Bo remont to szkoła życia lepsza jest niż wojsko, cz.6: to już jest koniec

Jak sam tytuł wska­zu­je, dzi­siaj nastą­pi osta­tecz­ne zamknię­cie tema­tu remon­tu, bo ile moż­na roz­dra­py­wać rany, zwłasz­cza jeśli się zago­iły. Tym bar­dziej, że po pierw­sze pri­mo remont się skoń­czył, a po dru­gie pri­mo pod­pi­sa­li­śmy umo­wę przed­wstęp­ną i od paź­dzier­ni­ka miesz­ka­nie będzie wyna­ję­te (pozdrów­ka dla Wynaj­mu­ją­cych 🙂 ). I w zasa­dzie mógł­bym tutaj skoń­czyć rado­sny wiel­ce, ale co to za ⇒wpis, któ­ry nie ma nawet 100 słów, praw­da? No kto to prze­czy­ta?

Raduj­my się więc, bo nie potrze­ba nam w spo­łe­czeń­stwie złych emo­cji i smut­ku, gdyż cza­sy są, jakie są, i rado­wać się trze­ba wśród tego ogól­ne­go wkur­wie­nia, praw­da? Dla­te­go zacznij­my opo­wieść o koń­cu remon­tu od począt­ku. A wła­ści­wie od koń­ca.

 

Końca współpracy z Pankracym.

To nie będzie rado­sny pod­punkt, bo cokol­wiek by o Pan­kra­cym nie mówić, jak­kol­wiek się nie wkur­wiać na nie­go, że nas wydy­mał bez mydła tak, że na samą myśl mam skur­cze okręż­ni­cy i bie­gnę szu­kać sto­pe­ra­nu, to jed­nak jest bar­dzo dobrym fachow­cem. Nie mam zwy­cza­ju takie­go, że jeśli z kimś się nagle zro­bi­ło nie po dro­dze, to zaczy­nam mu robić koło pió­ra, więc i jemu robić nie będę.

Co się chło­pa­ko­wi poprze­sta­wia­ło pod kopu­łą, to ja nie wiem. Bo pier­dol­nął w kąt dobrych kil­ka lat owoc­nej współ­pra­cy, na któ­rej wspól­nie korzy­sta­li­śmy, bo mie­li­śmy klien­tów, któ­rzy mogli zafun­do­wać sobie kom­plek­so­wą obsłu­gę – od posta­wie­nia pierw­szej kre­ski na ekra­nie, do prze­je­cha­nia ostat­ni raz odku­rza­czem po pod­ło­dze po zamon­to­wa­niu mebel­ków. Oraz oczy­wi­ście Pan­kra­cy, któ­ry zara­biał napraw­dę god­ne gro­si­wo na tych remon­tach.

Uwierz­cie mi – zupeł­nie ina­czej ktoś patrzy, kie­dy ma wysko­czyć z monet za remont komuś z łapan­ki, a zupeł­nie ina­czej wyko­naw­cy pole­co­ne­mu przez archi­tek­ta, któ­ry mu wycza­ro­wał na ekra­nie takie pięk­ne gniazd­ko. Może nie od razu dopi­su­je się do wyce­ny jed­no zero, ale coś dopi­su­je się na pew­no. Bo powtó­rzę – nie dość, że Pan­kra­cy dobrym jest fachow­cem, to jesz­cze i wyglą­dał jak ktoś god­ny zaufa­nia, a nie pan Henio z kie­pem w prze­rwie na papie­ro­sa, zamiast w zębach.

Ale po tym, jak minę­ły 3 mie­sią­ce, oraz po tym, ⇒co nawy­czy­niał przy­tę­pa­wy Jemioł-kafel­karz coś w nas pękło. Stwier­dzi­li­śmy, że jeste­śmy tra­dy­cjo­na­li­sta­mi i od dyma­nia w dupę woli­my po boże­mu. I raczej w gro­nie dość her­me­tycz­nym, dwu­oso­bo­wym, więc jakie­kol­wiek trój­ką­ci­ki nie wcho­dzą w grę.

Sami przy­zna­cie patrząc na poniż­sze zdję­cia, że po (teo­re­tycz­nie) trzech mie­sią­cach prac, na ogrom­nym obsza­rze 42 m², to nie bar­dzo jest się z cze­go cie­szyć, praw­da? Tym bar­dziej, że kafel­karz ewi­dent­nie wyka­zy­wał bra­ki w myśle­niu i robił po swo­je­mu, co wkur­wia­ło nas do imen­tu.

to już jest koniec

Trzy mie­chy pra­cy, a efekt powa­la­ją­cy, sami przy­zna­cie!

 

Na osob­ne miej­sce w moim ser­cu zasłu­gu­je to, co wol­no­mu­la­rze zro­bi­li z bal­ko­nem, na któ­rym poło­żo­no rów­niut­ko ślicz­ne deski tara­so­we, a całość oto­czo­no szkla­ny­mi barier­ka­mi. Popa­trz­cie sami, prze­cież to kur­wa wyglą­da jak skła­do­wi­sko tych odpa­dów, któ­re teraz sze­ro­kim stru­mie­niem pły­ną do nasze­go pięk­ne­go kra­ju celem pod­pa­le­nia i prze­cho­wy­wa­nia w chmu­rze. Ekip było kil­ka i żad­nej się nie chcia­ło sprzą­tać, bo prze­cież inni są od sprzą­ta­nia – oni są od robie­nia, nie?

to już jest koniec

Jak wysy­pi­ska śmie­ci w Ban­gla­de­szu, tyl­ko może odpa­dy jak­by mniej tok­sycz­ne. Choć jak widać, wyje­ba­li tez moje buty do robo­ty, więc tego aku­rat nie jestem pewien.

 

Taki widok zasta­li­śmy 27 czerw­ca, czy­li pra­wie dokład­nie trzy mie­sią­ce od momen­tu, kie­dy teo­re­tycz­nie Pan­kra­cy wszedł na budo­wę (bo pamię­ta­cie, ⇒dla­cze­go wybu­rza­łem ścia­ny w Wiel­ką Sobo­tę?). Umó­wi­li­śmy się więc z nim na dru­gi dzień, żeby przy­je­chał, bo trze­ba parę rze­czy sobie usta­lić.

Usta­le­nia pole­ga­ły na tym, że kaza­li­śmy mu zabrać Jemio­ła, gra­ty, magicz­ną machi­nę do cię­cia kafli oraz cały ten roz­piź­dziel naj­póź­niej do jutra, bo jutro zmie­nia­my wkład­kę w drzwiach, a to, co zosta­nie wylą­du­je albo w kon­te­ne­rze na śmie­ci, albo na OLX’ie. Przy oka­zji uświa­do­mi­li­śmy go, żeby sobie poszu­kał inne­go biu­ra pro­jek­to­we­go, bo od nas nie dosta­nie już zle­ceń – ani ja, ani Mała­Żon­ka nie lubi­my się tłu­ma­czyć klien­tom, a już za kogoś szcze­gól­nie. Nie było przy­jem­nie, ale nie zawsze w życiu jest faj­nie, praw­da?

Muszę mu oddać, że wziął na kla­tę, tro­chę tyl­ko pró­bo­wał zwa­lać na nas, że:

- jak ⇒nie zaak­cep­to­wa­li­ście pierw­szej wyce­ny, to mówi­łem Wam, że znaj­dę kogoś tań­sze­go.

Ale ja mam nie­do­brą cechę, że jak już mi ktoś pod­pad­nie, to nie bio­rę jeń­ców, tym bar­dziej, kie­dy mi w czte­ry oczy wci­ska kit, więc odpo­wie­dzia­łem, że chy­ba coś mu się lek­ko popier­do­li­ło w fak­tach auten­tycz­nych, bo nie było sło­wa o tym, że robi ktoś inny, niż zna­na nam eki­pa. Tym bar­dziej, że kil­ku­krot­nie obie­cał, że przyj­dzie do nas i zro­bi OSOBIŚCIE to czy tam­to. A tu przy­sy­ła jakie­goś Jemio­ła, któ­re­go chy­ba wyli­cy­to­wał na alle­gro, i któ­ry kom­plet­nie nie kuma, co się do nie­go mówi (stąd to mia­no nie­god­ne przez wpi­sy się prze­wi­ja­ją­ce, bo wkur­wio­nym będąc zacho­wa­łem się dosyć nie­ład­nie i poje­cha­łem po Jemio­le nazy­wa­jąc go Jemio­łem, pomi­mo tego, że stał on wła­sną mar­ną oso­bą obok i jak się sami domy­śla­cie, miał zupeł­nie ina­czej na imię).

I to chy­ba był jedy­ny zgrzyt tej roz­mo­wy, bo cokol­wiek by tu już nie padło, padły też pew­ne posta­no­wie­nia i nasza wia­ra w Pan­kra­ce­go też padła, więc nicze­go to już nie zmie­ni.

Ze sprzą­ta­niem uwi­nął się do połu­dnia dnia następ­ne­go, włącz­nie z bal­ko­nem, któ­ry miał szcze­gól­ne miej­sce w moim ser­cu, i na któ­ry zwró­ci­łem szcze­gól­ną uwa­gę w pla­no­wa­niu porząd­ków mówiąc:

- nie zapo­mnij­cie o tym bur­de­lu na bal­ko­nie, bo to wyglą­da, jak­by się sta­do szym­pan­sów jeba­ło. 

Tro­chę się robię nie­mi­ły, kie­dy jestem wkur­wio­ny, wybacz­cie.

I kil­ka dni potem roz­po­czął się…

 

…początek końca remontu. Nareszcie.

Fach­ma­na pole­cił nam zna­jo­my (dzię­ki Mar­cin), ale nawet pomi­mo pole­ce­nia mie­li­śmy ser­ca peł­ne obaw i lęków. Bo jak zno­wu przyj­dzie jakiś poje­bus, to pozo­sta­nie nam wyku­pie­nie abo­na­men­tu w zakła­dzie dla psy­chicz­nie i ner­wo­wo cho­rych, względ­nie sprze­da­nie tego wszyst­kie­go i zacią­gnię­cie się do pira­tów.

Pan Krzysz­tof oka­zał się dosko­na­le w porząd­ku – przy­szedł, pooglą­dał, tro­chę pomru­czał, że musi popra­wiać, potem poka­zał, co musi popra­wiać (mię­dzy inny­mi ten ⇒nie­szczę­sny odpływ idą­cy pod górę oraz ⇒izo­la­cję i grun­to­wa­nie ścia­ny pod kafla­mi), po czym obie­cał wysłać wyce­nę w cią­gu dwóch dni, a czas prac oce­nił na “tak do dwóch tygo­dni”. Prze­sła­na wyce­na bar­dzo nam się podo­ba­ła i sta­no­wi­ła nie­wiel­ką część zapro­po­no­wa­nej przez Pan­kra­ce­go kwo­ty pier­wot­nej, zwa­nej zapo­ro­wą – klep­nę­li­śmy i na budo­wie poja­wił się Andriej od kafel­ków, któ­ry na naszą budo­wę tra­fił z pięk­nej Ukra­iny.

Taak, był to moment zwąt­pie­nia, bo pra­cow­ni­cy zza naszej wschod­niej gra­ni­cy nie cie­szą się u nas uzna­niem. Oka­za­ło się jed­nak, że Andriej to kafel­ko­wy magik. Serio, serio – to, jak poło­żył nam kafle w łazien­ce i kuch­ni, oraz jak wie­le ura­to­wał kafli, któ­re musiał odbić z pod­ło­gi, żeby popra­wić w niej rury, w któ­rych woda niby mia­ła pły­nąć pod górę, to mate­riał na osob­ną i dłu­gą opo­wieść.

W czę­ści prysz­ni­co­wej mamy półecz­ki na szam­po­ny i pły­ny, oraz sie­dzon­ko, na któ­rym moż­na sobie przy­siąść pod prysz­ni­cem (nie wiem po co – pazur­ki poprzy­ci­nać?), i wszyst­kie te wnęcz­ki, te zała­ma­nia i nisze są pięk­nie wykoń­czo­ne kafel­ka­mi cię­ty­mi rów­niut­ko na 45°. Da się panie Jemioł?

to już jest koniec

Wszyst­ko rów­niut­ko, ład­niut­ko – aż się chce kupę zro­bić i potem pupę umyć, nie?

 

Dwóch rze­czy nie uda­ło się ura­to­wać po par­tac­twie poprzed­nich kafel­ka­rzo-hydrau­li­ków, bo trze­ba by zno­wu wszyst­ko wybu­rzyć włącz­nie z ryciem w ścia­nach i pod­ło­gach.

Jed­ną z nich jest odpływ linio­wy, któ­ry jemioł zamon­to­wał na ścia­nie za wyso­ko i w efek­cie cała pod­ło­ga pod prysz­ni­cem jest 2 cen­ty­me­try powy­żej resz­ty, żeby zacho­wać spa­dek wody. Ale wsta­wi­li­śmy tam drzwi prze­suw­ne z torem na pod­ło­dze i zupeł­nie się to nie rzu­ca w oczy (a nawet jak­by był scho­dek, to i tak pew­nie tyl­ko my, zbo­cze­ni wnę­trzar­sko, zwra­ca­li­by­śmy na to uwa­gę). I tak szcze­rze mówiąc, nawet wyszło to lepiej, niż mia­ło wyjść pier­wot­nie, bo te dwie stre­fy w łazien­ce – sucha i mokra, są wyraź­nie oddzie­lo­ne.

Po dru­gie, nie wku­li­śmy już rury w ścia­nę i przez kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów widać, jak wędru­je sobie, sza­ra i brzyd­ka po ścia­nie (widać powy­żej na zdję­ciu na dole, po lewej). Ale scho­wa­li­śmy ją za spe­cjal­nie zro­bio­ną maskow­ni­cą, któ­ra przy­bra­ła fan­ta­stycz­ny kształt poręcz­nej półecz­ki, na któ­rej moż­na sobie coś odsta­wić i w efek­cie plu­sy dodat­nie prze­wa­ży­ły plu­sy ujem­ne.

I tyle.

Całą resz­tę uda­ło się ura­to­wać, albo roze­brać i prze­ro­bić tak, jak zakła­dał pro­jekt lub nasze wyśru­bo­wa­ne wyma­ga­nia.

Nasze chło­pa­ki, na cze­le z sze­fem pro­duk­cji, któ­ry prze­ło­żył pięk­ne obraz­ki na twar­dą rze­czy­wi­stość, a potem oso­bi­ście mon­to­wał i nad­zo­ro­wał (dzię­ki Arek – kawał zaje­bi­stej robo­ty), żeby wszyst­ko gra­ło, spra­wi­li się rewe­la­cyj­nie, bo tam wła­ści­wie żad­na szaf­ka nie jest stan­dar­do­wa. Chcie­li­śmy wyci­snąć z tej prze­strze­ni mak­si­mum funk­cjo­nal­no­ści i pojem­no­ści, więc stan­dar­dy by się po pro­stu nie spraw­dzi­ły.

to już jest koniec

Cud, że oni się z tymi mebla­mi w ogó­le tam zmie­ści­li.

 

Na 42 m² Pani Mat­ka (bo to Jej pro­jekt) zmie­ści­ła osob­no łazien­kę i WC, sypial­nię z dwu­oso­bo­wym łóż­kiem 160×200, dwie sza­fy ubra­nio­we, toa­let­kę z lustrem do mej­ka­pu, w peł­ni wypo­sa­żo­ną kuch­nię ze zmy­war­ką, pie­kar­ni­kiem kom­pak­to­wym z mikro­fa­lą oraz eks­pre­sem do kawy, sto­lik do jedze­nia dla czte­rech osób, dwie szaf­ki na kie­lisz­ki i alko­hol (w tym jed­ną pod­świe­tla­ną), kana­pę, wiel­ką pla­zmę, trzy sza­fy gospo­dar­cze i dwie na buty oraz ubra­nia wierzch­nie.

A dla efek­tu też far­bę tabli­co­wą, magne­tycz­ną oraz struk­tu­ral­ny, wodo­od­por­ny tynk beto­no­wy na ścia­nach. I baje­ranc­ki komi­nek, któ­ry wyglą­da jak praw­dzi­wy, świe­ci jak praw­dzi­wy, a nawet trza­ska ogien­kiem, jak praw­dzi­wy, lecz jest zupeł­nie nie­praw­dzi­wy i nie ma w nim pło­mie­nia.

Zobacz­cie, jak to wyszło (tak bar­dzo nie umiem obra­biać fil­mów, a by się przy­da­ło – może ktoś pod­po­wie, czym to wyka­dro­wać?).

to już jest koniec

Koniec wień­czy dzie­ło, jak­by to powie­dział ktoś mądry.

 

To już jest koniec. I efekt, który robi wrażenie.

Nie wra­że­nie jest tutaj jed­nak moim celem, co bar­dziej chcę Wam poka­zać dwie rze­czy.

Pierw­sza to taka, że nic nie jest dane na zawsze i nie bądź­cie tak głu­pi, żeby cze­kać z wyje­ba­niem fahof­f­cuff tak dłu­go, jak my cze­ka­li­śmy. To były trzy mie­sią­ce ner­wów, pła­czów, spa­zmów i bra­ku sek­su. Strasz­ny to był czas, choć może jak się czy­ta, to bywa i zabaw­nie. Czas tak dłu­gi, zupeł­nie nie­po­trzeb­nie, bo kie­ro­wa­li­śmy się jedy­nie głu­pim sen­ty­men­tem i naiw­ną wia­rą w ludzi, któ­rzy to ludzie (⇒po raz kolej­ny) tę naiw­ność wyko­rzy­sta­li. Nic na to nie pora­dzę – z natu­ry wie­rzę ludziom i zakła­dam, że są dobrzy, pra­wi i spra­wie­dli­wi. Jak Super­man. I zazwy­czaj są. Za to, jak to typo­wy skor­pion, nigdy nie zapo­mi­nam kie­dy się oka­zu­je, że jed­nak ktoś jest bar­dziej jak Lex Luthor.

Dru­ga to taka, że nawet jeśli po dro­dze wszyst­ko się pier­do­li, to trze­ba zaci­snąć zęby i wal­czyć dalej.

Bo kie­dyś prze­cież musi być lepiej.

No musi, praw­da?

 

PS. Gdy­by naszła Cię ocho­ta na poczy­ta­nie poprzed­nich czę­ści opo­wie­ści spod zna­ku zma­gań z kaflem, pane­lem i pły­tą regip­so­wą, to pod­rzu­cam lin­ki:
⇒część pierw­sza o kup­nie miesz­ka­nia;
⇒część dru­ga o pra­cach przed­re­mon­to­wych, czy­li o burze­niu ścian;
⇒część trze­cia o ter­mi­nach, usta­le­niach i tym, że to wszyst­ko moż­na o kant dupy potłuc
⇒część czwar­ta o tym, co uda­ło się zepsuć hydrau­li­ko­wi i gościom od regip­sów
⇒część pią­ta o tym, co spier­do­lił Jemioł-kafel­karz, któ­ry prze­lał cza­rę gory­czy i prze­giął pałę jak Zor­ro


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...