Dziś sam jestem #klajentem…

 

Jeśli czytacie mnie dłużej, niż od dzisiaj, to wiecie, że czasami zdarza się trudny dzień, kiedy trafiają mi się #klajenci. To taki typ normalnego klienta, który jednak normalny nie jest, a nawet vice versa – jest upierdliwy, czepliwy, wszystkowiedzący i w ogóle trzeba mieć ocean cierpliwości, żeby w słusznym gniewie czasem nie zajebać czymś ciężkim w ten głupi łeb. Ale nie można, bo przecież pełna profeska i nie wolno, żeby później ludzie na internetach nie pisali słów gorzkich, a krzywdzących. Aż nadszedł wreszcie dzień zemsty, w którym to ja się okazałem takim #klajentem, konkretniej to w banku. Ba, nawet dwa razy!! Przepraszam, co nie?

 

Sam jestem #klajentem po raz pierwszy

Firma Pani Matki nie jest międzynarodowym koncernem, co to ciśnie biedne chińskie dzieci, żeby za miseczkę ryżu składały swoimi małymi łapkami coś, co potem bogate europejskie dzieci wysępią od rodziców za worek euro, żeby poszpanować na Instagramie. Ale jednak raz na jakiś czas trafia się zlecenie zagraniczne, gdzie klient rozlicza się w drogocennych dewizach i jeszcze jest szczęśliwy, że taniej niż u lokalsów, a i jakość zdecydowanie wyższa i nikt nie straszy takimi wynalazkami, jak przerwa obiadowa czy ośmiogodzinny dzień pracy.

Dlatego, aby zaoszczędzić sobie i zagramanicznym klientom kłopotów z szukaniem kantoru, gdzie wymienią ojro na złotówki, założyliśmy sobie konta walutowe. O różnicach kursowych nie wspomnę, bo to nie blog finansowy, ale lepiej mieć na koncie dużo € niż dużo PLN, prawda? No, i jakiś czas temu montowaliśmy mebelki we Francji, nad samym brzegiem oceanu, za co na konto wpadło trochę ojro. Ale że u nas jest zasada, że końcówka płacona jest po zamontowaniu wszystkiego bezusterkowo, więc trochę zostało do rozliczenia. Konkretnie to było 1500 €, które zadowolony i szczęśliwy posiadacz nowych kuchni zażyczył sobie wpłacić gotówką.

Mały przerywnik dla oczu, jakby się Wam czytaniem zmęczyły. W takich klimatach wylądowały we Francji nasze mebelki.

 

Klient, coby lasów nie wycinać i chronić przyrodę nie wrzucił mi do sakiewki miliona monet czy tysiąca papierów, tylko poleciał konkretnie – 3 razy po 500€. Sam pierwszy raz w życiu widziałem takie nominały i przez chwilę czułem wewnętrzny niepokój, ale w sumie nie miałem powodów podejrzewać, że nie opuściły one murów francuskiej mennicy, tylko powstały w przydomowej manufakturze, prawda? Tak czy siak w wielkim lęku będąc, wszyłem cenne papiery pod kapotę, jak ten kurier carski Michał Strogow i po przejechaniu 1750 km zameldowałem się z powrotem w rodzinnych stronach kraju ojczystego.

Odespałem drogę, zjadłem solidnego schabowego, bo ile można te małże i ostrygi, i pobiegłem do banku, niech kasa na koncie procentuje (ironia tego zdania możliwa jest do wyłapania tylko dla interesujących się oprocentowaniem wkładów dewizowych w polskich bankach). Bank to taki, do którego mam pewien sentyment, ale nie czas i miejsce mówić dlaczego.

Akurat przypadkiem zajrzałem do placówki w takiej dzielnicy lekko nieciekawej, gdzie chujnia bije się o lepsze z beznadzieją. Kolejka średnioduża, dwa stanowiska obsadzone, ludzie stoją dzielnie ściskając w rękach przepocone banknoty i świstki do wpłaty raty. Widać któregoś z doradców sumienie ruszyło, bo otwierają się drzwi akwarium dla tych klientów, którzy są bardziej i wychodzi stamtąd gość ubrany oczywiście w obowiązkowy mundurek. I pyta:

– Czy ktoś z Państwa ma tylko wpłatę na konto?

Rozejrzałem się, bo w kolejce byłem w drugiej połowie drugiej połowy, ale że nikt przede mną się nie wychyla, to ja i owszem.

– To zapraszam do siebie.

Kopnięty zaszczytem bycia bardziej ładuję się do środka, sam nie wiem, czy czekać na kawę czy na lampę prosto w oczy, a potem pytanie o nazwisko rodowe matki i co robiłem 18 października 1993 roku o 16:48 i czy mam na to świadków. Ale nie.

– Poproszę Pana dowód.

Francja aligancja, Pan z profesjonalnie przyklejonym do lica uśmiechem sprawdził, że ja to ja i pyta, ile chcę wpłacić.

– 1500 Euro.

Pamiętacie Teletubisie? Jeśli macie to niewątpliwe szczęście i jesteście rodzicami, to na pewno Wasze dziecko przeszło przez teletubisiowy okres w życiu, a Wam się w zwoje mózgowe wryła ta wkurwiająca piosenka i uśmiechnięte słoneczko. No i teraz sobie wyobraźcie, że wreszcie ktoś dał Wam szansę, żeby się zemścić za te wszystkie razy, kiedy musieliście oglądać z Waszymi pociechami te denerwujące stworki z ich odkurzaczem, torebkami czy telegrzankami i możecie te pieprzone Teletubisie wreszcie zatłuc łopatą. I jak na widok tej całej teletubisiowo-łopatowej masakry to uśmiechnięte rozkosznie słoneczko przestaje być uśmiechnięte, a zaczyna być coraz bardziej smutne z lekkimi nutkami strachu. I taka to właśnie zmiana zaszła na twarzy mojego doradcy, kiedy usłyszał, że mam zagramaniczne pieniądze. Pewnie walnął w myślach facepalm, po co się wychylał i po co on, bankowiec, ludzkie cechy okazał.

Ale prawdziwe przerażenie zagościło na to oblicze, kiedy okazało się, że to trzy banknoty po 500€. I chyba to przerażenie mu lekko odebrało rozum, bo od tej pory jakby stał się mało profesjonalny i zaczął przypominać trochę małego Simbę, kiedy się dowiedział, co się stało z Mufasą – taki mały, zbity kotek.

– Oo, nie ma Pan drobniej?

– Nie.

– I chce Pan to tak wpłacić?

– Czyli jak?

– No w takich nominałach?

Nie, najpierw skoczę rozmienić do kiosku. Czas polecieć po ambicji, bo coś mu nie idzie.

– A to jakiś problem?

– Ależ skąd! Żaden problem!

I koleś zaczął każdy banknot miętolić w rękach i oglądać na wszystkie strony. Zajrzał pod światło, pojeździł paznokciem, potarł opuszkami palców, poszeleścił papierem, popatrzył pod różnymi kątami i wrzucił na liczarkę (tak, trzy banknoty). A potem zaczął to samo od nowa. Po kilku minutach i trzech przebiegach tej zabawy pytam:

– I co? Prawdziwe?

– No tak, wygląda, że chyba tak.

– No to może byśmy już je wpłacili? W czym jest problem?

– Bo ja nie wiem, czy mogę je przyjąć.

Ooo, grubsza sprawa – doradca bankowy nie chce przyjąć pieniędzy. Nic dziwnego, że w bankowości ostatnio jakby coraz bardziej cienko pierdzą.

– A nie może Pan bo…?

– Bo to duże nominały.

– I…?

– I ja nie wiem, czy mogę takie przyjąć.

– To niech Pan łapie za telefon i dzwoni na HotLine, tam Panu powiedzą.

Koleś trochę zdziwiony, że wiem jak działają bankowe procedury posłusznie łapie za słuchawkę i dzwoni. Chyba mu się nie spodobało, co usłyszał, bo się trochę pomarszczył, odłożył słuchawkę i zaczął znowu akcję złap fałszerza. Tym razem nie byłem tak cierpliwy i przerwałem mu w połowie drugiego przebiegu:

– I co? Kazali przyjąć?

– No.

– To na co Pan czeka?

– Muszę się skonsultować.

No w sumie nie ma dziwne, że jak chciał się doradzić, to poszuka rady u doradcy, nie? Koleś bierze banknoty w garść i wstaje, żeby wyjść z akwarium, pewnie poprosić szefa placówki o zgodę i klepnięcie, bo wiecie – bank to korpo, a w korpo najważniejsze jest krycie własnej dupy. Tym bardziej, że ubrany jestem jakoś na luzaku, nie w garniaku i co prawda złotego łańcucha na szyi nie mam, ale kto wie, czy ja nie jakiś gangsta i przyszedłem lewe pieniążki wyprać?

Do tej pory trochę go rozumiałem – takie nominały pewnie pierwszy raz w życiu zobaczył, a nawet jeśli widział je na szkoleniu wieki temu, to kompletnie nic z niego nie pamięta. Niby coś tam pod palcem jest wypukłe, coś tam pod światło widać, ale czy to nie podróbki nie jest w stanie stwierdzić. Bał się, że w przypadku przyjęcia fałszywek zostanie obciążony kosztami, a to na oko jakieś sześć tysięcy – nie wiem, jak się w placówkach zarabia, ale to coś koło 2-3 pensji (zapomniał widać, jakie są procedury przy wykryciu falsyfikatów i że niczym nie ryzykuje). I dlatego chciał mieć dupokrytkę, bo jak szefu klepnie, to nie moja wina przecież. Spoko, pojmuję i dlatego jakoś się mocno nie wściekałem, chociaż już tam siedziałem dobre 15 minut. Ale kiedy zaczął się z tym moim hajsem zbierać do wyjścia, to mi się lekko cierpliwość skończyła.

– Przepraszam, a gdzie Pan się wybiera z tymi pieniędzmi?

– Idę się skonsultować, czy mogę te pieniądze przyjąć.

– No dobra, niech będzie, ale dlaczego Pan zabiera kasę w garść?

– Bo chcę je pokazać.

– Chwila, czyli bez przyjęcia wpłaty i przekazania mi pokwitowania zabiera Pan MOJE pieniądze z zasięgu MOJEGO wzroku i sobie gdzieś idzie? A jeśli po drodze przyjdzie Panu do głowy wymienić je na trzy banknoty po 50 zł, to jak ja Panu udowodnię, że nie takie przyniosłem? A jeśli po drodze wypadną Panu z garści, złapie je przelatujący w okolicy gołąb-obsraluch i zamarzy mu się z moją kasą polecieć gdzieś na dachy wić gniazdko dla ukochanej? A jeśli po drodze będzie napad i ktoś je Panu ukradnie? A co, jeśli…

– No wie Pan co…

– Nie, to Pan nie wie! Łamie Pan właśnie jeden z najświętszych zapisów procedury wpłaty gotówkowej w placówce bankowej, który mówi, że do momentu przekazania klientowi pokwitowania za wpłatę pieniądze nie mają prawa opuścić pola widzenia osoby wpłacającej.

Szczerze mówiąc, to nie jestem do końca pewny, czy taki zapis był, ale wydaje mi się, że tak. A po tym, jak mu podpowiedziałem telefon na HL zobaczył, że trochę wiem, jak to działa od środka. Teletubisiowe słoneczko nagle zbladło i bardzo się spociło, bo przecież jakbym teraz chciał wyjechać ze skarga do przełożonego (który przecież będzie musiał przyjść, jeśli ma zobaczyć te podejrzane banknoty), to kolesiowi można polecieć po premii i jeszcze trzeba by mnie było pięknie przepraszać. Skąd facet miał wiedzieć, że nie jestem wrednym kutafonem albo tajemniczym klientem, prawda? No nie jestem i dlatego mówię do niego spokojnie, bo widzę, że prawie na zawał schodzi:

– Dobra, ja rozumiem, że pewnie widzi Pan takie banknoty pierwszy raz w życiu, więc niech Pan zawoła przełożonego i wtedy proszę je wreszcie przyjąć, ale kasa leży tu na stoliku i nigdzie Pan z nią nie wędruje, ok?

– OK, za chwilkę wracam.

Przytuptał z jakąś laską, laska zajrzała pod światło, pojeździła paznokciem, potarła opuszkami palców, poszeleściła papierem, popatrzyła pod różnymi kątami i wrzuciła na liczarkę (tak, trzy banknoty). Po czym stwierdziła, że nie widzi powodów, dla których doradca nie miałby tych pieniędzy przyjąć jak to dobre bogi bankowości nakazują. I sobie poszła. Gość wklepał do systemu co miał wklepać, lekko drżącą ręką podsunął mi do podpisania świstek, który przed podpisaniem dokładnie przestudiowałem, sam złożył autograf na swoim. Trochę się widać poczuł pewniej, bo znowu wyskoczył mu wystudiowany uśmiech i zagaił:

– A czy mogę Panu jeszcze zaproponować…

Popatrzyłem na niego tak, że teletubisiowe słoneczko znowu lekko posmutniało.

– No tak. Do widzenia.

 

Drugi raz był w tej samej placówce. I historyjka też dotyczy wpłacania pieniążków.

Też w pięćsetkach, tylko dla odmiany w złotych.

Ale to za jakiś czas, bo wpis nam się rozrósł.

 

 

Fot: fotolia, autor: hppd


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

  • Pracownik banku to takie zwierzę uwięzione pomiędzy zdrowym rozsądkiem, a procedurami – trochę gościa rozumiem, a trochę bym go zabiła 😉
    Najbardziej mnie rozwaliło, jak w jednym z banków, w którym pracowałam, którego nazwy nie mogę zdradzić, ale zaczyna się na A, a kończy na lior, czepiali się KOLEJNOŚCI formułek wypowiadanych do #klajenta na infolinii (nie miało to żadnego sensu, ani nie było podyktowane względami bezpieczeństwa). Może nie będę się rozwodzić za bardzo, bo zaczynam się gotować, ale takim ultra kuriozum był też na przykład to, że w ramach potwierdzenia można było powiedzieć tylko „rozumiem”. Obcinano premię np. za „w porządku” 😀 Niecałe dwa miesiące tam wytrzymałam. Obóz popieprzonych niewolników.

    • Dlatego jako ex pracownik banku trochę kolesia rozumiałem i prawie nie opierdzielałem 🙂
      Adminem callcenter nie byłem, ale sporo z nimi piłem wódki na różnych imprezach, z dziewczynami stamtąd czasami też, więc się o takich kwiatkach nasłuchałem. Ludzie w placówkach mają podobnie, do tego co jakiś czas tajemniczy klient, więc nie dziwię się, że się koleś posrał na wspomnienie o procedurach. Kołchoz, bez dwóch zdań.

  • Heh, miałem podobnie śmieszną historię z bankiem, ale na szczęscie uratowała mnie kreatywność.

    Chciałem zamknąć konto i w tym celu idę do placówki, grzecznie czekam na swoją kolejkę, wypełniam papierki, podaję rozliczne powody i procedura w toku. Wszystko leci gładko i sprawnie, ale do momentu.
    – Poproszę Pana kartę debetową.
    – Nie mam – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo z karty dawno już przestałem korzystać.
    – To nie mogę zamknąć konta. Musi Pan przyjść z kartą.
    Ja wryty, z zabawną miną: Ale jak to? Nie mogę zamknąć konta bez karty?
    – Takie są procedury. Przykro mi.
    Już miałem się kłócić i wołać kierownika, ale wpadłem na prostszy pomysł.
    – Chcę złożyć wniosek o zgubienie karty.
    – Nie może Pan. To oczywiste kłamstwo.
    – To co Pani myśli mnie nie interesuje. Proszę złożyć wniosek i dokończyć zamykanie konta.
    I to przeszło. Miałem bekę z tego przez cały dzień xD

    • Przypominają mi się czasy na studiach i „zgubione” legitymacje 😉

  • Ja zauważyłem, że jak jestem klientem to właśnie co raz częściej jestem #klajentem. Ale beka z obsraluchem niezła 🙂

  • Phi! Jedenaście lat temu, przybywszy na Zieloną Wyspę celem spędzenia reszty życia w dobrobycie i szczęśliwości, udałem się do Tesco na pierwsze w życiu zakupy w zagramanicznej walucie, a jedyne nominały, jakie przy sobie miałem, to właśnie pięćsetki (jechałem tu autobusem, po taniości, łatwiej trzymać sześć banknotów przy dupie, niż sześćdziesiąt…). I bez problemu mi wydali resztę z tych pięciu stówek. Zasugerowali jeno, żebym na przyszłość starał się jednak płacić niższymi nominałami.

    Wniosek: łatwiej obracać pięćseteurówkami w Tesco niż w banku. Co jest o tyle dziwne, że nominały powyżej €50 są przewidziane w zasadzie wyłącznie do obrotu międzybankowego…

    • Jedynym wytłumaczeniem jest to, że klient z Francji ma tyle siana, że sam mógłby założyć bank 🙂

  • Udławiłam się czipsem przez Ciebie! 😛 :DDD
    Natłok myśli czytając tekst:
    1.ja chce być tym fąsuskim mebelkiem <3
    2.kto qurwa jest w stanie gotówką 1,500juro rzucić
    3.Jacuś ma traumę telebubisiową :DD
    4.w bankach pracują palanty 🙂
    5.jakoś nie widzę Ciebie jak się na tym teletubisiu z banku wyżywasz 😛

    • 1. To nad brzegiem oceanu, dłuuugaśne wały nad samiuśkim brzegiem, tydzień byś z roweru nie zsiadła, tak tam fajnie 🙂
      2. Tajemnica handlowa 🙂 Ale jest 🙂
      3. Oj nawet nie wiesz 🙂
      4. Dlatego odszedłem :))))))))))))))))))))))))))))))))))
      5. Chciał mi zabrać 1500 ojro, prawie go zatłukłem swoją torebką 😉

      • 1.aa <3
        2. 😛
        3.a moze jednak zdradzisz? 😉
        4. fair point, ale co tam w ogóle robiłeś in the first place? 😉
        5. torebka?? 😛

        • 3. Kiedyś zostaniesz mamusią, to się przekonasz 🙂
          4. Ja jestem informatykiem z wykształcenia i byłem tam najpierw adminem systemów bankowych, a potem analitykiem. I dopiero potem zostałem bezrobotny 😉
          5. Jak to teletubiś, nie? 😉

    • Hola, hola, Aga, ja pracowałam w dwóch bankach, uważaj na słowa! 😀

      P.s. W bankach pracują palanty!

      • Whhat?? No way! Ty w banku? #bezjaj 😀

  • Panie jakie jaja ludzie sobie robią. Ja jak widzę minę sprzedawczyni gdy podaję jej 200zł… Patrzy i mówi: „ale ja nie mam jak wydać, zapiszę panią”…

    • A w banku nie chcą zapisywać 🙂

      • Jak nie chcą? A spóźnij się z ratą to Cię tam zapiszą odpowiednio. 😉

        • Wierzę na słowo, bo w życiu nie brałem nic w kredycie ratalnym, jedynie mam limity w koncie 🙂

    • I ten odwieczny problem, kto ma zadbać o to by grube zamienić na drobne – sprzedawca czy klient?

      • Bankomat najlepiej 🙂

        • Bankomaty też potrafią być problemowe. 🙂 Kiedyś zawiesił mi się podczas realizacji wypłaty. Kasy nie dał, a pokwitowanie że potwierdzono wypłatę wyszło. I z konta poszło. Trochę trwało odkręcanie tego. 🙂

          • Haha, ja miałem problem z wpłatomatem – wrąbał 5K i nie pokazał nic, ani pokwitowania, ani świstka o nieudanej operacji, null. Kilka dni to odkręcałem, na szczęście nie było tak, że bez tych pieniędzy na koncie coś się mocno zawaliło, ale trochę się niepokoiłem :))

            • Omg! Z taką kwotą to bym dostała zawału. 😉

              • Ja byłem ze szwagrem akurat i on wie, że ja jestem wyluzowany, ale się śmiał, że Pani Matka (czyli jego siostra) by ten wpłatomat wyrwała ze ściany i zabrała ze sobą :))

  • I właśnie dlatego nie cierpię wysokich nominałów. Bo zawsze jest z nimi problem. Pamiętam czasy kiedy wypłacano mi pensję w gotówce, najczęściej dwusetkami( pięćsetek na szczęście jeszcze nie było:-)). Gdziekolwiek chciałam nimi płacić, słyszałam – nie mam wydać. Trochę to było uciążliwe. No ale jak już bank ma problem, to nie jest dobrze. A tak w ogóle to wolę pieniądze wirtualne. 🙂

    • Ja też – nie lubię chodzić z jakąś większa gotówką, bo zawsze wydam i nigdy nie wiem, na co. Podobno jak się ma kartę, to się traci kontrolę nad finansami, bo mamy złudzenie, że wszystko mamy w zasięgu finansowym – u mnie tak działa gotówka w portfelu. Tu kupię jakąś pierdołę, tam jakąś i kasa z portfela znika bez śladu.

      Niedawno klient nam przyniósł kasę za meble w nowiutkich pięćsetkach, będzie o tym wpis 🙂

      • Są tacy, którzy lubią szelest gotówki. Ja nie. Dla mnie pieniądze są po prostu brudne. 🙂 Choć przyznam, że walizeczką gotówki wcale bym nie pogardziła. 😉 Jednak bezgotowkowy obrót kasą to świetny wynalazek. Bardzo ułatwia życie. 🙂

        • Dla mnie gotówka to kłopot, bo to na kasę trzeba nabijać poza wystawieniem faktury (którą i tak zawsze wystawiamy, bo nie robimy na lewo), biegać potem do banku wpłacić z reklamówką kasy, a tu na konto firmowe pobierają przy wpłatach prowizję, więc trzeba wpłacać na prywatne, potem przelewać i tylko zamieszanie. Przelew to przelew – w końcu to XXIw. :))

          • No i płacenie rachunków. Siadasz do komputera i w kilka minut masz wszystko popłacone. Albo ustawiasz polecenie zapłaty i masz z głowy. Pozostaje tylko zadbać o to by coś na tym koncie było. 🙂

        • Obrót bezgotówkowy ma swoje wady i zalety. Zalet więcej: łatwość, szybkość, brak ryzyka oskubania przez dresika, możliwość automatyzacji (polecenia przelewów, płatności z przyszłą datą itd, wiadomo). Wada w zasadzie jedna, za to całkiem spora: WIelki Brat ma 120% wglądu w to, skąd masz kasę i co z nią robisz, co umożliwia Mu nie tylko podsuwanie lepiej spersonalizowanych reklam (apage!), ale dodatkowo na „lepsze” wyliczenie daniny. Lepsze dla Wielkiego Brata oczywiście. Dlatego uważam, że przejście w całości na obrót bezgotówkowy jest nie do końca takie fajne, jak by się mogło na początku wydawać…

          • Z uwagi na kontrrewolucyjną tezę, którą prezentujesz oraz na uwarunkowania geopolityczne tej części Europy powstrzymam się od komentarza 😉

            • Łojezusicku ile sylab. Zgubiłem się gdzieś po pierwszym „kontr” 😀

          • Nie ma rozwiązań idealnych. 🙂

  • Danuta Brzezińska

    Dobrze, że już nie pracuje w instytucjach finansowych. Samo życie, ale wiem z czego się to bierze i brakuje słów.

    • Ja też w banku pracowałem i też wiem, z czego to się bierze, więc pomilczmy oboje 🙂

  • Jam ci jest ten, który zablokował już wielokrotnie procesy decyzyjne doradców pierwszoliniowych. Procedur nie znam, ale chciałem połączyć dwa konta. Drugi raz odwoływałem polecenie zapłaty (za czasów, gdy się nie dało online). Cały dostępny personel siedział za plecami Tej Najmądrzejszej i dopingował ją… A za mną klienci krzesali zębami iskry.

    • Dla mnie jakieś problemy w placówce to temat tak abstrakcyjny, że na długo mi się zapisują w pamięć. Po pierwsze dlatego, że ja raczej nie mam z bankami większych problemów, a po drugie dlatego, że ja raczej nie chodzę do placówek i wszystko staram się załatwić zdalnie 🙂

  • No cóż, najważniejsze że udało się wszystko załatwić, choć dwukrotne liczenie trzech banknotów w liczarce mnie rozbawiło 🙂 Sama jednak najbardziej nie lubię sytuacji, w których muszę załatwić coś trudnego lub firma nawaliła, ja się staram być bardzo uprzejma i nieproblematyczna, żeby tylko załatwić sprawę, a z drugiej strony brak wzajemności i uprzejmości. Wtedy naprawdę mam ochotę stać się TRUDNYM klientem.

    • Wiesz, z systemem nie powalczysz i trudno wtedy winić tę osobę, która akurat ma pecha i siedzi naprzeciwko, ona tylko przekazuje złą nowinę i nie ma na to wpływu. Ale co innego, jeśli nie ma dobrej woli i zaczyna robić problemy, bo akurat ma gorszy dzień albo ma po prostu wredny charakter. Wtedy nie mam skrupułów i grzecznie, ale stanowczo walczę o swoje i gdzieś mam, czy komuś nie robię przykrości, czy kłopotów.

      • Zgadzam się w zupełności. Jeżeli to nie jest od tej osoby zależne, to wiadomo. Ale czasem brakuje tej zwykłej życzliwości i wtedy zupełnie Ci się nie dziwię, że nie masz skrupułów. Ja się dość szybko „zarażam” nastawieniem. Jeżeli ktoś jest dla mnie uprzejmy i życzliwy, nie wyobrażam sobie na niego naskakiwać, od razu łagodnieję i staram się to odwzajemnić. W drugą stronę podobnie, nie będę się przymilać do jakiejś zołzy. Dziwi mnie, że ludzie tak zupełnie bez wyrzutów sumienia potrafią być otwarcie wredni dla kogoś, kto okazuje im życzliwość, nie pojmę tego 😉

        • Hihi, jak znajdziesz chwilę, to polecam poczytać u mnie kategorię #klajenci, gdzie klient przychodzi do mnie – ilość złej woli czy takiej ludzkiej wredoty czasami poraża, ale na szczęście ja już umiem sobie radzić i nie biorę do siebie, a wręcz staram się z tego śmiać. Zresztą, ja wszystkim mówię, że tak naprawdę wnerwić mnie potrafi tylko MałaŻonka :)))

          • Z chęcią zajrzę 🙂 Każdy, kto choć raz pracował z klientami, na pewno tego doświadczył, też znam ten temat 🙂

  • Hihi, umarłam. A co na tę przygodę pan rzecznik banku? 😀

  • A było przynieść mu wór po kartoflach pełen eurocentów. Ciekawe, jak wtedy by pobladło teletubisiowe słoneczko 😀

    • Hmm, wpłata w bilonie chyba jest obciążona prowizją – mogłoby się okazać, że przytargałem 50 kilogramów, a na konto trafiło 25 🙂