Babcię to ty szanuj!!

Jadę ja sobie wczo­raj Legnic­ką zała­twiać bar­dzo waż­ne spra­wy w urzę­dzie, bo nie samą pra­cą czło­wiek żyje, cza­sem trze­ba też zmie­rzyć się z nie­czu­łym apa­ra­tem pań­stwo­wym, któ­ry to apa­rat ostat­nio jak­by coraz mniej przy­chyl­nie patrzy na tych spod zna­ku “nie na eta­cie” prze­sy­ła­jąc im róż­ne dur­ne pisma peł­ne beł­ko­tu o para­gra­fach, decy­zjach, dzien­ni­kach ustaw oraz z mnó­stwem mądrych pie­czą­tek. Ale ja nie o urzę­dzie dzi­siaj.

Legnic­ka to we Wro­cła­wiu tro­chę stan umy­słu, bo to jed­na z nie­wie­lu ulic w mia­rę pro­stych, solid­nie sze­ro­kich (pasy 3+) i z nie­wiel­ką ilo­ścią stra­te­gicz­nie roz­miesz­czo­nych zato­czek, gdzie się czai na pro­ste­go czło­wie­ka wła­dza z suszar­ka­mi. Zresz­tą – dro­gów­ka w mie­ście ma inne rze­czy na gło­wie, niż pomia­ry pręd­ko­ści, nie? Dla­te­go wła­śnie na Legnic­kiej ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści każ­dy trak­tu­je cokol­wiek lek­ce­wa­żą­co zapier­da­la­jąc na swo­ich czte­rech kół­kach, ile fabry­ka dała.

No więc jadę ja sobie Legnic­ką, zie­lo­na fala jak zło­to – co skrzy­żo­wa­nie, to odpły­nę­ła i tra­fiam na falę czer­wo­ną, sta­jąc w koń­cu przy Magno­lii, czy­li pew­nie naj­więk­szej gale­rii han­dlo­wej, a nawet jeśli nie, to chy­ba naj­wię­cej tam przy­jeż­dża ludzi.

Czę­sto ex-gim­bu­sów, któ­rzy zamiast iść do par­ku czy na rower, wolą pospę­dzać czas przy jed­nym sto­li­ku, zrzu­ca­jąc się całą kla­są na szej­ka z MaxDo­nal­da i gapiąc się w tele­fo­ny sior­bać go na zmia­nę koniecz­nie każ­dy przez osob­ną słom­kę, bo to teraz takie panie cza­sy, że tak się spę­dza wspól­nie czas.

Albo eme­ry­tów z nie­śmier­tel­ny­mi magicz­ny­mi tor­ba­mi na kół­kach, któ­re nie­po­zor­ne z zewnątrz, łamią Ci krę­go­słup i wyry­wa­ją ręce ze sta­wów swym cię­ża­rem peł­nym pro­mo­cyj­nej szyn­ki z Bie­dron­ki, puszek z Lidla i kur­cza­ka na rosół z bazar­ku na Niedź­wie­dziej, kie­dy chcesz takiej babin­ce pomóc zała­do­wać się do tram­wa­ju. Jak toreb­ka Her­mio­ny, w któ­rej zmie­ścił się namiot, w któ­rym zmie­ści­ły się trzy sypial­nie i gar­de­ro­ba, w któ­rych zmie­ści­ło się łoże mał­żeń­skie z bal­da­chi­mem oraz sza­fa, w któ­rej zmie­ści­ły się wszyst­kie sukien­ki spod zna­ku “nie mam co na sie­bie wło­żyć”. Oraz gar­ni­tur ze ślu­bu.

Sto­ję więc sobie na środ­ko­wym pasie, po pra­wej stoi auto, po lewej nie stoi nic (jesz­cze), a na zie­lo­nym, na przej­ście wcho­dzi taka wła­śnie babu­nia. Do kom­ple­tu, poza jeż­dżą­cą tor­bą peł­ną magii i oko­licz­nych pro­mo­cji – z bal­ko­ni­kiem. I idzie babin­ka, i idzie, noga­mi szu­ra­jąc, kle­ko­cąc tym cza­ro­dziej­skim wóz­kiem, a tu tym­cza­sem jej się świa­tło skoń­czy­ło, a ona bid­na led­wie dotar­ła do moje­go, środ­ko­we­go pasa i zapa­li­ło się zie­lo­ne do jaz­dy.

W luster­ku widzę, że lewym pasem coś popier­dzie­la ostro i oczy­ma duszy już sobie wizu­ali­zu­ję ten lecą­cy w powie­trze bal­ko­nik w asy­ście szyn­ki, puszek, tego kur­cza­ka i tej babin­ki. Włą­czy­łem awa­ryj­ne, cho­ciaż nie bar­dzo wiem po co, bo za mną sta­ło auto, i pew­nie i tak nie było widać.

Ale widać kie­row­cę coś tknę­ło, że sytu­acja jest lek­ko dziw­na, kie­dy to zie­lo­ne świa­tło, a wszy­scy sto­ją, zamiast się bawić w Need for Spe­ed. Z wiel­kim co praw­da piskiem, ale wyha­mo­wał aku­rat kie­dy bab­cia docie­ra­ła do lewe­go pasa. A hamo­wać było czym, bo to taki faj­nie pod­ba­je­rzo­ny Pha­eton zaje­chał, co to mru­czał sil­ni­kiem jak tygrys ben­gal­ski, zanim zato­pi kły w nicze­go się nie spo­dzie­wa­ją­cej zwie­rzy­nie. No czu­jesz kur­wa, że jest moc, któ­rą wła­śnie ktoś z wiel­kim wysił­kiem ujarz­mił. A ten ktoś, to było dwóch scha­bów bez­wło­sych, obaj z zim­nym łok­ciem i wydzia­ra­nym bicep­sem wiel­ko­ści kega do piwa. Tego więk­sze­go, 50-litro­we­go.

Przez chwi­lę myśla­łem, że wyle­zą zato­pić te kły w babin­ce, ale sie­dzą grzecz­nie i cze­ka­ją, aż bab­cia, bal­ko­nik, wózek i jego magia prze­czła­pią przez ostat­ni pas.

Z tyłu za tygry­sem pod­je­cha­ła Q7-ka, któ­ra zaha­mo­wa­ła z piskiem może jesz­cze więk­szym. W środ­ku sie­dział ktoś w bia­łej koszu­li, kto stwier­dził, że jego auto to król szos, jak nie przy­mie­rza­jąc lew, bo za Q7 raty w leasin­gu wyż­sze są niż za Pha­eto­na, więc on ma więk­sze­go i może to wszyst­kim oka­zać trą­biąc jak poje­ba­ny.

Ziry­to­wa­ło to tro­chę nasze tygry­sy, więc wytasz­czy­li swo­je na oko 150-kilo­we ciel­ska peł­ne mię­śni, dziar i odży­wek biał­ko­wych sprze­da­wa­nych na wia­der­ka, otwo­rzy­li tyl­ne drzwi i wycią­gnę­li z auta kije bejs­bo­lo­we, coby lwu poka­zać, że jego kró­le­stwo chy­li się ku upad­ko­wi.

Nawet ja zauwa­ży­łem, że twarz face­ta w bia­łej koszu­li nabra­ła bar­wy tej­że koszu­li. Oraz prze­stał on trą­bić, a nawet mam wra­że­nie chciał wrzu­cić wstecz­ny, bo auto jak­by lek­ko drgnę­ło do tyłu, ale w środ­ku dnia na Legnic­kiej nie ma mient­kiej gry i za nim stał już porząd­ny sznu­rek, nie było dokąd spier­da­lać.

Cze­ka­łem co praw­da, aż jak na fil­mach o eli­tar­nych zabój­cach, facet wyj­mie Desert Eagle’a, naj­le­piej z tłu­mi­kiem i roz­pier­do­li scha­bów strza­ła­mi w śro­dek czo­ła, ale to nie był film, tyl­ko samo życie. Do tego same­go wnio­sku doszło dwóch bejs­bo­li­stów, bo jeden z nich bar­dzo deli­kat­nie poło­żył na masce Q7 swój oręż i wyce­dził:

- Mor­da chu­ju! Nie widzisz, że bab­cia idzie?

Po czym obaj z poczu­ciem zwy­cię­stwa zarów­no fizycz­ne­go, jak i moral­ne­go, wsie­dli do swo­jej fury, pocze­ka­li­śmy wspól­nie do następ­ne­go zie­lo­ne­go, bo cykl świetl­ny zato­czył koło, po czym jak z piskiem opon zaha­mo­wa­li, tak z piskiem opon ruszy­li.

BO BABCIĘ TO TY SZANUJ!

PS. Ja wiem, że Inter­ne­ty swo­je wie­dzą, ale ja dopie­ro po napi­sa­niu tego tutaj dosta­łem namiar na histo­rię z jeży­kiem prze­cho­dzą­cym przez przej­ście. Wszyst­ko to była szcze­ra praw­da i tyl­ko praw­da. No, może kole­sie w Pha­eto­nie waży­li nie 150, a 120 kilo – śle­py jestem, mogłem nie dowi­dzieć.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...