Przecież to biznesowa śmierć!!

Nie ma mnie. Od pra­wie dwóch tygo­dni zapie­przam jak per­szing na wyso­ko­ści lam­pe­rii, bo chcę przed urlo­pem poza­my­kać wszyst­kie tema­ty i mieć spo­koj­ne sumie­nie oraz mało minut wyga­da­nych w roamin­gu, kie­dy powlo­kę się na zagra­ma­nicz­ny urlop. Dla­te­go na blo­gu poza wpi­sa­mi o Zakyn­thos wia­ter duje i jest prze­ciąg, a na Insta­gra­mie nawet żar­cia nie wrzu­cam, bo nie ma kie­dy. Dobrze, że się uda­ło rodzin­nie spa­ce­rek jakiś usku­tecz­nić, bo by czło­wiek oci­piał przy tym ekra­nie. Taki zapier­dol panie maj­ster, że nie ma cza­su taczek zała­do­wać. A żeby było śmiesz­niej zno­wu zosta­łem prze­su­nię­ty z ramie­nia na czo­ło i muszę wspo­móc chło­pa­ków na pro­duk­cji, bo nam się jeden pra­cow­nik ze śpiew­nym ukra­iń­skim akcen­tem zwol­nił, bo mu było za cięż­ko w pra­cy i teraz będzie han­dlo­wał samo­cho­da­mi, bo to łatwiej.

Ale tym­cza­sem, w sobo­tę, kie­dy aku­rat tra­fi­ła się krót­ka prze­rwa pomię­dzy klien­tem z 10:00 a tym z 12:00, otwie­ra­ją się drzwi do stu­dia i wcho­dzi koleś, z twa­rzy podob­ny zupeł­nie do niko­go, z sza­ty jakoś też nie za bar­dzo na sza­fiar­kę by się nada­wał i zaczy­na do mnie z japą.

 

- Nie moż­na do was tra­fić, nie ma tablicz­ki na drzwiach ani żad­ne­go szyl­du. Jak wy tu w ogó­le funk­cjo­nu­je­cie, prze­cież do was klien­ci nie tra­fia­ją!

- Dzień dobry. A w jakiej spra­wie Pan do nas przy­cho­dzi?

- To chy­ba oczy­wi­ste, że w spra­wie kuch­ni!

- No to jakoś Pan prze­cież tra­fił, praw­da?

- Ale ile ja się musia­łem naszu­kać! Wca­le nie macie rekla­my!

- Mamy, jest na wiel­kim bil­l­bo­ar­dzie przed stu­diem, a dru­ga na barier­ce scho­dów i jeśli ktoś chce do nas tra­fić, to tra­fia bez pro­ble­mu. A jeśli nawet ma z tym kło­pot, to zawsze moż­na zadzwo­nić do któ­re­goś z nas i my wte­dy dokład­nie pokie­ru­je­my, bo bazu­je­my na klien­tach z pole­ce­nia, któ­rzy tra­fia­ją do nas albo przez naszych wcze­śniej­szych klien­tów, albo z inter­ne­tu.

- Ale na drzwiach nic nie ma, skąd ja mam wie­dzieć, czy to tutaj?! 

Jezuu, panie kocha­ny, ja mam w pier­ni­ki robo­ty, nie mam cza­su gadać o taj­ni­kach rekla­my i tablicz­kach na drzwiach.

- Ok, dobrze, tra­fił Pan w koń­cu do mnie, czy łatwo czy trud­no nie ma już w tej chwi­li zna­cze­nia, w czym mogę Panu pomóc? 

- No mam pro­jekt kuch­ni, robię remont w blo­ku, ja sobie wszyst­ko sam zapro­jek­to­wa­łem, bo ja już wszyst­ko wiem co chcę.

- I chce Pan, żebym to wyce­nił?

- Nie, chce żeby pan rzu­cił okiem i powie­dział, czy tu wszyst­ko jest dobrze.

Rzu­cam okiem…

- Nie, nie jest dobrze. Tak napraw­dę trze­ba by było wszyst­ko prze­pro­jek­to­wać, bo w tej chwi­li jest nie­prak­tycz­nie i nie­wy­god­nie.

- Ale jak to? Prze­cież ja wiem, cze­go chcę.

- OK, ma Pan duża rodzi­nę?

- Nie, jestem sam.

- To po co Panu wiel­ka lodów­ka side-by-side w kuchen­ce blo­ko­wej? Ma Pan zlew w tym samy naroż­ni­ku, co zmy­war­kę – to nie­prak­tycz­ne, bo nie może Pan wyrzu­cić z tale­rza resz­tek do kosza przed wsa­dze­niem go do zmy­war­ki, bo naraz może być otwar­te albo jed­no, albo dru­gie. Po co Panu dwu­ko­mo­ro­wy zle­wo­zmy­wak z wiel­kim ocie­ka­czem, sko­ro ma Pan zmy­war­kę – pra­wie Pan nie ma bla­tu robo­cze­go…

- Ale ja prze­cież dokład­nie wiem, cze­go chcę!!

- To po co Pan do mnie przy­cho­dzi, sko­ro Pan już dokład­nie wie, cze­go chce?

- No bo ja chcę, żeby pan rzu­cił okiem i powie­dział, czy tu wszyst­ko jest dobrze.

- No, ale nie jest. To się total­nie kupy nie trzy­ma.

- Ale ja tak chcę!

- No dobra, mam to Panu po pro­stu wyce­nić? 

- Nie, chcę, żeby pan rzu­cił okiem i powie­dział, czy tu wszyst­ko jest dobrze.

Jezu­uusic­ku ratuj…

- To po co Pan do mnie przy­cho­dzi, sko­ro Pan już dokład­nie wie, cze­go chce?

- No bo ja chcę, żeby pan rzu­cił okiem i powie­dział, czy tu wszyst­ko jest dobrze. Bo z takim podej­ściem jak pan ma, to pew­nie nikt u was nie chce zama­wiać!

- Wie Pan, jest koniec lip­ca, a my przyj­mu­je­my już zle­ce­nia na trze­ci tydzień paź­dzier­ni­ka, więc chy­ba klien­tów mamy.

- No to całe szczę­ście, że ja meble będę zama­wiał u zna­jo­me­go sto­la­rza, a nie u was!

Aaaaa, mebli z tego nie będzie, pro­jek­tu też pan nie chce, bo wie wszyst­ko naj­le­piej, więc trze­ba się wspiąć na wyż­szy poziom dyplo­ma­cji, bo tu za chwil­kę klien­ci umó­wie­ni przy­cho­dzą…

- OK, to mebli Pan u nas zamó­wić nie chce?

- Nie, mam zna­jo­me­go sto­la­rza.

- Pro­jekt też Pan ma?

- Tak, sam zro­bi­łem, bo ja wszyst­ko wiem cze­go chcę.

- Aaaaa, to Pan po pro­stu potrze­bu­je kon­sul­ta­cji archi­tek­ta wnętrz??

Koleś się roz­pro­mie­nił jak sło­necz­ko w Tele­tu­bi­siach…

- No tak. Tak, chcę, żeby pan rzu­cił okiem i powie­dział, czy tu wszyst­ko jest dobrze.

Teraz nade­szła moja pora na to, żeby się sze­ro­ko uśmiech­nąć…

- Pro­szę bar­dzo, tutaj jest cen­nik – “Kon­sul­ta­cja archi­tek­to­nicz­na w zakre­sie roz­pla­no­wa­nia funk­cjo­nal­ne­go pomiesz­cze­nia plus dobór mate­ria­łów – 300zł.” Cie­szę się, że wresz­cie się doga­da­li­śmy…

- No wie pan co?!?! Tyle pie­nię­dzy?!?! Z takim podej­ściem to pana cze­ka biz­ne­so­wa śmierć!! Do widze­nia!!

Mogłem mu powie­dzieć, że to kau­cja zwrot­na przy zamó­wie­niu mebli kuchen­nych i nigdy w życiu nie wzią­łem żad­nych pie­nię­dzy za wstęp­ne spo­tka­nie pro­jek­to­we…

Jestem strasz­nym skur­wie­lem,

Do tego mar­twym…


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...