Jaki wpływ ma judo na SeeBloggers 2018?

 

Począ­tek tego­rocz­nych waka­cji zaata­ko­wał mnie kil­ko­ma sier­po­wy­mi, ale że ja twar­dy jestem jak smo­leń­ska brzo­za, to jed­nym non­sza­lanc­kim ruchem ręki prze­sta­wi­łem nos i szczę­kę na swo­je miej­sce i wal­czy­łem dalej.

 

Tytułem wstępu – potrzebny Wam będzie króciutki rys histeryczny.

Otóż moje Dzie­cię młod­sze tre­nu­je już trze­ci rok judo. Judo, któ­re­go nie cier­pi, ale że z Nie­go tro­chę klu­cha jest (widać, że dobre geny po tatu­siu), to – może Go nie zmu­szam, ale uży­wa­jąc zaawan­so­wa­nych tech­nik mani­pu­la­cyj­nych per­swa­du­ję, że trze­ba, że war­to, że spraw­ność, że w ryj da, jak będzie potrze­ba, że dziew­czę napad­nię­te obro­ni dozgon­ną wdzięcz­ność tej­że zysku­jąc i takie tam. Mło­dy więc posłusz­nie, choć krę­cąc nosem i maru­dząc strasz­li­wie, dwa razy w tygo­dniu wycho­dzi na tata­mi i ćwi­czy rzu­ty, pady i trzy­ma­nia.

Nato­miast moje zdol­no­ści do men­tal­nych mani­pu­la­cji koń­czą się w obli­czu zawo­dów i corocz­nych wyjaz­dów na obóz judo nad morze. Nie i już!

Mógł­bym oczy­wi­ście powa­gą ojcow­skie­go urzę­du powie­dzieć Dzie­cię­ciu, że Jego sprze­ci­wy inte­re­su­ją mnie cokol­wiek mało i ma robić, co mu każę, ale nie chcę tego robić. Albo­wiem.

Krót­ko, bo SeeBlog­gers cze­ka – przy­pad­kiem zapi­sa­li­śmy go na zawo­dy na zakoń­cze­nie roku, na któ­rych roz­pi­to­lił wszyst­kich ze swo­jej gru­py i wygrał zło­to. Oraz nie wie­dzieć kie­dy dał się wresz­cie namó­wić tre­ne­ro­wi w ostat­niej chwi­li na wyjazd na obóz tre­nin­go­wy nad morze.

Wyjazd o 7:00 rano w nie­dzie­lę.

W tę nie­dzie­lę, któ­ra byłą dru­gim dniem SeeBlog­gers.

W mie­ście Łodzi.

Czy­li kawał dro­gi od Wro­cła­wia.

Fuck!!

Oczy­wi­ście mogłem olać jed­no (i nie poje­chać na SeeBlog­gers w ogó­le), albo dru­gie (i nie poma­chać dzie­cię­ciu wie­zio­ne­mu w siną dal), ale ponie­waż ja jestem twar­dy jak dupa Cho­da­kow­skiej to wymy­śli­łem, że to wszyst­ko ze sobą pogo­dzę.

Choć nie do koń­ca wie­dzia­łem jak.

 

Who are you SeeBloggers?

To taka impre­za dla ludzi, któ­rzy coś robią do inter­ne­tów i potem mają z tego pie­nią­dze, sła­wę, uwiel­bie­nie tłu­mów, a naj­lep­si nawet wcho­dzą bez kolej­ki w ZUS’ie. Bie­rze się w tej­że udział za dar­mo, więc paso­wa­ło­by odro­bić pisząc recen­zję, żeby potem spon­so­rzy nie maru­dzi­li, bo to jest napraw­dę impre­za waż­na i duża, by nie rzec ogrom­na.

SeeBlog­gers to nie jest do koń­ca kon­fe­ren­cja, jak np. ⇒Blog Con­fe­ren­ce Poznań (jeśli jeste­ście cie­ka­wi moich wra­żeń, to klik w link), gdzie oczy­wi­ście, waż­ny jest networ­king i cała ta oko­ło­blo­go­wa otocz­ka, ale naj­więk­szy nacisk kła­dzio­ny jest na tech­ni­ka­lia zwią­za­ne z blo­go­wa­niem, współ­pra­cą z mar­ka­mi, zara­bia­niem na blo­gu czy ogar­nia­niem tego w mediach socjal­nych. Bez złe­go odbio­ru tego sło­wa, total­nie bez kry­ty­ki i bólu dupy – SeeBlog­gers sta­wia tro­chę na lans.

To bar­dziej festi­wal, gdzie takiej twar­dej wie­dzy jest mniej, ale za to dużo wię­cej obco­wa­nia z cele­bry­ta­mi, z mar­ka­mi czy sobą nawza­jem. Bar­dzo moc­no pasu­je mi tu sło­wo-klucz – IMPREZA, do tego z dar­mo­wy­mi fan­ta­mi od spon­so­rów. Żeby­śmy się dobrze zro­zu­mie­li – nie ma w tym nic złe­go, to bar­dzo przy­jem­na for­mu­ła, zwłasz­cza dla począt­ku­ją­cych, któ­rzy nie­ko­niecz­nie zna­ją innych na tyle, żeby wspól­nie siąść i poga­dać sobie o życiu, bo daw­no się widzie­li­śmy. I któ­rzy fan­ty tar­ga­ją tor­ba­mi, bo to jesz­cze mło­de jest i pło­che, to co im będzie­my zabra­niać.

Orga­ni­za­to­rzy zresz­tą wyszli takie­mu zapo­trze­bo­wa­niu spo­łecz­ne­mu naprze­ciw, bo sto­isk z mar­ka­mi było mnó­stwo, a może i wię­cej. Mam nie­śmia­łe prze­my­śle­nia, że może nawet odro­bi­nę za dużo, bo w tym całym wiel­kim przed­się­wzię­ciu zabra­kło mi po pro­stu miej­sca, gdzie moż­na było usiąść w mia­rę swo­bod­nie i poga­dać ze zna­jo­my­mi.

Stre­fa networ­kin­go­wa nie była wol­na od sto­isk marek (co aku­rat złe nie było, bo kawa i słod­kość do kawy zawsze na prop­sie), ale była maleń­ka, z kil­ko­ma zale­d­wie miej­sca­mi do sie­dze­nia. Może gdy­by pogo­da była lep­sza, to zasie­dli­li­by­śmy leża­ki na zewnątrz, ale pizga­ło tak, że nawet pin­gwi­ny by pod­cią­gnę­ły wyżej koł­nie­rzy­ki, więc nie­ste­ty ta opcja odpa­dła. Pod tym wzglę­dem BCP moim zda­niem góru­je. A może ja po pro­stu nie potrze­bu­ję tylu kosme­ty­ków?

Był moment, w któ­rym się nie do koń­ca dobrze czu­łem oto­czo­ny tą aurą cele­bry­tów nie­ko­niecz­nie z sze­ro­ko rozu­mia­nej blo­gos­fe­ry, bar­dziej spo­za niej – patrzy­my na takie nazwi­ska jak Żebrow­ski, Nosow­ska, Dudziak, Orłoś czy Owsiak jak na miesz­kań­ców Olim­pu, do któ­re­go nam malucz­kim dale­ko i na któ­ry się nie wdra­pie­my. A potem słu­chasz ich mówią­cych ze sce­ny, zamie­niasz z nimi kil­ka słów, robisz sobie samo­jeb­kę (zna­czy ja nie robię, ale może kie­dy o moim lęku samo­jeb­ko­wym napi­szę) i oka­zu­je się, że to jak naj­bar­dziej nor­mal­ni ludzie, do tego mądrzy, cie­pli i sym­pa­tycz­ni. I cho­ler­nie inspi­ru­ją­cy, co budzi Two­ją uśpio­ną moty­wa­cję i chęć do dzia­ła­nia. Bo sko­ro oni mogą, to cze­mu nie ja?

I wie­cie, w pew­nym momen­cie nie­waż­ne sta­ło się to, co mar­ki wysta­wia­ły u sie­bie. Nie­waż­ne sta­ło się, czy tych marek jest dużo, czy mało, czy dawa­ły fan­ty za zro­bie­nie zdję­cia, czy wystar­czy­ło zapy­tać. Czy była woda do picia, czy nie było. Czy do kawy była taka kolej­ka, że ludzie pada­li z bra­ku kofe­iny w trak­cie sta­nia. Czy pie­ro­gi z food­truc­ka były smacz­ne, czy nie (nie!). Czy prze­szka­dza­ły kable na zie­mi. Czy moż­na było łatwo tra­fić do odpo­wied­nich sal.

Zro­zu­mia­łem, że naj­waż­niej­si są ludzie, któ­rzy mnie ota­cza­li. Ludzie, któ­rych znam z inter­ne­tów, a któ­rych nie będę wymie­niać każ­de­go z osob­na, bo na pew­no kogoś zapo­mnę i będzie sia­ra. Ludzie, któ­rzy mają taką samą zajaw­kę i w tych inter­ne­tach robią. Ludzie, z któ­ry­mi fan­ta­stycz­nie się gada, polu­je na Mini, je bur­ge­ry, pije piwo, żre chi­mi­chan­gę, wci­na chip­sy, robi zdję­cia Łodzi, pije bez­al­ko­ho­lo­we­go drin­ka, trza­ska sel­fi­ki na ścian­kach czy bez i wresz­cie z któ­ry­mi się czu­je to flow pozwa­la­ją­ce prze­ga­dać całą noc (no dobra, do pół­no­cy) bez tego uczu­cia, że czas na stra­te­gicz­ną ciszę i dys­kret­ne pój­ście niby to na dwó­jecz­kę, a tak napraw­dę nie ma o czym roz­ma­wiać i zmie­nia­my miej­sców­kę.

Waż­ni są ludzie ci, któ­rych wcze­śniej nie zna­łem (że tak pole­cę w Gre­chu­tę), a któ­rzy do mnie pode­szli i powie­dzie­li dobra robo­ta. Ci, któ­rzy sko­ja­rzy­li mnie po kil­ku­na­stu minu­tach gada­nia we wspól­nym kółecz­ku wza­jem­nej ado­ra­cji i oka­za­ło się, że my się nawza­jem czy­ta­my, ale nie koja­rzy­my twa­rzy z miej­scem w sie­ci. I choć ja bar­dzo się krę­pu­ję w takich sytu­acjach, to kie­dy ktoś do mnie pod­szedł i zapy­tał “to ty jesteś dizaj­nuch?” czu­łem, że się roz­pły­wam, tak mi było dobrze.

Waż­nie są tak­że, a może przede wszyst­kim ludzie, któ­rzy całą impre­zę zor­ga­ni­zo­wa­li i dzię­ki któ­rym mogli­śmy wszy­scy w niej uczest­ni­czyć. I co z tego, że nie czy­tam fashio­na­ble? To wca­le nie prze­szka­dza w tym, żeby Wam oby­dwoj­gu, oraz całe­mu szta­bo­wi ludzi, któ­rym kie­ru­je­cie, bar­dzo podzię­ko­wać za zor­ga­ni­zo­wa­nie SeeBlog­gers, praw­da? Dzię­ku­ję więc.

 

Wnioski?

War­to.

War­to pisać (a nie­dłu­go nagry­wać video, stay tuned), war­to jeź­dzić na takie impre­zy (i na inne też), gdzie moż­na twa­rzą w twarz spo­tkać się z ludź­mi tak samo zaja­wio­ny­mi. War­to poczuć to coś, cze­go chy­ba komen­ta­rze i odpo­wie­dzi w sie­ci nie dadzą tyle, co feed­back na żywo.

Nie chcę oma­wiać pre­lek­cji czy warsz­ta­tów, bo o tym będzie pisał każ­dy – dla mnie w blo­go­wa­niu (i takich kon­fe­ren­cjach) zawsze byli, są i będą naj­waż­niej­si ludzie.

I niech to będzie moje pod­su­mo­wa­nie SeeBlog­gers 2018.

 

PS. Pew­nie już zapo­mnie­li­ście o tym judo na począt­ku, nie? No to skoń­czę opo­wieść – całą galę SeeBlog­gers prze­ży­łem o suchym pysku, kon­cert Kaś­ki Nosow­skiej takoż, potem mniej wię­cej po pół­no­cy wsia­dłem w auto i w pogar­dzie mając ten pie­przo­ny deszcz, i ten wiatr wie­ją­cy pra­wie całą dro­gę do Wro­cła­wia, zamel­do­wa­łem się o 3:30 w domu, wal­ną­łem się prze­spać, po czym budzik wyrwał mnie z objęć Mor­fe­li­ny, patron­ki sen­nych polu­cji, w oko­li­cach 6:40, bo Mło­dy miał o 7:30 wyjeż­dżać na obóz judo. Uważ­ni czy­tel­ni­cy w tym momen­cie popu­ka­ją się w gło­wę, bo wcze­śniej jest jak byk napi­sa­ne, że o 7:00. No wła­śnie. Nie drąż­my – zdą­ży­li­śmy.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...