My HERO!!

 

Wczo­raj zosta­łem boha­te­rem. Praw­dzi­wym super- duper- HERO.

Auten­tycz­nym, job twa­ju mat’ boha­te­rem, a nie jakąś popier­dół­ką z ler­ła­mer­lę, co to gwoź­dzia pro­sto wbi­je wkrę­tar­ką i już od razu boha­ter w swo­im domu. Mia­no­wi­cie ura­to­wa­łem wczo­raj dziec­ko przed wpad­nię­ciem pod samo­chód.

Nie, nie mój.

 

Ale po kolei.

Od jakie­goś cza­su w kole tyl­nym samo­cho­du, kon­kret­niej po stro­nie pra­wej, coś się tłu­kło. Na hop­kach się tłu­kło, na wer­te­pach się tłu­kło, a kie­dy jakimś dziw­nym tra­fem sia­da­łem na tył po tej­że pra­wej, to też się tłu­kło. I to jak­by bar­dziej, więc wner­wie­ni tym się tłu­cze­niem odsta­wi­li­śmy tłu­ką­ce się koło razem z przy­cze­pio­nym do nie­go autem do mecha­ni­ka.

Tak się zło­ży­ło, że nie napra­wił był tego koła i jego tłu­cze­nia do magicz­nej godzi­ny kwa­dran­spo­sie­dem­na­stej, kie­dy to Młod­szy koń­czy judo, więc te całe jeden prze­ci­nek dwa kilo­me­tra dzie­lą­ce stu­dio od szko­ły pod­sta­wo­wej trze­ba było iść z buta. Jak się łatwo domy­ślić, z powro­tem było podob­nie, tyl­ko jesz­cze obaj mie­li­śmy po ple­ca­ku – ja szkol­ny (któ­ry tak na mar­gi­ne­sie zaje­bi­ście pro­stu­je mi ple­cy, bo jest faj­nie wypro­fi­lo­wa­ny i w chuj cięż­ki), a Dżu­nior ten leciut­ki, w któ­rym była judo­ga i żół­to-poma­rań­czo­wy pas (kolor nie ma wpły­wu na wagę, ale się dziec­kiem pochwa­lę, bo w sumie dla­cze­go nie?).

Idzie­my więc sobie z Młod­szym te kilo­metr dwie­ście do biu­ra, któ­re to mie­ści się w miesz­ka­niu, któ­re mie­ści się w dom­ku pię­tro­wym, któ­ry mie­ści się na osie­dlu dom­ków pię­tro­wych, któ­re jest ogro­dzo­ne i no pasa­rán, you shall not pass jak nie podasz kodu do bram­ki albo nie zadryn­dasz domo­fo­nem, coby ci ktoś otwo­rzył.

Któ­rą to czyn­ność, czy­li wkle­py­wa­nie kodu, pró­bo­wa­ła usku­tecz­nić jakaś nie­wia­sta w wie­ku łoż­ni­co­wym – choć było ciem­no, to pozna­łem wiek po tym, że w jed­nej ręce trzy­ma­ła sia­ty z zaku­pa­mi, a na dru­giej trzy­ma­ła małe dziec­ko. Jed­na­ko­woż trud­no jest wkle­pać kod, jeśli się ma zaję­te obie ręce, a że dziec­ko posta­wio­ne na zie­mi ma mniej­szą ten­den­cję do roz­pa­da­nia się, niż sia­ty z zaku­pa­mi, więc wybór nie­wia­sty był pro­sty – dzie­cię wylą­do­wa­ło na nóż­kach, pani wkle­pa­ła kod i z tymi sia­ta­mi się zaczę­ła tara­ba­nić przez bram­kę do środ­ka, co nie jest wca­le takie łatwe, bo bram­ka jest na domy­ka­ją­cych sprę­ży­nach, żeby nie daj Bodziu nikt nie wlazł na osie­dle, kie­dy ktoś zapo­mni domknąć. Te sprę­ży­ny to też jakieś takie chy­ba wykle­pa­ne z amor­ty­za­to­ra ze Sca­nii, bo jak zacią­ga­ją furt­ką to trze­ba uwa­żać, żeby cze­goś war­to­ścio­we­go nie przy­cię­ły.

I tak się jakoś kobie­ta zapa­ko­wa­ła z tymi tor­ba­mi na osie­dle, ale w tym całym zamie­sza­niu nie zauwa­ży­ła, że na zewnętrz­nym, za zatrza­śnię­tą bram­ką zosta­ło dzie­cię, któ­re­mu aku­rat zama­rzy­ło się od mamu­si poucie­kać tro­chę, naj­le­piej prze­cież na uli­cę, gdzie aku­rat zama­rzy­ło się jakie­muś kie­row­cy jechać samo­cho­dem na kur­sie koli­zyj­nym z nie­let­nią. Mat­ka za tą bram­ką zamiast jeb­nąć sia­ty, otwo­rzyć bram­kę i wró­cić, zaczę­ła się drzeć, więc co zro­bi­ło maleń­stwo? Oczy­wi­ście odwró­ci­ło się do mamu­si, co ona tak hała­su­je, ale wca­le nie prze­sta­ło biec w kie­run­ku dokład­nie prze­ciw­nym do odwró­ce­nia gło­wy (wiem, że to ana­to­micz­nie nie­moż­li­we, ale nie bądź­cie dro­bia­zgo­wi), bo tak na oko nauczy­ło się uży­wać nóżek jakieś pół roku wcze­śniej i strasz­ną ma z tego rado­chę, to dla­cze­go by nie biec dalej?

Pod­bie­głem aku­rat w tym momen­cie, żeby zła­pać dziec­ko płci nie­wie­ściej spa­da­ją­ce z kra­węż­ni­ka. Jak na roman­tycz­nej baj­ce wpa­dła pro­sto w me ramio­na, a kie­row­ca dopie­ro jak zoba­czył mnie na dro­dze, to zaczął hamo­wać (prze­stra­szył się pew­nie koli­zji z tak masyw­nym obiek­tem). Do tego miał chy­ba strasz­li­wie kar­to­flo­wa­te opo­ny, bo pisku naro­bił tyle, że się dri­fte­rzy z ron­da obok zawsty­dzi­li.

Zanim mat­ka poko­na­ła bram­kę i do nas dobie­gła drąc się oczy­wi­ście wnie­bo­gło­sy dalej, już się zaziom­ko­wa­li­śmy z Helen­ką i prze­szli­śmy na ty, jesz­cze z 20 sekund i dowie­dział­bym się, jak ma imię lala, któ­rą trzy­ma­ła w ręku. No, ale dobie­gła mat­ka, któ­ra chy­ba za dużo czy­ta Super Expre­su, bo wie­cie, z jakim tek­stem do mnie wyje­cha­ła na wej­ściu?

- Niech pan zabie­ra łapy od mojej córecz­ki!!!

Nożesz kur­wa…

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...