Oj Sebastian, weź przestań

 

Zro­bi­łem wczo­raj strasz­ną głu­po­tę, a mia­no­wi­cie poje­cha­łem po połu­dniu na zaku­py do Kau­flan­du.

Zna­czy wie­cie, nie głu­pie jest to że poje­cha­łem do Kau­flan­du, bo mój poziom kry­ty­ki wewnętrz­nej nie ma nic wspól­ne­go z tym­że skle­pem, choć on mało naro­do­wy jest, nawet pomi­mo naro­do­wych barw. No sklep, jak sklep, w sen­sie jak czło­wiek zaro­bio­ny, a w lodów­ce jak za cza­sów stu­denc­kich – świa­tło, keczup i wód­ka, to napraw­dę wsio raw­no, gdzie robi zaku­py, byle bli­sko było i nie­dzie­lę han­dlo­wą wyko­rzy­stać moż­na.

Czy­li nie był głu­pi fakt zaku­pów w Kau­flan­dzie, głu­pi był fakt zaku­pów w Black Fri­day roz­cią­gnię­ty na Black Sobo­tę i Black Nie­dzie­lę. No chy­ba, że tam zawsze ludzi naje­ba­ne jak u Cygan­ki w toboł­ku, to ja prze­pra­szam. Rzad­ko bywam, nie znam się.

Po odsta­niu w kolej­ce do waże­nia warzyw, po odsta­niu w kolej­ce do zaku­pu sera, po odsta­niu w kolej­ce do kup­na wędlin, po odsta­niu w kolej­ce do naby­cia mię­cha oraz wresz­cie po odsta­niu w kolej­ce do kasy, mija­jąc po dro­dze wóz­ki nała­do­wa­ne tak, jak­by za chwi­lę mia­ła nastą­pić nukle­ar­na zima pcha­ne z wiel­kim wysił­kiem przez przed­sta­wi­cie­li lokal­ne­go esta­bli­sh­men­tu z pobli­skie­go blo­ko­wi­ska z wiel­kiej pły­ty, wresz­cie dotar­łem do auta, nie­za­dra­pa­ny przez wszech­obec­ne oczo­jeb­ne metro­we tip­sy oraz nie­za­cze­pio­ny przez dasz­ki cza­pek wpier­do­lek im towa­rzy­szą­ce, tudzież wiel­kie beb­zo­ny napom­po­wa­ne nie­zdro­wym żar­ciem (ha, jak zrzu­ci­łem te 18 już kilo, to jestem cwa­nia­czek, nie?).

Z tego całe­go szo­ku kul­tu­ro­we­go oraz dba­ło­ści o śro­do­wi­sko natu­ral­ne, nie zała­do­wa­łem zaku­pów do setek rekla­mó­wek płat­nych po zero dwa­dzie­ścia pięć zło­ty za sztu­kę, tyl­ko wrzu­ci­łem je bez­tro­sko do koszy­ka, któ­rym pod­je­cha­łem sobie fan­ta­zyj­nie pod bagaż­nik celem zmia­ny środ­ka trans­por­tu tych­że zaku­pów, bo popy­lać z koszem zaku­po­wym przez mia­sto tro­chę lipa.

Nie wysta­wi­łem jed­na­ko­woż wóz­ka cen­tral­nie w prze­jeź­dzie, tyl­ko go wsty­dli­wie przy­tu­li­łem do auta, żeby jakoś tak nie wadził niko­mu i roz­po­czą­łem trud­ny logi­stycz­nie pro­ces prze­rzu­ca­nia łupów do bagaż­ni­ka, pomię­dzy wkrę­tar­kę, a skrzyn­kę z sili­ko­na­mi i kle­ja­mi, bo byłem u klien­ta sobo­tę coś przy­kle­ić i jakoś zabra­kło cza­su, żeby posprzą­tać.

Pech chciał, że miej­sce po dru­giej stro­nie było wol­ne i aku­rat jakaś babecz­ka zawin­szo­wa­ła sobie w tym miej­scu zapar­ko­wać. Że kobie­ta pozna­łem po tym, że już czwar­ty raz pró­bo­wa­ła i nie mogła się zmie­ścić. No i po tym, że to był ogrom­ny jak sto­do­ła Ford Ka. Aku­rat na to wszyst­ko naje­chał naj­po­pu­lar­niej­szy pojazd spa­li­no­wy tego kwa­dra­tu, czy­li Golf trój­ka po tunin­gu lamp­ka­mi, leda­mi oraz gumów­ką i taśmą kle­ją­cą, któ­ry to mówiąc krót­ko nie mógł prze­je­chać, bo z jed­nej stro­ny ja prze­rzu­cam łupy, a z dru­giej to nie­szczę­sne Ka zaczy­na pią­te podej­ście do tema­tu par­ko­wa­nia tyłem.

Nagle szy­ba się otwie­ra w Gol­fie i wyła­nia się z nie­go łapa wiel­ka jak wło­ska szyn­ka dłu­go­doj­rze­wa­ją­ca ubra­na w T-shirt, spod ręka­wa któ­re­go wysta­wa­ła ogrom­na dzia­ra z Pol­ską Wal­czą­cą, zwień­czo­na bran­so­le­tą ze zło­ta gru­bo­ści moje­go paska od spodni, a za bran­so­le­tą w oknie poja­wia się łeb.

Łeb oczy­wi­ście typo­we­go Sebi­xa, łysy, ale zało­żę się, że przed chwi­lą zdjął kasz­kiet, bo prze­cież szy­ba w Gol­fie to nie szy­ba w tirze i się ten wiel­ki cze­rep nie zmie­ści razem z czap­ką wpier­dol­ką. Jakiś taki roz­la­ny był na twa­rzy i oczka miał jakieś takie po świń­sku zmru­żo­ne, a na szyi oczy­wi­ście dyn­dał mu następ­ny łań­cuch w kolo­rze Aurum Gold. Gru­by był taki, że wszyst­kie łacia­te muć­ki by się zawsty­dzi­ły. W sen­sie i łań­cuch był gru­by, i koleś był gru­by. Jak­by nor­mal­ny czło­wiek zarzu­cił sobie taki łań­cuch na szy­ję, to by mu obcię­ło ręce od tego cię­ża­ru. No taki typo­wy, książ­ko­wy Sebix. Pew­nie na Wiki­pe­dii pod hasłem “Sebix” dali zdję­cie tego wła­śnie typa.

Po otwar­ciu okna, gość otwo­rzył japę i demon­stru­jąc bra­ki w uzę­bie­niu wydarł się na mnie:

- Nie umiesz kur­wa zaku­pów pako­wać?!?

Bra­ko­wa­ło jesz­cze, żeby mu z japy jeba­ło czosn­kiem. Tak więc sobie pomy­śla­łem, wkur­wio­ny tymi tłu­ma­mi, tymi kolej­ka­mi, tymi ludź­mi bie­ga­ją­cy­mi z obłę­dem w oczach, że mu kur­wa wygar­nę, tępej strza­le w dre­sie i niech potem będzie, co ma być, pew­nie mnie zaje­bie tym łań­cu­chem, ale nie będzie się na mnie dre­siarz pie­przo­ny darł.

A potem przy­szła reflek­sja, że się nie dam i jakiś jeba­ny Sebuś bez zębów nie znisz­czy moje­go zen. Więc żeby nie pozo­sta­wić spra­wy bez odpo­wie­dzi i że taki mient­ki jestem, że po jed­nym cio­sie padam, strze­lam ripo­stę:

- Oj Seba­stian, weź prze­stań.
- Co?? Skąd ty kur­wa wiesz, jak ja się nazy­wam??

 

Kur­wa, nokaut…

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...