymieniłeś + męczyło mnie trochę oglądanie ludzi-smartfonów. A tu proszę jakie zaskoczenie. Tzn. że jest nadzieja?

    Design Your Home with me / Odpowiedz
  15. Wspomniałeś, że „Sła­by odzew mia­ły też recen­zje fil­mów czy ksią­żek, więc się skoń­czy­ły…” i teraz mi się zaczęły trząść kolana, że mnie to również spotka. Poza tym tekst świetny i dający sporo do myślenia. Ba, dzięki Tobie zaczęłam myśleć, że już nadszedł czas, aby wybrać się na swoją pierwszą konferencję.

    Zaciesz / Odpowiedz
    • Z tego, co zobaczyłem na szybko, na Twoim blogu recenzji jest dużo więcej, niż na moim i jest on dużo bardziej popkulturalny – myślę, że mój los Ci nie grozi 🙂

  16. Brawo!! Brakuje mi Twoich wpisów do smieszkowania:(

    Natalia Lemańczyk / Odpowiedz
  17. Bardzo dobry tekst.
    Fajnie widać tę ewolucję (boję się powiedzieć: zmierzch blogów pisanych) 🙁

    Maciej Wojtas / Odpowiedz
  18. Wszyscy polecają BFG, coraz mocniej zaczynam żałować, że w tym roku miałam inne plany na tamten weekend :<

    Emilia |Psychologia Fotografii / Odpowiedz
    • Warto. To zupełnie inna konferencja, niż pozostałe. Nie wiem, czy lepsza, czy gorsza, ale na pewno inna.

      • Zależy od twojego podejścia. Mam wrażenie, że pojechałeś tam poobserwować innych blogerów. Na Seebloggers lubię bywać, kiedyś był może inny klimat, ale gratisy jakie można tam otrzymac nie biorę dla siebie tylko wykorzystuję je dla czytelników. Wieczorki zapoznawcze też są ciekawe. Uwierz mi, że wyniosłam akurat stamtąd wiele wartościowych relacji. W Poznaniu może już gorzej ale opiewały na wiedzy. Nigdy nie pisałam pod eso tylko tak jak potrafiłam. I nadal nie piszę pod seo, bo nie potrafię i nie wiem czy chcę. Ale uczę się pisania, bo u mnie z tym trochę gorzej. Nie jestem mistrzem delikatnego pióra ale chcę się podrasować. A warsztaty jakie oferują zakresu pisania pomagają i chętnie z tego korzystam. Dużo się nauczyłam i uszczknęłam dla siebie wartościowej wiedzy o jakiej pojęcia nie miałam. Na BFG zapomniałam wysłać zgłoszenie. Może uda mi się za rok. Wszystko zależy od tego kto i po co jeździ na takie spotkania. Pozdrawiam

        • Haha, nie, nie jeżdżę obserwować innych blogerów. Spotkać, pogadać z nimi, napić się wspólnie owszem, ale nie oglądać 🙂
          Ale fakt faktem – zależy, kto czego szuka i czego oczekuje i dla tego taka, albo inna konferencja będzie lepsza.

  19. Przemieliłeś w tym roku chyba wszystkie konfiguracje 🙂
    A sedno jest w ostatnim pytaniu i odpowiedzi na nie. Bez frajdy z pisania nie ma radochy jako takiej. Jak zamiast „chcę” pojawia się „muszę” to zdecydowanie trzeba zwolnić, znaleźć deskę i mocno się klepnąć w głowę, żeby wróciła na tory pełne funu. 🙂

    Karola | Życie Me / Odpowiedz
  20. Dla mnie ten rok też był taki trochę na pograniczu gonienia za statystykami. Aż w którymś momencie poczułam, że to mnie nie bawi. Nie bawi mnie wymyślanie 3 postów na tydzień, żeby było regularnie. Nie bawią mnie sztuczne zdania pod SEO. I że w ogóle w pewnym momencie pisanie przestało mnie bawić. I to był chyba ten moment zwrotny, od którego na blogu zaczęło się pojawiać coraz mniej tekstów. Co będzie dalej, życie pokaże. Za Ciebie trzymam kciuki 😉

    Karolina Kary B / Odpowiedz
  21. Jak dla mnie najlepsza recenzja, jaką do tej pory przeczytałam, w dodatku tak bardzo mi bliska. Też nie potrafię gonić za statystykami i swoim piórem zupełnie nie potrafię wzlecieć nad sztywne ramy SEO albo wzlatuję nad nimi stanowczo za wysoko. 😉

    Z drugiej strony dopada mnie frustracja, że będąc sobą w pisaniu, jestem sobą dla niewielu osób, bo mało ich do mnie dociera. Chyba też jestem trochę na granicy. Trochę granicy mojej własnej frustracji, a trochę na granicy pomiędzy radością pisania a radością bycia czytaną przez więcej osób.

    Powodzenia i pozdrawiam! 🙂

    Joanna Biadalska / Odpowiedz
  22. Ja to od zawsze na zawsze pisze tylko o tym co mi w duszy gra. Mało kiedy godzę się na współprace i dobrze mi z tym. Nic nigdy wbrew sobie, zawsze sobą czego i Tobie życzę ?

    Niewyparzona Pudernica / Odpowiedz
  23. Absolutnie świetny tekst. I pointa lepsza niż panele i dyskusje BFG oglądane przeze mnie na kompie 😉 #typowyprzegryw

    Olga Siemoniak / Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*