See Bloggers 2017 – jak ciężko być blogerem. W punktach.

 

Tego­rocz­na edy­cja See Blog­gers była trze­cią kon­fe­ren­cją blo­go­wą w moim dłu­gim życiu, po Wro­Blo­gu i po Blog Con­fe­ren­ce Poznań. Była też naj­więk­sza, a że prze­cież zor­ga­ni­zo­wa­nie impre­zy tej wiel­ko­ści i ran­gi kosz­tu­je masę pra­cy, ener­gii kine­tycz­nej, dyna­micz­nej oraz spo­czyn­ko­wej, więc nie ma dziw­ne, że blo­ge­rzy w niej bio­rą­cy musie­li tro­chę swój udział odpra­co­wać. I tutaj moi dro­dzy na jaw wycho­dzi, jaka to cięż­ka robo­ta jest. A że ja z natu­ry jestem leni­wy, to i widać blo­ge­rem sław­nym nie zosta­nę. Zawsze już będę blą­ge­rem żebro­laj­ko­wym bez szans na lans. Bu.

I dla­te­go moi dro­dzy, zanim zde­cy­du­je­cie się posta­wić na karie­rę świa­to­wej sła­wy blo­ge­ra poczy­taj­cie poni­żej, jak wie­le umie­jęt­no­ści musi­cie posiąść, ile wyćwi­czyć spraw­no­ści, któ­rych nie posia­da­ją ludzie tzw. “nor­mal­ni” oraz cze­go się musi­cie nauczyć (dla uła­twie­nia w punk­tach). Bo ja na ten przy­kład jesz­cze tego nie umiem i wąt­pię, czy w tym wie­ku już się nauczę. Zawsze już będę blą­ge­rem żebro­laj­ko­wym bez szans na lans. Bu.

 

1. Trzaskanie milionów fotek. I miliardów samojebek.

Pierw­sza i naj­waż­niej­sza z blo­ger­skich umie­jęt­no­ści. Przy­znam się bez bicia, że pierw­szą część opa­no­wa­łem w stop­niu mistrzow­skim i spo­koj­nie mógł­bym kon­ku­ro­wać z tymi wszyst­ki­mi, któ­rzy robi­li zdję­cia iden­ty­fi­ka­to­rom, sobie, budyn­ko­wi, sobie, leża­kom, sobie, jedze­niu, sobie, slaj­dom, sobie, piz­zy z ruko­lą, sobie, wege­ta­riań­skim kosme­ty­kom, sobie, różo­wym balo­ni­kom, sobie, kanap­kom z serem i szyn­ką, sobie oraz oczy­wi­ście sobie. Na całym See Blog­gers, przez dwa dni trwa­nia kon­fe­ren­cji przy­by­ło mi łącz­nie aż 14 zdjęć (nawet nie mam faj­ne­go na zajaw­kę), z cze­go dwa zro­bi­ła Karo­li­na, kie­dy obści­ski­wa­łem Miko­ła­ja za gra­ti­so­we pudeł­ko cia­stek. Nie pytaj­cie – o tym jest następ­ny punkt.

2. Zachowanie wzmożonej czujność w obliczu sponsorów…

…bo nigdy nie wia­do­mo, kie­dy i jakie hasz­ta­gi trze­ba wrzu­cić, żeby dostać jakieś fan­ty w sty­lu ciast­ki, her­bat­ki, kosme­ty­ki czy cukier­ki. Nie zała­pa­łem się na her­ba­tę. Ani na cukier­ki. Ani na kosme­ty­ki anty­aler­gicz­ne. Ani na kar­tę do cze­goś­tam, któ­ra robi coś­tam. Zała­pa­łem się za to na wege­ta­riań­skie kosme­ty­ki bez glu­te­nu za zro­bie­nie zdję­cia pędz­la. Nie, nie swo­je­go pędz­la. I nie, nie dla sie­bie. Zli­to­wa­ła się tez nade mną Nie­wy­pa­rzo­na Puder­ni­ca, jak zoba­czy­ła jaka ze mnie cipa, bo nic nie wyha­czy­łem i odda­ła mi musu­ją­ca glin­kę do twa­rzy. Też nie mojej.

3. Posiadanie silnych rąk i kręgosłupa.

Nie­któ­rzy poprzed­ni punkt dopro­wa­dzi­li do pozio­mu nie­do­stęp­ne­go nie tyl­ko prze­cięt­nym nie-blo­ge­rom, ale tak­że i nie­prze­cięt­nym blo­ge­rom. Rekor­dzi­ści dzwo­ni­li do Ube­ra i pyta­li, czy poza heli­kop­te­ra­mi mają też w ofer­cie wóz­ki widło­we, bo nie dawa­li rady dźwi­gać tych wszyst­kich toreb, dar­mo­wych dłu­go­pi­sów, trzy­ma­de­łek na wizy­tów­ki, paczek ruko­li z eko­lo­gicz­nie hodo­wa­nym fen­ku­łem, smy­czek, cukier­ków musu­ją­cych, gli­nek do twa­rzy być może tez musu­ją­cych, trzy­ma­de­łek na trzy­ma­deł­ka do wizy­tó­wek, puszek z dziw­ną cie­czą i bute­lek z dar­mo­wą wodą (Co trze­ba zro­bić, żeby dostać pusz­kę? Nic?!?! To ładuj pani do rekla­mów­ki ile wla­zie! #tru­esto­ry). Pozdro dla kole­sia, któ­ry łado­wał tale­rze do sia­ty, kie­dy myślał, że nikt nie patrzy.

 

4.  Oraz silnego żołądka.

Jeśli wyda­je Wam się, że tyl­ko woda jest fri­ko na takich impre­zach, to macie rację – wyda­je Wam się. Wia­do­mo, że blo­ge­rzy to bie­da­ki, więc nie ma bata, żeby byli zado­wo­le­ni, jeśli im się nie zapew­ni dar­mo­we­go żar­cia. Naj­le­piej takie­go, żeby ład­nie wyglą­da­ło na Insta, bo prze­cież blo­ge­ro­wi mniej cho­dzi o to, żeby coś zjeść, a bar­dziej o to, żeby poka­zać innym, co je. A jak dodasz do tego szwedz­ki stół śnia­da­nio­wo-obia­do­wo-prze­ką­sko­wy, to się robi nie­bez­piecz­ne com­bo, któ­re nie każ­dy prze­trzy­ma. A może wła­śnie zako­twi­cze­nie na dłu­gie godzi­ny przy paśni­ku poka­zu­je, któ­ry to blo­ger-ama­tor, a któ­ry bywa­ły jest na takich impre­zach? Pozdro dla laski, któ­ra łado­wa­ła pacz­ki sała­ty, kie­dy myśla­ła, że nikt nie patrzy.

 

5. Oraz orientacji w przestrzeni i mistrzowskiego balansu ciałem.

Nie­któ­rym nie wystar­cza­ło uwiecz­nia­nie całej impre­zy sta­tycz­nie na pier­dy­liar­dzie samo­je­bek. Nie­któ­rzy musie­li prze­ka­zać potom­no­ści prze­kaz video. Stąd myślę, że za rok do Oska­rów pre­ten­do­wać będzie pol­ski para­do­ku­ment pod tytu­łem “Hej­ka kocha­ni, wła­śnie wcho­dzę do restau­ra­cji”, któ­ry będzie wal­czył o sta­tu­et­kę z innym para­do­ku­men­tem “Hej­ka kocha­ni, wła­śnie wycho­dzę z restau­ra­cji”. Ten dru­gi zawie­ra mnó­stwo kata­stro­ficz­nych wąt­ków oraz sta­wia pyta­nia o przy­szłość ludz­kie­go gatun­ku, bo koleś w rur­kach, któ­ry go nagry­wał zaje­bał pisz­cze­lem w leżak i wygrzmo­cił się jak prze­ci­nak, a następ­nie deli­kat­nie popła­kał. Cie­ka­we, czy to wrzu­cił na yt?

 

6. Oraz zdrowej wątroby i silnej głowy do picia.

Tuż przed pre­lek­cją Łuka­sza Jakó­bia­ka, któ­ry już od jakie­goś cza­su szu­ka spon­so­rów na więk­szą chat­kę, ale cią­gle mu nie idzie, spo­tka­łem moje­go inter­ne­to­we­go bra­ta bliź­nia­ka, czy­li Pigo­uta. Po kil­ku­dzie­się­ciu minu­tach oglą­da­nia kawa­ler­ki z obi­ty­mi mebla­mi z Ikei (serio Łukasz, weź no daj ten regał na książ­ki do napra­wy, bo masz naroż­nik obi­ty i sła­bo to wyglą­da) posta­no­wi­li­śmy zmie­nić tro­chę lokal i prze­dys­ku­to­wać, któ­ry z nas jest tym przy­stoj­nym, a któ­ry za to bar­dziej ład­nym.

W knajp­ce obok oka­za­ło się, że nie robią nor­mal­ne­go jedze­nia, co paso­wa­ło tym wszyst­kim wła­ści­cie­lom rurek i dziw­nych cza­pek sto­ją­cym w dłu­ga­śnej kolej­ce, ale nam jakoś śred­nio. Dodat­ko­wo wegań­ską piz­zę z ruko­lą robi się widocz­nie dużo dłu­żej, niż nor­mal­ną, bo kolej­ka jakoś za bar­dzo nie chcia­ła maleć, a nawet vice ver­sa. Pod­ję­li­śmy więc męską decy­zję, że wej­dzie­my tro­chę w chmie­lo­wy hurt. Przy oka­zji wyszło też na jaw, że Pigo­ut jako jedy­ny mnie czy­ta, więc wypa­da­ło­by się odwdzię­czyć i tym samym pierw­szą skrom­ną piw­ną por­cję zapo­da­łem ja. Miła pani dorzu­ci­ła nam w pakie­cie tacę i otwie­racz do bute­lek. Kie­dy zawar­tość fla­szek znik­nę­ła, to Pigo­ut pole­ciał do baru po bro­war­ki, bo oka­za­ło się, że z kolei ja jako jedy­ny kupi­łem ⇒jego książ­kę. Wie­cie, jak­by nie blo­ge­rzy, to ci inni blo­ge­rzy by padli, bo poza tymi inny­mi blo­ge­ra­mi nikt nie zaglą­da do tych pierw­szych. Chy­ba nad­uży­łem sło­wa “blo­ger” w jed­nym zda­niu, nie?

See Bloggers

Tak wyglą­da­ła pierw­sza część naszej piw­nej bie­sia­dy. Dru­ga wca­le nie byłą skrom­niej­sza.

 

7. Zachowanie czujności również w obliczu celebrytów…

…bo głu­pio tak nie wie­dzieć, że ktoś jest ubra­ny jak kosmi­ta nie dla­te­go, że dorwał się do sza­fy wła­snej mat­ki, w któ­rej wła­sne dziec­ko pocho­wa­ło nie­lu­bia­ne śpio­chy, a bab­cia kape­lu­sze i że kot mu wpier­do­lił skar­pet­ki, tyl­ko dla­te­go, że to sty­li­sta i wyzna­cza nowe tren­dy. Albo sty­list­ka. Oka­zu­je się też, że sty­li­za­cji moż­na rów­nież pod­dać twarz. Tak w sty­lu Micha­ela Jack­so­na. I to ponoć jest faj­ne.

 

8. Oraz odwagi i przytomności umysłu.

Obie­ca­łem sobie, że jak spo­tkam Mag­dę z Kry­ty­ki Kuli­nar­nej, to zro­bi­my sobie wspól­ną samo­jeb­kę z dziub­kiem i nie­ste­ty nie wyszło. Nie wiem, czy moja alko­ho­li­za­cja i tym samym deli­kat­ne kło­po­ty per­cep­cyj­ne są tu oko­licz­no­ścią łago­dzą­cą, ale Mag­dy nie namie­rzy­łem z powo­du powyż­sze­go. No nic, obie­cu­ję nad­ro­bić, tyl­ko wcze­śniej wal­nę sobie na odwa­gę. Daw­kę mniej­szą, niż 7 piw, bo widać odwa­ga ma piw­ne wideł­ki. No i kie­dy ogar­nę do koń­ca punkt pierw­szy.

 

Opa­no­wa­nie tych umie­jęt­no­ści Wam wystar­czy.

Tak na począ­tek.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...