Grzeszne myśli mnie opanowały. Grzeszne i rozpustne.

 

Kocha­ny pamięt­nicz­ku,

Wczo­raj mia­łem grzesz­ne myśli na temat kobie­ty. Ba, to nie były tyl­ko poje­dyn­cze i ulot­ne myśli. To był cały film z kon­kret­nie roz­pi­sa­nym sce­na­riu­szem oraz kadra­mi, któ­re jak nic wpi­su­ją się w defi­ni­cję sło­wa roz­pu­sta, roz­pa­sa­nie i nie­umiar­ko­wa­ne wsze­te­czeń­stwo. Gdy­by ten film nakrę­cić, to trze­ba by było zmie­nić prze­pi­sy, bo nawet po 22:00 było­by jesz­cze za wcze­śnie, żeby go pusz­czać w tele­wi­zji w ogó­le, o publicz­nej nie mówiąc. Wstyd mi bar­dzo, czu­ję zakło­po­ta­nie porów­ny­wal­ne z kon­ster­na­cją angiel­skiej kró­lo­wej, któ­ra pod­czas kape­lu­szo­wej rewii w Ascot na słyn­nym torze w hrab­stwie Berk­shi­re wdep­nę­ła swo­im ręcz­nie robio­nym pan­to­fel­kiem w koń­skie gów­no. Fakt, że ową kobie­tą, na temat któ­rej mia­łem grzesz­ne myśli była moja oso­bi­sta Mała­Żon­ka łago­dzi mój wstyd w stop­niu zaiste nie­wiel­kim.

Ja nie wiem, czy to wiek, czy jakiś młod­szy kocha­nek, ale wybra­na ser­ca mego ostat­nio pro­mie­nie­je. Ema­nu­je z niej kobie­cość i sek­sa­pil w stop­niu tak wiel­kim, że co mniej odpor­ni klien­ci muszą w środ­ku roz­mo­wy o pro­jek­to­wa­niu kuch­ni wycho­dzić na chwi­lę do toa­le­ty. Nie bez zna­cze­nia jest zapew­ne fakt, że nie­daw­no odkry­ła zale­ty wyra­fi­no­wa­ne­go chiń­skie­go desi­gnu na allie­xpress, skąd pacz­ki przy­cho­dzą prak­tycz­nie codzien­nie, a ich zawar­tość roz­pro­mie­nia moje Słoń­ce jesz­cze bar­dziej. Lubię się w bla­sku tego słon­ka ogrzać, tym bar­dziej, że bar­dzo czę­sto co fiku­śniej­sze rze­czy Pani Mat­ka przy­mie­rza teraz i natych­miast, co dosko­na­le wpły­wa na mojej Jej postrze­ga­nie oraz nie­któ­re aspek­ty poży­cia mał­żeń­skie­go.

Tak też było i wczo­raj, kie­dy to przy­szła paczusz­ka ze skle­pu han­dlu­ją­ce­go biżu­te­rią. Napa­trzeć się nie mogłem na ten ogień w oczach, na tę radość roz­py­cha­ją­ca i tak buj­ną mała­żon­ko­wą pierś oraz na te wszyst­kie faj­ne wisior­ki w oko­li­cach tej­że dyn­da­ją­ce. I tak sobie pomy­śla­łem (tak, to wła­śnie tutaj zaczy­na się robić grzesz­nie), że cudow­nie było­by, gdy­by Pani Mat­ka przy­wdzia­na w tę obłęd­ną obci­słą żół­tą sukien­kę mini, któ­rą ostat­nio ode­bra­ła i w tych sek­sow­nych szpil­kach na feno­me­nal­nie zgrab­nych nogach, któ­re ostat­nio ode­bra­li­śmy na poczcie, bo listo­no­szo­wi się nie chcia­ło dźwi­gać, poszła ze mną na rand­kę do jakiejś dobrej restau­ra­cji, chęt­nie z tara­sem nad wodą, któ­rą czer­wie­ni­ło­by zacho­dzą­ce słoń­ce odbi­ja­jąc swe pro­mie­nie w jej nowych kol­czy­kach i roze­śmia­nych zie­lo­nych oczach.

Rzu­ca­jąc dwu­znacz­ne spoj­rze­nia znad menu i popi­ja­jąc ide­al­nie schło­dzo­ne bia­łe wino zasta­na­wia­li­by­śmy się, czy zamó­wić owo­ce morza, bo choć to afro­dy­zja­ki, to do nich pasu­je spo­ro czosn­ku, a ten jak wia­do­mo jest tro­chę kło­po­tli­wy towa­rzy­sko, albo­wiem strasz­nie śmier­dzi i mogło­by to dosyć moc­no nie kon­we­nio­wać z tym, do cze­go mie­li­by­śmy zamiar wyko­rzy­stać po kola­cji naszą alko­wę.

I kie­dy wresz­cie kel­ner przy­niósł­by nasze zamó­wio­ne por­cje, te małe dzie­ła sztu­ki na taler­zach, któ­rych wygląd i zapach przy­pra­wia­ły­by o śli­no­tok nawet ano­rek­ty­ków, wte­dy wła­śnie (tak sobie pomy­śla­łem) było­by tak cudow­nie, gdy­by Mała­Żon­ka stwier­dzi­ła, że kie­dy zje to wszyst­ko prze­sta­nie wyglą­dać w swo­jej sukien­ce tak zja­wi­sko­wo i odda­ła­by mi swo­ją por­cję, żebym mógł SIĘ WRESZCIE BEZWSTYDNIEROZPUSTNIE NAŻREĆ!!

NIENAWIDZĘ BYĆ NA DIECIE!!!

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...