Pokusa to dziwka

 

Wyobraź sobie, że jesteś w Las Vegas – Mie­ście Grze­chu i Świa­to­wym Cen­trum Roz­ryw­ki, któ­re jest w sta­nie zaspo­ko­ić naj­bar­dziej nawet wysu­bli­mo­wa­ne gusta i dostar­czyć naj­bar­dziej nawet wyszu­ka­nych przy­jem­no­ści. Chwi­lę temu szo­fer dowiózł Cię limu­zy­ną z lot­ni­ska, zamel­do­wa­łeś się w pię­cio­gwiazd­ko­wym hote­lu Bel­la­gio, gdzie pła­wisz się w luk­su­sie i zewsząd czu­jesz słod­ki powiew deka­den­cji. Sącząc ide­al­nie poda­ne­go Dom Peri­gnon patrzysz z pano­ra­micz­nych okien swo­je­go apar­ta­men­tu jak nad mia­stem powo­li zapa­da zmierzch. Jak kolej­ne świa­tła i neo­ny roz­pra­sza­ją ciem­ność. Idziesz pod prysz­nic, dysze masu­ją­ce piesz­czą Two­je cia­ło i czu­jesz cudow­ne roz­luź­nie­nie, zarów­no cia­ła zmę­czo­ne­go dłu­gim lotem, jak i umy­słu zaprząt­nię­te­go do tej pory mniej lub bar­dziej waż­ny­mi spra­wa­mi. Zaczy­nasz wcho­dzić w nastrój, któ­ry moż­na okre­ślić jako: jestem panem życia i chcę się zaba­wić. Nakła­dasz koszu­lę, któ­ra deli­kat­nym jedwa­biem otu­la Two­je cia­ło, na to szy­ta na mia­rę mary­nar­ka, buty, zega­rek i spin­ki do man­kie­tów. Jesteś gotów.

Scho­dzisz na dół, gdzie czu­jesz lek­ki zawrót gło­wy patrząc na świa­tła i ludzi w kasy­nie. Pod­cho­dzisz do sto­łu z rulet­ką, obsta­wiasz tro­chę dla zaba­wy, tro­chę dla roz­grzew­ki. Wygry­wasz jakieś drob­ne sumy, a żeto­ny przy­jem­nie grze­cho­czą w Two­ich dło­niach i kie­sze­ni. Sia­dasz do poke­ra, Texas Hold’em – w to James Bond grał w słyn­nym “Casi­no Roy­ale”. Wygry­wasz, prze­gry­wasz, ale ogól­ny bilans jest dodat­ni. Zaczy­nasz czuć tę magię, atmos­fe­ra tego miej­sca powo­li Cię prze­ni­ka i wiesz, że to będzie TA noc.

 

Czas na procenty.

Idziesz do baru, sia­dasz wygod­nie, zama­wiasz wód­kę mar­ti­ni – wiesz, że to odro­bi­nę pre­ten­sjo­nal­ne, ale po pro­stu lubisz tego drin­ka. Rzu­casz jesz­cze, ze ma być wstrzą­śnię­ty, a nie zmie­sza­ny, na co bar­man­ka Laty­no­ska uśmie­cha się sze­ro­ko poka­zu­jąc nie­ska­zi­tel­ne, śnież­no­bia­łe zęby, bo to kawał star­szy niż pokła­dy węgla bru­nat­ne­go. Twój poro­zu­mie­waw­czy uśmie­szek mówi jej, że wiesz, że znasz, ale nie mogłeś się powstrzy­mać. W odpo­wie­dzi ona pusz­cza do Cie­bie oko i przez Two­je cia­ło prze­cho­dzi to przy­jem­ne mro­wie­nie.

Powo­li koń­czysz swo­je­go drin­ka, zama­wiasz kolej­ne­go i roz­glą­dasz się po luk­su­so­wo urzą­dzo­nym barze. Widzisz kil­ku kow­bo­jów w kape­lu­szach, cha­rak­te­ry­stycz­nych mary­nar­kach i bolo ties spię­tych wiel­ką klam­rą, na oko widać, że bar­dzo dro­gą. Jest kil­ku rape­rów, od któ­rych aż bije blask, bo ich wiel­kie bły­skot­ki są na oko jesz­cze droż­sze. Widzisz kil­ku szej­ków ubra­nych w cha­rak­te­ry­stycz­ne stro­je, a ich zegar­ki są droż­sze niż wszyst­kie bły­skot­ki rape­rów i kow­bo­jów razem wzię­te. A dooko­ła nich pięk­ne kobie­ty. Wiesz, czu­jesz, że to Two­je miej­sce i dosko­na­le tu pasu­jesz.

Trzy­masz coraz bar­dziej pusty kie­li­szek w dło­ni i czu­jesz przy­jem­ny szum w gło­wie. Oraz coś jesz­cze. Czu­jesz na sobie wzrok pięk­no­ści z dru­gie­go koń­ca baru. Wyglą­da jak z okład­ki Vogue. Albo nie­któ­rych pro­fi­li Insta­gra­mo­wych. Wiesz, dłu­gie lśnią­ce wło­sy w kolo­rze jesien­nych kasz­ta­nów. Lek­ko opa­lo­na skó­ra, o sma­ko­wi­tym brzo­skwi­nio­wym odcie­niu. Ide­al­nie pro­por­cjo­nal­na twarz, któ­rej atu­ty pod­kre­śla odpo­wied­nio wyko­na­ny make-up wyglą­da­ją­cy tak, jak­by go wca­le nie było. Dzię­ki wydat­nym ustom wyglą­da, jak­by była lek­ko nabur­mu­szo­na i aniel­sko wręcz nie­win­na, co nie­sa­mo­wi­cie Cię krę­ci. Czer­wo­na suk­nia dosko­na­le pod­kre­śla jej per­fek­cyj­ne cia­ło, eks­po­nu­jąc cudow­ne krą­gło­ści, któ­re pozo­sta­wia­ją pole dla wyobraź­ni dokład­nie tam, gdzie tego chcia­ła. Dziew­czy­na jest olśnie­wa­ją­ca, jest ucie­le­śnie­niem męskich fan­ta­zji i snów o nie­skoń­czo­nej kobie­cej dosko­na­ło­ści. Ty to wiesz. Ona też to wie. Jest pew­na sie­bie i zna swo­ją war­tość, bo wła­śnie jeden z szej­ków został odpra­wio­ny nie­dba­łym ruchem wypie­lę­gno­wa­nej dło­ni, jak­by się odga­nia­ła od namol­ne­go koma­ra. Jest kano­nicz­nie wręcz pięk­na. I wie jak to wyko­rzy­stać.

pokusa i grzech

Źró­dło: http://iconosquare.com/viewer.php#/user/2092488878/

 

Wasze spoj­rze­nia się spo­ty­ka­ją, czu­jesz jak­by mię­dzy Wami prze­bie­gła iskra. Uśmie­chasz się. Ona uśmie­cha się w odpo­wie­dzi. Kto zro­bi pierw­szy krok? Wsta­je w taki spo­sób, że nie możesz się oprzeć i patrzysz na jej nogi w ide­al­nie dobra­nych szpil­kach, na Two­je oko Mano­lo Blah­nik. Przy­gry­zasz lek­ko war­gi zupeł­nie jak Ana­sta­cia z Greya, łapiesz się na tym, że mimo­wol­nie poka­za­łeś, jak wiel­kie wra­że­nie na Tobie zro­bi­ła i na mgnie­nie oka przez Two­ją twarz prze­bie­ga błysk nie­pew­no­ści. Pod­no­sisz wzrok i patrzysz jej w oczy. Tak, ona to widzia­ła i dosko­na­le wie, jak na Cie­bie dzia­ła. Ty za to dosko­na­le wiesz, że taki był jej cel i że ta mała potycz­ka zakoń­czy­ła się dla niej wyni­kiem 1:0. Sia­da obok Cie­bie ponow­nie eks­po­nu­jąc smu­kłe nogi. Game on.

- Are You that famo­us blog­ger?

 

Uśmiechasz się. Potyczka potyczką, ale bitwę wygrałeś.

Już w win­dzie pra­wie zry­wa­cie z sie­bie ubra­nia, oby­dwo­je nie­na­sy­ce­ni sie­bie. Nie możesz zna­leźć kar­ty do apar­ta­men­tu, co oby­dwo­je kwi­tu­je­cie gło­śnym wybu­chem śmie­chu i kolej­ny­mi zachłan­ny­mi poca­łun­ka­mi. Dosta­je­cie się w koń­cu do środ­ka, dro­gę od drzwi do wiel­kie­go łóż­ka w sypial­ni zna­czą śla­dy z waszych ubrań. Kie­dy ona leży naga w jedwab­nej poście­li, nie możesz się nadzi­wić, jak bar­dzo dosko­na­łe może być cia­ło kobie­ty. Patrzysz na nią spoj­rze­niem, w któ­rym zachwyt mie­sza się z pod­nie­ce­niem. Sycisz wzrok każ­dym frag­men­tem jej ide­al­ne­go cia­ła, Two­je spoj­rze­nie prze­su­wa się od kształt­nych stóp, przez szczu­płe nogi, ide­al­nie zaokrą­glo­ne bio­dra, pła­ski brzuch z leciut­ko, leciu­teń­ko zary­so­wa­ny­mi mię­śnia­mi, dłu­żej zatrzy­mu­jesz się na kształt­nych, peł­nych pier­siach zdra­dza­ją­cych rów­nież jej pod­nie­ce­nie i wresz­cie docho­dzisz do oczu. Zie­lo­nych jak szma­rag­dy. Głę­bo­kich tak, że mógł­byś w nich zato­nąć bez resz­ty. Roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce zdra­dza­ją, jak bar­dzo jest w tej chwi­li pod­nie­co­na i jak bar­dzo na Cie­bie cze­ka.

Sia­dasz na kra­wę­dzi łóż­ka, czu­jesz jej zapach – cudow­ną mie­sza­ni­nę per­fum i pod­nie­co­nej kobie­ty. Cią­gle patrząc jej w oczy powo­li się­gasz do szu­flad­ki w noc­nym sto­li­ku, otwie­rasz ją ani na chwi­lę nie odwra­ca­jąc wzro­ku. Jej oczy na krót­ką chwil­kę śle­dzą Two­ją dłoń, ale potem jak zahip­no­ty­zo­wa­na wra­ca spoj­rze­niem do Cie­bie i Two­ich sza­ro­nie­bie­skich tęczó­wek. Przez jej twarz prze­bie­ga błysk nie­pew­no­ści, a może i stra­chu.

Nagłym ruchem wycią­gasz sza­chow­ni­cę i pytasz:

- Zagrasz?

 

 

Będąc na die­cie, tak mniej wię­cej się czu­łem w sobo­tę na impre­zie – jak­bym z pięk­ną nagą kobie­tą grał w sza­chy na wiel­kim łożu…

 

 

 

Fot: fotolia.pl, autor: kon­rad­bak

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...