Profesjonalna obsługa #klajenta: część 3

 

Daw­no już byli u mnie #kla­jen­ci, a że to jest sól tej mojej dizaj­nu­cho­wej zie­mi, to czas nad­ro­bić zale­gło­ści.

Wie­cie, zasta­na­wiam się cza­sem nad nie­któ­ry­mi akcja­mi i docho­dzę do wnio­sku, że nic nie rozu­miem z ota­cza­ją­ce­go mnie nowo­cze­sne­go świa­ta. Bo choć zazwy­czaj jestem oazą spo­ko­ju – zaje­bi­ście wylu­zo­wa­nym kwia­tem loto­su na tafli jezio­ra, to zacho­wa­nia nie­któ­rych #kla­jen­tów są jako ten bia­ły szkwał, co to łód­ki powyw­ra­cał i ludzi potra­cił, burząc spo­kój jezior­ne­go lustra wody na dłu­gie godzi­ny, a może i dnie.

Kto mnie zna ten wie, że jestem raczej nor­mal­ny, tro­chę gada­tli­wy, zazwy­czaj spo­koj­ny, choć bywam lek­ko roz­ko­ja­rzo­ny, kie­dy mam za dużo na gło­wie. I napraw­dę trze­ba solid­nie pier­dol­nąć, żeby mi się ta tafla zbu­rzy­ła, wie­cie? Na szczę­ście po tylu latach ja już wiem, że złość pięk­no­ści szko­dzi, a po mnie widać, że dużo ner­wo­wych cza­sów za mną, więc na sta­rość lepiej zadbać o uro­dę i po pro­stu nie brać pew­nych rze­czy do sie­bie.

Albo się solid­nie roze­śmiać, bo śmiech to zdro­wie, nie?

 

Support, upgrade, co za różnica?

Dzwo­ni #kla­jent, u któ­re­go mon­taż zakoń­czył się na począt­ku stycz­nia UBIEGŁEGO ROKU (tak, to nie przy­wi­dze­nie – sty­czeń 2017r.), pro­to­kół odbio­ru pod­pi­sa­ny bez uwag, wszyst­ko gra i bucy. I ma taką “tro­chę nie­ty­po­wą spra­wę”.

Bo nie wiem, jak to się sta­ło, ale oka­zu­je się, że ta lodów­ka kupio­na u Pań­stwa nie ma no-fro­stu (sam ją wybie­rał – przyp. redak­cji), a ja jed­nak chce no-frost i czy jest taka moż­li­wość, żeby w ramach gwa­ran­cji zamó­wić nową lodów­kę, a tą sta­rą oddać Wam i dopła­cić róż­ni­cę?

Moż­na, a nawet trze­ba być fron­tem do klien­ta, ale tak raczej patrzeć sobie pro­sto w oczy, a nie klę­czeć do mie­cza, praw­da?

 

Bo szczegóły mają znaczenie…

- Dzień dobry, czy robi­cie Pań­stwo sto­ły takie do kuch­ni?
- Nie, nie robi­my.
- A do jadal­ni?

Aaa, do jadal­ni, to co inne­go!! (⇒prze­rób­ka drzwi do kuch­ni mi się przy­po­mnia­ła, bo my prze­cież robi­my kuch­nie)

 

#Klajent też człowiek i pożartować lubi

- Popro­szę do umo­wy Pań­stwa adres.
- Ale zamel­do­wa­nia czy zamiesz­ka­nia?
- Ten, na któ­ry wyślę Pań­stwu wezwa­nie do zapła­ty, jak mi nie zapła­ci­cie, hehe.
- A to podam do teścio­wej, tam jest żona zamel­do­wa­na, hehe.

Swój chłop!!

 

Phi, ja takie projekty kuchni to na ślepo i lewą nogą robię

Pra­cu­je­my tak, że kie­dy klient do nas przy­cho­dzi pierw­szy raz, to nie pła­ci za nic, roz­ma­wia­my o usta­wie­niu pomiesz­cze­nia (tu kuch­ni), poka­zu­je­my mate­ria­ły, sys­te­my i wyce­nia­my. To taka “inwe­sty­cja” – inwe­stu­je­my swój czas, ale dzię­ki temu prze­ko­nu­je­my klien­ta do sie­bie. Spo­tka­nie ma miej­sce w stu­diu, więc to inwe­sty­cja mało uciąż­li­wa, a za to z dużą sto­pą zwro­tu. I po takiej roz­mo­wie, jeśli klient się zde­cy­du­je na współ­pra­cę z nami, to jedzie­my na pomiar i w tym momen­cie kasu­je­my klien­ta na 300zł, któ­re to pie­nią­dze odej­mu­je­my od mebli, jeśli tako­we u nas klient zamó­wi (zna wstęp­ną wyce­nę, więc go kwo­ta nie zasko­czy). Jeśli nie zamó­wi, to nie naro­bię się na dar­mo, logicz­ne, praw­da?

Tyle, że nie­ko­niecz­nie.

- To bie­rze pan 300zł TYLKO za to, że pan przy­je­dzie, pomie­rzy i wry­su­je do kom­pu­te­ra?!? Sam to sobie prze­cież mogę zro­bić!!

Cze­kaj­cie, poszu­kam cen­ni­ka za pro­gram… A ⇒jest, 8900 net­to.

O, i za szko­le­nie też – 360 PLN za oso­bę, za dzień. Net­to.

A cie­ka­we, ile kosz­tu­je doświad­cze­nie i wie­dza? Chy­ba taniej i lepiej zapła­cić mi te 300, nie?

 

Czas to pieniądz. A dwa czasy to dwa pieniądze.

- Mam kuch­nię sta­rą w blo­ku, już kupi­łem sobie nowy zlew i pły­tę, chcę nowe meble.
- OK, to naj­le­piej będzie, jak Pan ją zmie­rzy i z tymi wymia­ra­mi podej­dzie do nas – spraw­dzi­my co tam moż­na zro­bić i ile to będzie kosz­to­wa­ło. Nie musi być co do cen­ty­me­tra, to jesz­cze nie ten eta…
- A nie, ja się nie chcę bawić, ja nie mam na to cza­su, ja pła­cę i zle­cam komuś, żeby zro­bił za mnie, bo ja pra­cu­ję i szko­da mi cza­su, bo zara­biam pie­nią­dze w tym cza­sie.
- No dobra, kie­dy jadę na pomiar to bio­rę 300zł zalicz­ki, któ­ra jest odej­mo­wa­na w przy­pad­ku zamó­wie­nia mebli, jeśli Pan nie zamó­wi mebli, to kwo­ta ta pokry­wa czę­ścio­wo koszt pro­jek­tu.
- 300zł?
- Tak.
- A to ja dzię­ku­ję, poszu­kam kogoś, kto mi to zro­bi za dar­mo.

I dobrze. W koń­cu ja też pra­cu­ję i zara­biam pie­nią­dze w tym cza­sie, nie?

 

Tak w kwestii małej uciążliwości…

Taki mail przy­cho­dzi:

Czy mie­li­by Pań­stwo czas spo­tkać się z nami w tym tygo­dniu? Jeste­śmy dostęp­ni dziś o 19:30 lub po 21:30. Jutro i w czwar­tek po 20.

Cie­ka­we, czy cało­do­bo­we dyżu­ry pro­jek­tan­tów wnętrz są refun­do­wa­ne np. na NFZ?

 

Choć z drugiej strony, jak się przyzwyczai klientów, to nie ma co marudzić

For­mal­nie mamy otwar­te od 10:00 do 18:00, w sobo­ty zamknię­te. Ale że to wła­sny kie­ra­cik, do tego nie jakiś ołpen­spejs w Mor­do­rze czy innym kor­po, tyl­ko przy­tul­ne miesz­kan­ko z dzia­ła­ją­cą kuch­nią, łazien­ką, prysz­ni­cem oraz wygod­nym mał­żeń­skim łożem magicz­nie roz­kła­da­nym ze ścia­ny, to i te godzi­ny są ela­stycz­ne jak obiet­ni­ce wybor­cze. No i my tak cza­sem naobie­cu­je­my, dur­ni jed­ni, że się z robo­tą nie wyra­bia­my na zakrę­tach i musi­my w stu­diu, na tym­że łóż­ku noco­wać, bo pro­jek­ty same się nie nary­su­ją.

18:05 na zegar­ku, przy­cho­dzi mail:

-Miał pan mi dzi­siaj pode­słać na jutro rano rysun­ki dla elek­try­ka, a teraz już jest pan po pra­cy i co dam elek­try­ko­wi?
- “Dzi­siaj” ozna­cza, że nie wyj­dę stąd i nie poło­żę się spać, dopó­ki nie skoń­czę. Pro­szę spraw­dzić maila koło 2 w nocy.

 

Ale, że jak to – nie od ręki??

Meble od ręki to ma IKEA. I Bodzio. I pew­nie ktoś jesz­cze. Ale my nie­ste­ty nie.

- Dzień dobry, chciał­bym kuch­nię taką do domu, z wyspą i drew­nia­ny­mi fron­ta­mi.
- Dzień dobry, bar­dzo dobrze Pan tra­fił. Na kie­dy chciał­by Pan mieć te meble? Bo sezon urlo­po­wy w peł­ni i musi­my mie­rzyć siły na zamia­ry.
- Nie śpie­szy mi się jakoś spe­cjal­nie, może być do koń­ca waka­cji.
- Hehe, ale nie, ja poważ­nie pytam, mamy prze­cież począ­tek sierp­nia.
- No, ale ja poważ­nie mówię, chcę do koń­ca waka­cji.
- Ooo, to nie ma szans, bo my już przyj­mu­je­my zle­ce­nia na dru­gą poło­wę paź­dzier­ni­ka.
- Pan jest chy­ba nie­po­waż­ny!!

Kur­de, a wyglą­dam, jak­bym się śmiał? Zna­czy naj­czę­ściej wyglą­dam, ale to tak widać przez tele­fon??

 

Priorytety mam chyba źle ustawione

Dzia­ło się to w oko­li­cach week­en­du majo­we­go. Odwie­dził mnie w stu­diu pewien pan, któ­ry przy­niósł pro­jekt do wyce­ny. Pro­jekt robił archi­tekt, więc dale­ko mu jesz­cze do pro­jek­tu mebli (choć sam w sobie bar­dzo faj­ny), więc parę rze­czy zasu­ge­ro­wa­łem, o kil­ka popy­ta­łem, kil­ka bym zmie­nił, ale żad­nej nie skry­ty­ko­wa­łem (z zało­że­nia rzad­ko kry­ty­ku­ję czy­jąś robo­tę). Luzik, nor­ma i nie ma się czym pod­nie­cać – tra­dy­cyj­na wymia­na wizy­tó­wek, zasta­no­wię się i do widze­nia się z panem.

I w ostat­ni dzień pra­cu­ją­cy week­en­du majo­we­go pan zadzwo­nił do mnie oko­ło 15:30, że umó­wił się ze swo­im pro­jek­tan­tem na spo­tka­nie u mnie w stu­diu DZIŚ na 16:30 i że za godzi­nę będą, bo chciał­by, żeby­śmy wspól­nie w trój­ką­ci­ku obga­da­li rzecz całą. Ja mu na to, że za godzi­nę to mnie nie będzie, gdyż ponie­waż będę w trak­cie roz­le­wa­nia bez­al­ko­ho­lo­we­go szam­pa­na na 18 uro­dzi­nach moje­go Potom­ka.

Zapra­szam w ponie­dzia­łek. A w ogó­le to tro­chę póź­no się obu­dził, bo wypa­da­ło­by takie spo­tka­nie usta­lić trój­stron­nie i to nie godzi­nę przed cza­sem, a co naj­mniej dzień-dwa. Albo już osta­tecz­nie jakoś rano zadzwo­nić.

Na to pan świę­cie obu­rzo­ny do mnie:

- No wie pan co?!?! Jak ja mam teraz to odkrę­cić z archi­tek­tem? Jestem prze­cież waż­niej­szy od pana syna i jego uro­dzin!!

Mia­łem mu powie­dzieć coś w sty­lu “chy­ba cię poje­ba­ło”, ale wyka­za­łem się cier­pli­wo­ścią i sta­nem zen jak tań­czą­cy der­wisz i zapro­po­no­wa­łem:

- …że jeśli pan sza­now­ny się wsty­dzi lub boi zadzwo­nić do archi­tek­ta i odwo­łać NIEZAPOWIEDZIANE spo­tka­nie, to niech mi wyśle numer, ja zadzwo­nię. I powiem, że dzi­siaj mam osiem­nast­kę Syna, a ponie­waż pan sza­now­ny nie raczył mnie poin­for­mo­wać wcze­śniej o fak­cie spo­tka­nia, to nie­ste­ty, ale spo­tka­nie musi­my odwo­łać. Bo są rze­czy waż­ne i waż­niej­sze – spo­tka­nie z klien­tem nale­ży do tych pierw­szych, uro­dzi­ny moje­go Dziec­ka zde­cy­do­wa­nie do tych dru­gich. 

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

Close