Jemy na Mieście: ELIPTIC we Wrocławiu

 

Ostat­nio jakoś napływ imprez, co po pierw­sze powo­du­je mój prak­tycz­nie coweek­en­do­wy odpływ w offli­ne, a po dru­gie szwen­do­lę się po róż­nych nowych miej­scach, o któ­rych war­to napi­sać (tak BTWwidzie­li­ście już moją nowiut­ką i wypa­sio­ną SZWENDOMAPKĘ, na któ­rej róż­no­ko­lo­ro­we szpi­lecz­ki poka­zu­ją, gdzie się szwen­do­lę? Niee? To to już mi tu na pra­wo klik i paczaj­cie, jakie to faj­ne). Ale nie­ste­ty ma to ciem­ną stro­nę meda­lu – w week­en­dy zazwy­czaj powsta­ją nowe wpi­sy, bo w tygo­dniu się pra­cu­je się, coby na te week­en­dy mieć za co się szwen­do­lić. A jak wujek leci w offli­ne i pozna­je te wszyst­kie nowe miej­sca, to jak ma pisać?

Ale załóż­my, że już mniej wię­cej mam poogar­nia­ne i nawet zaczy­nam sły­szeć usza­mi duszy szum skrzy­deł muzy-natchniu­zy, więc za czas jakiś nie będę szedł na łatwi­znę z recen­zja­mi np. knaj­pek, tyl­ko coś napi­sze mądre­go. Ale to nie­dłu­go, bo na razie na tape­tę bie­rze­my przy­jem­ną knajp­kę ELIPTIC we Wro­cła­wiu, a kon­kret­niej w mniej wię­cej nowo­po­sta­wio­nych Pro­me­na­dach Wro­cław­skich.

Był to aku­rat dzień powro­tu z wese­la, na któ­rym balo­wa­li­śmy rodzin­nie do nie­dziel­ne­go poran­ka nad Zale­wem Zegrzyń­skim, jedząc, pijąc, lulek nie paląc, ale tań­ce, hulan­ki i swa­wo­le były. Dodat­ko­wo był pięk­ny widok z tara­su…

eliptic

♫ Hej, tam gdzieś znad czar­nej wody… ♫

 

…o jedze­niu tak tro­chę dziw­nie pisać, że było pięk­ne, ale… było – m.in. domo­we cia­sta, sma­żo­ne na miej­scu na praw­dzi­wym ogniu racu­chy z jabł­ka­mi i kon­fi­tu­rą ze śliw­ki oraz wiel­ce efek­tow­ny 1,5-metrowy chleb z dedy­ka­cją.

chleb eliptic

♫ I góry porzu­cić trze­ba… ♫
♪ Dla chle­ba, panie, dla chle­ba! ♪

 

Pięk­na była też Pan­na Mło­da (ale to tak sza, bo Mąż świe­ży w ryj dać może dać, a Mała­Żon­ka mi popra­wi) oraz Pani Mat­ka w kolo­rze baha­ma yel­low. Pięk­nie się też bawi­li­śmy, bo i gra­li pięk­nie, nic więc dziw­ne­go, że spać poszli­śmy już, kie­dy pierw­szy kury zaczy­na­ły otwie­rać leni­wie oko. Przy win­dzie oka­za­ło się, że w tym samym hote­lu śpią Hell’s Angels, któ­rzy też nad ranem zje­cha­li ze swo­je­go zlo­tu. Jeden z nich prze­ja­wiał wiel­ką ocho­tę albo na Małą­Żon­kę, albo pudeł­ko cia­stek powe­sel­nych, któ­re trzy­ma­ła w zgrab­nej rącz­ce. Bar­dzo sym­pa­tycz­ny star­szy pan. I motor miał faj­ny też. To ten środ­ko­wy. Z nie­bie­ski­mi cza­cha­mi.

eliptic

♫ Sia­da na koń kozak mło­dy… ♫

 

Na dru­gi dzień jakoś tak nie pospa­li­śmy. Moje dzie­cię młod­sze mia­no­wi­cie ma coś zepsu­te w gło­wie i w każ­dy, dosłow­nie W KAŻDY wol­ny dzień wsta­je gdzieś tak przed 7:00. Oczy­wi­ście w dni pra­cu­ją­ce trze­ba go siłą zwle­kać z wyra, żeby zdą­żyć do peć­ko­la na 8:30. W sumie, to nie pamię­tam, kie­dy nam się to uda­ło… Nie powin­no więc niko­go dzi­wić, że kie­dy poszli­śmy na spa­ce­rek, to w obję­cia me czu­łe wpa­dła ław­ka i tak chwi­lę sobie razem poby­li­śmy.

eliptic

♫ sie­dzą na ławecz­kach i ryczą do sie­bie ♫

 

Wszyst­ko, co pięk­ne, kie­dyś się koń­czy i moja drzem­ka przy pla­ży rów­nież. Zapa­ko­wa­li­śmy się do autka, prze­my­ci­li­śmy ciast­ka, żeby ich nasz zna­jo­my har­ley­owiec nie namie­rzył i jakieś 3,5 godzi­ny póź­niej minę­li­śmy tabli­cę Wro­cław. Po dro­dze oka­za­ło się, że mamy na Pro­me­na­dach Wro­cław­skich coś do zała­twie­nia, oraz po dru­gie zgłod­nie­li­śmy bar­dzo. Po trze­cie oczy­wi­ście Tymoń­skie­mu zachcia­ło się strasz­li­wie do kibel­ka i tak to wła­śnie wylą­do­wa­li­śmy w ELIPTIC.

Zała­twi­li­śmy, co było do poza­ła­twia­nia i zasie­dli­śmy przy sto­li­ku, gdzie prze­sym­pa­tycz­na Kel­ner­ka przy­nio­sła nam kar­ty, dora­dzi­ła i przy­ję­ła zamó­wie­nie. Tymoń­skie­mu się ubź­dzi­ły nie wie­dzieć cze­mu hot-dogi i nie chciał nic inne­go. Musie­li­śmy prze­pro­wa­dzić wywiad śro­do­wi­sko­wy oraz wznieść się na wyży­ny mani­pu­la­cji, żeby poczuł sma­ka na spa­ghet­ti. Ale nie­ste­ty, kie­dy się oka­za­ło, że zawie­ra­ją żywe pomi­dor­ki, zio­ła oraz nie zawie­ra­ją mię­sa, to opcja upa­dła. W zamian za to wsko­czy­ła laza­nia. Oczy­wi­ście Mło­dy nie wie­dział co to, ale po odpo­wied­niej ście­mie, że to taki maka­ron z sosem i mię­skiem mie­lo­nym (w sumie to nie ście­ma), dał się prze­ko­nać.

Pani Mat­ka pro­fi­lak­tycz­nie zamó­wi­ła sobie zestaw dzie­cię­cy, czy­li ponie­wie­ra­ne­go kur­cza­ka, fryt­ki i surów­ka prze­wi­du­jąc, cał­kiem słusz­nie, jak się potem oka­za­ło, że Mło­dy nie­zna­nej potra­wy nawet nie zechce tknąć widel­cem. Ja poczu­łem sma­ka na bur­ge­ra, a Misior oczy­wi­ście też, bo to kawał chło­pa z gatun­ku tych mię­so­żer­nych. Do tego świe­żo wyci­ska­ne socz­ki oraz cola (tak, wiem, to nie­zdro­we, ale cóż za smak mia­ło­by życie bez drob­nych grzesz­ków?).

Cze­ka­li­śmy jakieś kil­ka­na­ście minut, więc cał­kiem w porząd­ku. W loka­lu było bar­dzo mało ludzi, choć pora była nie­dziel­no-obia­do­wa. Bar­dzo sym­pa­tycz­na Kel­ner­ka poda­ła nam nakry­cia i picie, ale nie dosta­li­śmy żad­nych cze­ka­de­łek. To niby nie fakap, ale zawsze tak sym­pa­tycz­niej roz­ru­szać szczę­ki przed głów­ną akcją. Socz­ki ze świe­żo wyci­ska­nych owo­ców prze­pysz­ne, ale tutaj chy­ba się nie da nic zepsuć.

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi Tymoń­ski zro­bił z Mamą mach­niom i dorwał się do kura­ka, a Małej­Żon­ce tra­fi­ła się laza­nia. My dosta­li­śmy swo­je bur­ge­ry z fryt­ka­mi i dwo­ma sosa­mi – BBQ i… no wła­śnie. Była papry­ka, cebul­ka i to wszyst­ko kwa­śne, octo­we. O ile BBQ rewe­la­cyj­ny, to ten dru­gi total­nie nam nie paso­wał. Za to fryt­ki świet­ne – gru­be, dosko­na­le usma­żo­ne i… żału­ję tyl­ko, że die­ta i więk­szość opchnę­ły Dzie­cior­ki, bo bym je wsza­mał razem z faj­nym koszycz­kiem. Kur­czak i laza­nia jak naj­bar­dziej na plus, choć por­cje bar­dzo mizer­ne – laza­nia to kwa­drat o boku może 7cm×7cm, a kawał­ki kur­cza­ka były dwa i oba bar­dzo skrom­ne. No, ale to niby były zesta­wy dzie­cię­ce.

eliptic

♫ Mac­che­ro­ni, can­nel­lo­ni, pepe­ro­ni
ecco­la per me zup­pa roma­na
bel­la don­na mam­ma mia ali­men­ti ciao
roma, roma, napo­li amo­re mio
moz­za­rel­la, mor­ta­del­la, taran­tel­la
ecco­la per me zup­pa roma­na ♫

 

eliptic

♫ pio­sen­ki o KFC nie będzie ♫

 

Nato­miast jeśli cho­dzi o same­go bur­ge­ra – mia­łem prze­moż­ne wra­że­nie, że dosta­li­śmy czer­stwą buł­kę, któ­ra zosta­ła zale­d­wie odświe­żo­na na opie­ka­czu. Czuć to było bar­dzo wyraź­nie, dodat­ko­wo taki zabieg spo­wo­do­wał, że nie trzy­ma­ła ona zawar­to­ści i wszyst­ko lecia­ło na deskę, a za duża, jak dla mnie, ilość majo­ne­zo­we­go sosu nie poma­ga­ła. W efek­cie po zje­dze­niu naszych bur­ge­rów byli­śmy z Miś­kiem umo­ru­sa­ni jak nie­bo­skie stwo­rze­nia i stół przed nami takoż. W sma­ku było jak naj­bar­dziej w porząd­ku – fryt­ki i sos BBQ rewe­la, mię­so faj­ne, soczy­ste i dobrze dopra­wio­ne, ale ta buła to spo­ry error. Bio­rąc pod uwa­gę, że zestaw kosz­to­wał 26 zł, czy­li spo­ro, taka sytu­acja nie powin­na mieć miej­sca (nawet bio­rąc pod uwa­gę, że to zestaw od razu z feno­me­nal­ny­mi fryt­ka­mi).

eliptic

♫ o ham­bur­ge­rach też nie ♫

 

Za obiad i napo­je dla czte­rech osób, z cze­go dwie zamó­wi­ły dania dla doro­słych, a dwóm tra­fi­ły się dzie­cię­ce zapła­ci­li­śmy 124 zł, czy­li moim zda­niem dużo. I chy­ba ZA dużo. To nie cho­dzi o to, że mnie na to nie stać, czy tez to jakoś wybit­nie dużo za czte­ro­oso­bo­wy obiad, ale jakoś wysze­dłem stam­tąd z wra­że­niem, że nie do koń­ca to, co zje­dli­śmy było war­te takich pie­nię­dzy. Por­cje były bar­dzo nie­wiel­kie – 7-latek dopie­ro po dobi­ciu się moimi fryt­ka­mi stwier­dził, że już nie jest głod­ny, Mała­Żon­ka je jak pta­szek, ale jakoś szcze­gól­nie swo­ją por­cją się nie naja­dła. My z Miś­kiem owszem, poje­dli­śmy, ale tutaj ta buła…

Nie wiem, czy tam wró­cę – może jeśli tra­fi się jakaś oka­zja, że będę w oko­li­cy i aku­rat poczu­ję ssa­nie w żołąd­ku, ale żeby tak spe­cjal­nie jechać, to jakoś nie czu­ję par­cia. Obsłu­ga jest na świet­nym pozio­mie, jedze­nie jest dobre, ale nie wybit­ne, ogól­nie uczu­cia bar­dzo mie­sza­ne – na pew­no nie nega­tyw­ne, ale też dale­ko mi do zachwy­tu, bo chy­ba za takie pie­niąż­ki nie powi­nie­nem mieć tego typu uwag.

Czy pole­cam? Abso­lut­nie nie odra­dzam, ale i pole­cić z peł­nym prze­ko­na­niem też nie mogę.

Musi­cie spraw­dzić sami.

I daj­cie znać.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...