Babuleńka w Biedrze, czyli raj odzyskany

 

Tak sobie czasem myślę, że kiedy nastała era samoobsługowych sklepów, gdzie wszystko leży na wierzchu, i można sobie wziąć do ręki, pooglądać, poobracać w palcach, popukać czy powąchać nawet, to cała istniejąca populacja babć-emerytek została mocno uszczęśliwiona. Bo przecież nikt tak, jak one nie przerzuca wszystkich pomidorów w koszu, ani nie ogląda każdej paczki z mięchem przez te swoje okulary powiększające jak teleskop Hubble’a.

Zastanawiam się czasem, dlaczego to robią? Nudzą się na tej emeryturze i chcą, żeby zakupy trwały dłużej, bo wyszli z domu do ludzi? Życiowe doświadczenie pozwala im wśród sterty żarcia dostrzec te najlepsze kąski? A może po prostu na starość się dziwaczeje i nie ma na to logicznego argumentu i sensownej odpowiedzi?

Takie miałem myśli, kiedy wczoraj zauważyłem babuleńkę w nieśmiertelnym berecie i z magicznym wózkiem, takim, który z zewnątrz wygląda na mały, a w środku czarodziejsko mieści połowę gazetkowych promocji z Biedry, Lidla i Kauflandu. Kiedyś pomogłem takiej babince wnieść zaczarowany wózek do tramwaju i do tej pory mam problemy z kręgosłupem. Ale do rzeczy.

Babuleńka przerzucała w Biedrze paczki z pieczarkami, walcząc z samozamykającymi się drzwiami od lodówki.

Wyglądała jak żywy przykład algorytmu sortującego, np. bąbelkowego (nie mylić z bombelkami). Brała te paczki po dwie do ręki, potem zapuszczała mikroskop elektronowy na oczach, żeby zrobić analizę spektralną każdej z osobna, po czym kręciła głową, jedną paczkę odkładała, brała następną i zaczynała od nowa. Dawno miałem analizę matematyczną, ale to chyba wychodzi x silnia porównań, nie? Czyli wpizdu, a może i więcej, jak przez przypadek coś brała do ręki po dwa razy.

I na to wszystko wchodzę ja, cały na biało, przytrzymuję babuleńce drzwi od lodówki, co na pomarszczonej twarzy wywołuje jeszcze bardziej pomarszczony uśmiech. Wykazując się czujnością i wykorzystując odpowiedni moment, sięgam do środka i biorę paczkę pieczarek i wrzucam do koszyka. Bez oglądania. Co na pomarszczonej twarzy wywołuje jeszcze bardziej pomarszczony wyraz dezaprobaty.

Po czym ta milusia babuleńka, która pewnie złote ma serce, sięga do mojego kosza i przerzuca moje pieczarki do siebie. Na mojej mało jeszcze pomarszczonej twarzy musi odbijać się niezły łotdefak, bo babinę widać ruszyło sumienie, żeby usprawiedliwić tę zuchwałą kradzież, że „przecież ja sobie tamtą paczkę upatrzyłam wcześniej”.

Po raz pierwszy w życiu zabrakło mi języka w gębie. Przed oczami duszy przepłynęła mi wizja jajecznicy bez pieczarek i zmarnowanego dnia z powodu braku pieczarek w jajecznicy.

To było tak straszne, że aż z wrażenia nie wiedziałem, czy powiedzieć babuleńce, że zabrała mi pieczarki, które wcześniej odłożyła, bo nie przeszły rygorystycznej kontroli jakości.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...