#‎myfirst7jobs – pierwszy milion trzeba ukraść…

 

Wró­ci­łem ja z tego urlo­pu, co to był napraw­dę faj­ny i napraw­dę urlo­po­wy i mam epic­ko-twór­czy zgon. We łbie pusto jak na pól­kach w Almie, a tutaj blą­ges­se obli­ge i nie ma się zmi­łuj, trze­ba wyjść naprze­ciw zapo­trze­bo­wa­niu spo­łe­czeń­stwa i napi­sać coś mądre­go. W sumie to może być też głu­pie, byle się czy­ta­ło bez ści­sku pośla­dów i zgrzy­ta­nia zębów. Wpis o Lego­lan­dzie męczę już dru­gi tydzień, bo wypo­ci­łem zaje­biasz­czy porad­ni­ko­wo-podróż­ni­czy tekst i pró­bu­ję jakoś do nie­go dopa­so­wać fot­ki, żeby też nie­pi­śmien­ni mogli sko­rzy­stać, a tu zipa dum­na. Bo wie­cie, ja jeśli cho­dzi o zdję­cia, to wyma­ga­ją­cy jestem i nawet znam się tro­chę, więc byle gów­na przed Wasze oczy pięk­ne na pod­rzu­cę. A jak już mam zdję­cia nie­gów­nia­ne, to mi się z tek­stem nie skle­ja­ją i bądź tu qrwa mądry. Dzi­siaj w Bie­drze namie­rzy­łem kolej­ną inkar­na­cję pie­roż­ków gyoza (wcie­le­nie pierw­sze ⇒KLIK), więc jest z czym odku­rzyć kap­kę nasz wspól­no­Blo­gier­ko­wy cykl #blo­ge­rzy­te­stu­ją, ale żreć na noc??

Wobec takiej nie­mo­cy tffur­czej rzu­ci­łem się na nowy socjal­no­me­dio­wy hasz­tag jak szczer­ba­ty na sucha­ry, bo mnie wyba­wił od męki (nie)myślenia. Panie i Panew­ki – #‎myfirst7jobs, czy­li zdra­dzę Wam moje biz­ne­so­we począt­ki, coby­ście wie­dzie­li, jak nie robić.

 

1. Sprzedawca marzeń

Ooo, to jest pro­szę ja Was histo­ria spod zna­ku kolej­ne­go hasz­ta­ga, czy­li #gim­by­nie­zna­jo. No bo jak tu wytłu­ma­czyć takiej roz­pusz­czo­nej współ­cze­snej gów­nia­rze­rii cza­sy, kie­dy w Pol­sce był stan wojen­ny, a poza tym nie­wie­le wię­cej? Kie­dy to na pół­kach w rów­nych rząd­kach stał ocet, przed skle­pem w rząd­ku nie­ko­niecz­nie rów­nym, ale dłu­gim jak murzyń­skie cyc­ki sta­ło pół mia­sta, bo mie­li rzu­cić papier toa­le­to­wy? Jak prze­ka­zać to uwiel­bie­nie i zazdrość na kwa­dra­cie, kie­dy się wycią­ga­ło z pudeł­ka histo­ryj­ki z przy­wie­zio­nych przez ciot­kę z Tur­cji gum Tur­bo albo Donald? Ma ktoś pomysł? Ja nie mam, ale ponie­waż Ciot­ka pod­cho­dzi­ła do spra­wy hur­to­wo, to tych histo­ry­jek mia­łem dużo. I za 5 gro­szy od sztu­ki się ich pozby­wa­łem, a zna­jo­me ziom­ki zaspo­ka­ja­ły swo­je marze­nia o wiel­kim świe­cie. I to było gdzieś w oko­li­cach komu­nii. Czy­li daw­no. Cud, że mnie nie zamknę­li za dzia­łal­ność wywro­to­wą.

 

2. Kopacz. Ewa Kopacz.

Jakoś tak koniec pod­sta­wów­ki, któ­ra w tych pre­hi­sto­rycz­nych cza­sach mia­ła 8 klas. W Pol­sce jakoś tak się koń­czył komu­nizm i sza­la­ła mło­da demo­kra­cja. A wraz z powie­wem wol­no­ści do domów docie­ra­ły rów­nież prze­wo­dy tele­fo­nicz­ne czy kana­li­za­cja. A że u nas podej­ście do sza­re­go oby­wa­te­la od wie­ków jest takie samo, to nowa demo­kra­tycz­na wła­dza mówi­ła, że jak chcesz mieć w domu tele­fon czy wodę, to sobie od gra­ni­cy dział­ki do domu kop rów sam, bo my mamy wyje­ba­ne i cią­gnie­my tyl­ko do pło­ta. A jak nie to nie. A jak Ci się nie chce, to huju­go­na­kol? Takim to spo­so­bem pozna­wa­łem tru­dy życia kla­sy pra­cu­ją­cej łap­ka­mi, a nie gło­wą.

 

3. Noszowy

To już cza­sy lice­al­ne, kie­dy to czło­wie­ko­wi rosną potrze­by, bo to i na wód­kę trze­ba mieć i na laski też, więc zno­wu zamiast bez­pro­duk­tyw­nie pocić się na siłow­ni (któ­rych wte­dy jesz­cze pra­wie nie było) poci­łem się przy roz­ła­do­wy­wa­niu mate­ria­łów budow­la­nych z cię­ża­ró­wek w budow­la­nej fir­mie ojca kum­pla. Nowo­mod­ne wyna­laz­ki w sty­lu wóz­ków widło­wych i euro­pa­let jesz­cze wte­dy nie funk­cjo­no­wa­ły w logi­stycz­nej świa­do­mo­ści, więc wszyst­ko trze­ba było na wła­snych plec­kach prze­rzu­cić z nacze­py na z góry upa­trzo­ne pozy­cje. 20 ton wor­ków z cemen­tem (a musi­cie wie­dzieć, że to nie były takie pier­du gówien­ka po 25kg jak teraz, tyl­ko job twa­ju mać wory po 50kg)? Pro­szę bar­dzo! 30 ton rur albo sta­li do zbro­je­nia? No pro­blem! Pięć tysię­cy pusta­ków? Ależ pro­szę bar­dzo. Kur­wa, jak ja wte­dy byłem zbu­do­wa­ny od tego nosze­nia…

 

4. Zarządca mobilnego punktu handlowego

Nie wiem, czy wie­cie, co to jest “odpust”? To takie świę­to w para­fii, kie­dy to wszy­scy chle­ją na umór i coś się wte­dy świę­tu­je, ale nie wiem co. W każ­dym bądź razie to na wio­sce wiel­kie świę­to jest, na któ­re zjeż­dża­ją się kra­ma­rze, roz­sta­wia­ją swo­je stra­ga­ny i sprze­da­ją róż­ne dziw­ne rze­czy w sty­lu szczyp albo tro­ci­no­wych jojek. Nie przej­muj się, jeśli nie wiesz o co cho­dzi. Cza­sy to były stu­denc­kie i za to sobie kupi­li­śmy z Jesz­cze Wte­dy Nie Małą­Żon­ką dru­kar­kę (bo Ona archi­tekt­ka) i wymie­ni­łem kil­ka bebe­chów w moim kom­pie (m.in. dorzu­ci­łem RAMu do 16MB – tak, to nie lite­rów­ka, tam nie ma być G).

 

5. Wykładowca

Wykła­da­łem mia­no­wi­cie towar w posta­ci bożo­na­ro­dze­nio­wych ozdób i cho­inek na pół­kach w makro. Robo­ta wred­na jak chla­my­dia, ale jak dla stu­den­tów rewe­la­cyj­nie płat­na. No i tutaj szli­fo­wa­łem swo­je nowo odkry­te zdol­no­ści w tema­cie wci­ska­nia kitu i baje­ro­wa­nia, co przy­da­je mi się jak widać do dzi­siaj. W efek­cie nasza sprze­daż osią­gnę­ła ponad 300% tej sprzed roku, a pre­zes fir­my uści­snął mi w podzię­ce dłoń. I zapro­po­no­wał pra­cę na Wiel­ka­noc. A potem zno­wu na Boże Naro­dze­nie. I tak aż do momen­tu, w któ­rym wpro­wa­dzi­li ozu­so­wa­nie umów ze stu­den­ta­mi. I tak wła­dza zamknę­ła mi ścież­kę karie­ry w han­dlu.

 

6. Drukarz, zecer i korektor (biały)

I zno­wu #gim­by­nie­zna­jo – to nie były cza­sy, kie­dy każ­dy miał dru­kał­kę i jak coś chciał, to sobie druk­nął w domu. W naszym aka­de­mi­ku na pię­trze były może dwie, a może tyl­ko moja? Sko­ro już cięż­ką odpu­sto­wa pra­cą spra­wi­łem sobie atra­men­to­we­go kolo­ro­we­go HaPe­ka, to nie widzia­łem powo­dów, dla któ­rych nie miał­by na sie­bie zara­biać. Dodat­ko­wo dorwa­łem doj­ście do tanich ory­gi­nal­nych tuszy (rege­ne­ro­wa­nych zamien­ni­ków wte­dy jesz­cze nawet w pla­nach nie było), więc inte­res się krę­cił. Do tego na drzwiach mia­łem kar­tecz­kę, że w godzi­nach 23:00–9:00 staw­ka rośnie razy dwa, co w sesji spo­koj­nie rekom­pen­so­wa­ło nie do koń­ca prze­spa­ne noce.

 

7. COPYrajter i COPYmejker

A sko­ro już dru­ko­wa­łem i bar­dzo czę­sto męczy­łem się, żeby prze­for­ma­to­wać przy­nie­sio­ne mi wypo­ci­ny (pdf dopie­ro racz­ko­wał), to dla­cze­go nie miał­bym od razu prze­pi­sy­wać tek­stów tak, żeby potem się nie męczyć? War­to­ścią doda­ną były goto­we czy­jeś spra­woz­da­nia na labor­ki, ścią­gi na egza­mi­ny czy refe­ra­ty. Do tej pory gdzieś mogę mieć kil­ka prac magi­ster­skich m.in. o una­sie­nia­niu knu­rów, pro­jek­to­wa­niu check-poin­tów w stre­fie dzia­łań wojen­nych czy o tym, jakie wyma­ga­nia powin­no speł­niać mał­żeń­stwo w sub­kul­tu­rze moto­cy­kli­stów, aby mieć uda­ne życie sek­su­al­ne. Jest też wokół Wro­cła­wia kil­ka wież tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nych, do któ­rych pro­jekt powstał na moim skrom­nym P75.

 

Po dro­dze było jesz­cze coś, ale się nie liczy, bo na 10 przy­wie­zio­nych spod wschod­niej gra­ni­cy bute­lek wód­ki sprze­da­łem tyl­ko 1 – sto­pa zwro­tu nie­od­po­wied­nia, żeby tu się tym chwa­lić.

Każ­da ta pra­ca w jakiś spo­sób mnie roz­wi­ja­ła – nawet ta fizycz­na, bo wyglą­da­łem pod koniec liceum jak mło­dy buk. Nawet jeśli coś wyda­wa­ło się gów­nia­ne, to i tak cze­goś mnie uczy­ło. Choć­by tego, że nie wyobra­żam sobie sie­bie kopią­ce­go rowy do koń­ca życia. Mam taką pry­wat­ną teo­rię, że każ­de zda­rze­nie z nasze­go życia jakoś nas kształ­tu­je i rzu­tu­je na nasze dal­sze losy. Nabie­ra­my doświad­czeń, któ­re zawsze wpły­wa­ją na nasze póź­niej­sze wybo­ry.

A jakie były Wasze pierw­sze zaję­cia zarob­ko­we? Jakie macie doświad­cze­nia? Z cze­go wynie­śli­ście nauki waż­ne i mniej waż­ne?

Chęt­nie poczy­tam Wasze histo­rie – śmia­ło, komęt­ki cze­ka­ją.

 

 

Fot: foto­lia, autor: Lama­rinx


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

  • Ja wła­śnie dzi­siaj też się sku­si­łam na opu­bli­ko­wa­nie kar­ko­łom­nej ścież­ki zawo­do­wej. 🙂 (bra­wo Ja!) Jak zwy­kle na cza­sie.
    “każ­de zda­rze­nie z nasze­go życia jakoś nas kształ­tu­je i rzu­tu­je na nasze dal­sze losy.” Dokład­nie tak jest, choć ja twier­dzę upar­cie, że każ­dy jest kowa­lem swo­je­go losu 🙂

    • Z tym kowa­lem to tro­chę tak, tro­chę nie – nie mamy wpły­wu na to, czy los nam pod­su­nie jakąś szan­sę, ale to, co my z nią zro­bi­my, to już inna baj­ka. 🙂

  • Zga­dzam się z Tobą. Każ­da pra­ca cze­gos uczy i jakoś kształ­tu­je. Mało tego uwa­żam, że czło­wiek powi­nien brać się za róż­ne pra­ce, po to by odkryć co go krę­ci i w czym będzie dobry. Ja naj­pierw chcia­łam być nauczy­ciel­ką. Ale mi prze­szło. 🙂 Potem był han­del przez kil­ka lat, przez kil­ka­na­ście biu­ro , a teraz… teraz szu­kam dalej, pró­bu­ję, pozna­ję, spraw­dzam. Co z tego wynik­nie? Zoba­czy­my. 🙂

  • Bosze, tak czy­tam i wiesz? Ja też z tych pre­hi­sto­rycz­nych cza­sów 8 lat pod­sta­wów­ki. Wła­snie zda­łam sobie spra­wę jak daw­no to było.
    Sta­cje bazo­we tele­fo­nii komór­ko­wej? Pią­tecz­ka 😀 A robi­łeś nowe czy roz­bu­do­wy? Na masz­tach czy wie­żach kościel­nych? 😉
    Co raz bar­dziej mnie kusi by opi­sać swo­ją dro­gę pra­cow­ni­czą, może nie­ko­niecz­nie całą, ale te co waż­niej­sze. Sze­fo­wie nie­ide­al­ni w ilo­ści 7 nad­sztuk jed­nak nie wyczer­pu­ją tema­tu.

    • Naziem­ne, takie wyso­kie na kil­ka­dzie­siąt metrów. Podob­no cią­gle sto­ją i mają bar­dzo małe odchy­ły, w prze­ci­wień­stwie do mnie 🙂
      Ja w sumie nie mia­łem aż 7 sze­fów. Ale też o nie­któ­rych mógł­bym spo­ro popi­sać 🙂

  • Urlop odpę­ka­ny, woj­sko zado­wo­lo­ne, leń się wkradł. Czas zewrzeć jed­nak sze­re­gi i ude­rzyć w czy­nu stal, a nie pie­przyć głu­po­ty o nie­mo­cy. Urlop, urlo­pem, ale słoń­ce, pla­ża, odlo­to­we dupen­cje nie wyle­czy­ły Cię z fami­lia­do­we­go dow­ci­pu. Czer­piesz z Karo­la, aż miło. Nijak Cię wycho­wać, drę­twy żart pozo­stał.
    Po miłym wstę­pie moją dro­gę do sła­wy i wiel­kich pie­nię­dzy przed­sta­wiam, czy­li jak odnieść suk­ces w inte­re­sach nie wysi­la­jąc się zbyt­nio:
    – biz­nes numer jeden – wcze­sne lata 80-te. Wujek pra­co­wał w dru­kar­ni, w któ­rej dru­ko­wa­no komik­sy min. kapi­ta­na Żbi­ka. Taki wujek to skarb. Przy­no­sił mi każ­dy komiks jaki scho­dził z dru­ku. Za dar­mo­chę i w ilo­ści sztuk kil­ku. W kio­skach komiks szedł po 20 zł i były w zasa­dzie nie­osią­gal­ne. Ja pcha­łem za 15-cie i od kly­en­te­ly nie mogłem się odgo­nić. Tro­chę na gra­ni­cy pra­wa, bo two­rzy­łem dru­gi rynek, ale co tam. Pie­nią­dze depra­wu­ją.
    – biz­nes numer dwa – wciąż cięż­kie lata 80-te. Fater wymóż­dżył pio­nier­ski sys­tem nawad­nia­nia upraw rol­nych. Jak to w ustro­ju minio­nym, nie było nicze­go. Mate­ria­łów w szcze­gól­no­ści. Wyko­ny­wał więc wszyst­ko meto­dą hand mejd, a ja mały szczyl mia­łem za zada­nie – bo to pra­ca taśmo­wa pra­wie była – nakła­dać na śrub­ki sprę­żyn­ki i skrę­cać nakręt­ką. W skró­cie i śred­nio waż­ne, taki pro­ces tech­no­lo­gicz­ny. To była moja dział­ka. Fater trze­pał na tym szma­lec. Bady­la­rze, obszar­ni­cy ziem­scy, szklar­nia­rze z oko­li­cy usta­wia­li się po ustroj­stwo w kolej­kach. Fater oczy­wi­ście mi dolę do kar­ma­na odpa­lał.
    – biz­nes numer trzy – Zno­wu te jeba­ne sprę­żyn­ki. Kolej­ny raz Fater ino­wa­tor. Pra­co­wał w zakła­dzie pro­du­ku­ją­cym sprzęt p-poż. Pod­pa­trzył, pomy­ślał, wymy­ślił, że będzie robił wła­snym sump­tem dzwon­ki prze­ciw­po­ża­ro­we. Takie archa­icz­ne czuj­ki, mon­to­wa­ne w zakła­dach pra­cy. Sprze­da­wał je pry­wa­cia­rzom. Bo niby zakład, w któ­rym Fater pra­co­wał takie dzwon­ki pro­du­ko­wał, ale dziw­nym losem ich dostęp­ność na ryn­ku była zero­wa. Taki to był ten socja­lizm. I w tych dzwon­kach potrzeb­ne były sprę­żyn­ki, któ­re rów­nież były nie­do­stęp­ne, bo qrwa nicze­go nie było. Nie ma że boli, Fater i na to miał spo­sób. Tutaj wcho­dzę ja, bo te sprę­żyn­ki pro­du­ko­wa­łem wła­sno­ręcz­nie, meto­dą … nie powiem, tajem­ni­ca. Kasa nato­miast lecia­ła.
    – biz­nes numer czte­ry – począ­tek lat 90-tych i krwio­żer­cze­go kapi­ta­li­zmu. Wycho­wa­łem się na dale­kich przed­mie­ściach Ber­li­na. Co za tym idzie, ruch tury­sty dewi­zo­we­go w moim mie­ście był moc­no nasi­lo­ny. Kupo­wa­łem sztu­ble, zna­czy faju­ry w hur­tow­ni i na naj­więk­szym baza­rze w mie­ście, gdzie przy­jeż­dżał Nie­miec zawsze nasz wróg, pcha­łem mu za 20 marek, czy­li jakieś pięć razy dro­żej.
    – biz­nes numer pięć – podob­ny sce­na­riusz jak wyżej, tyl­ko asor­ty­ment inny. Kase­ty magne­to­fo­no­we. Naby­wa­łem w hur­tow­ni za bodaj­że 1000 zł, a Nie­miec zawsze nasz wróg kupo­wał z uśmie­chem by odsłu­chać w swo­im zaje­biasz­czo prze­brzy­dłym Mer­ce­de­sie za 10 Marek. Sto­pa zwro­tu pra­wie 10-cio krot­na. Trze­ba było tyl­ko w gusta tra­fić, bo Nie­miec zawsze nasz wróg posia­da spe­cy­ficz­ne.
    – biz­nes numer sześć – czas już chy­ba stu­denc­ki. W pokręt­nych, ale sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach sta­łem się posia­da­czem kse­ro­ko­piar­ki pra­wie nów­ki. Tam puk­nąć, nie­co począ­snąć i hasa­ła jak nowo naro­dzo­na. Pozo­stał pro­blem gdzie i jak? W domu rodzi­ciel­ka narze­ka­ła na zbyt duży pobór mocy. I zno­wu szczę­śli­wy traf. Zna­łem oko­licz­ne­go pene­ra, któ­re­go lubi­łem i nie­kie­dy roz­ma­wia­łem. Taki zme­ne­lo­wa­cia­ły gra­jek lokal­ne­go timu fut­bo­lo­we­go. Dorzu­ca­łem mu cza­sem kle­pa­ki na napo­je ener­ge­tycz­ne i nie tyl­ko. Od sło­wa do sło­wa, oka­za­ło się, że gość posia­da piw­ni­cę, w któ­rej ma pod­łą­czo­ny sha­ko­wa­ny prąd. Nie zdzie­rał i za sym­bo­licz­ne­go bro­wa­ra dzien­nie mogłem kopio­wać ile wle­zie. Kly­en­tów wyła­py­wa­łem na uczel­ni swo­jej i ówcze­snej szmul­ki, zwa­nej potocz­nie dziew­czy­ną.

    Nie­ste­ty żad­na z tych histo­rii nie wpro­wa­dzi­ła mnie na poziom Paga­ni­nie­go biz­ne­su. Wciąż tyram i liczę od pierw­sze­go do pierw­sze­go. Histo­rii jest wię­cej, ale nie wszyst­kie opi­sa­łem. Cze­go mnie nauczy­ły? By nie ufać wschod­nim Niem­com, męż­czy­znom w oku­la­rach i z trwa­łą ondu­la­cją na gło­wie.
    Odru­chem Paw­ło­wa, poko­pię na koniec jesz­cze raz po kost­kach. Jeśli masz lat nie­speł­na 40ci, bądź nawet dobie­głeś, to raczej nie­moż­li­we, aby stan wojen­ny zapi­sał Ci się w pamię­ci. Ma tu chy­ba miej­sce kolo­ry­zo­wa­nie histo­rii i kre­owa­nie rze­czy­wi­sto­ści. Poza tym coraz wię­cej tych ukry­tych talen­tów. Znasz się na jedze­niu, foto­gra­fii. Czło­wiek orkie­stra. No i weź się w koń­cu do robo­ty, tyl­ko mi nie mów, że od tego jest mło­tek i trak­tor. Koniec, waka­cje się skoń­czy­ły!

    • Moj dro­gi, pamięć to ja mam jak nie przy­mie­rza­jąc ZX Spec­trum i lata ’81-’83 pamię­tam, owszem, jak przez mgłę, ale za to kolej­ki po papier toa­le­to­wy i kart­ki na wszyst­ko dosyć wyraź­nie (zwłasz­cza sta­nie w kolej­kach do jedy­ne­go mię­sne­go w mojej miej­sco­wo­ści, zwa­ne­go nie wie­dzieć cze­mu komer­cyj­nym). Kto, kogo i za co inter­no­wał nie mam poję­cia, ale wspo­mnie­nia pew­nych obra­zów i sytu­acji mam w gło­wie dość wyraź­ne. Jak np. podróż do bab­ci na Boże Naro­dze­nie i BWP na dro­dze. Tak, że ten…
      A do robo­ty to się bio­rę. Już od ponie­dział­ku się bio­rę. I co się wezmę, to jakoś cięż­ko idzie, a w moim wie­ku orga­ni­zmu trze­ba słu­chać.
      PS. Tych komik­sów to Ci zazdrosz­czę. Ja swe­go cza­su mia­łem na ich punk­cie nie­złe­go pier­dol­ca.

      • Pamię­ci pozaz­dro­ścić, ale i u sie­bie dostrze­gam zadzi­wia­ją­cą przy­pa­dłość – dokład­niej pamię­tam cza­sy daj­my na to, pod­sta­wó­wy, ani­że­li to co robi­łem dwa, trzy, czte­ry mie­sią­ce temu. A komik­sy… chy­ba każ­dy wte­dy prze­cho­dził fazę komik­so­ma­nii.
        Poli­tycz­na for­ma sta­nu wojen­ne­go do mnie nie docie­ra­ła. Szczyl byłem. Dla mnie stan wojen­ny obja­wiał się w posta­ci nie­cho­dze­nia do szko­ły. Byłem w pierw­szej kla­sie i wpraw­dzie szko­ła jesz­cze nie zdą­ży­ła mi się znu­dzić, ale to zawsze lepiej sie­dzieć w domu. No i oczy­wi­ście osła­wio­ne BWP na uli­cach. Obok nasze­go domu stał jeden, bo to była dro­ga, co praw­da nie na Ostro­łę­ke, ale pro­wa­dzą­ca do stocz­ni. Spraw­dza­li wszyst­kie samo­cho­dy jadą­ce w jej kie­run­ku, choć nie było ich wie­le. Był BWP oraz kok­sow­nik. Dla nas fraj­da i pod­cho­dzi­li­śmy do żoł­nie­rzy z cie­ka­wo­ścią. Cza­sem nas goni­li, ale cza­sem wsa­dza­li na bewu­pa. Czad. Pamię­tam jesz­cze noc, kie­dy z poli­go­nu cią­gnę­ła się nie mają­ca koń­ca kolum­na czoł­gów pod stocz­nię. Zbu­dzi­łem się, dom się trząsł, huk nie­sa­mo­wi­ty. Przy­glą­da­li­śmy się temu z rodzi­ca­mi. Dla mnie to była fraj­da i w ogó­le nie czu­łem dra­ma­tu sytu­acji.
        A co do robo­ty… nie zając. Kto mądry zaczy­nał­by pod koniec tygo­dnia? Naj­waż­niej­sze to usta­lić prio­ry­te­ty, trzy­mać się pla­nu. Ty swo­je usta­li­łeś. Ponie­dzia­łek jest świet­ną opcją na roz­po­czę­cie. Jeśli nie ponie­dzia­łek, to może od 1go nowe­go mie­sią­ca, a że wypa­da pod koniec tygo­dnia, to kto by zaczy­nał pra­cę pod koniec tygo­dnia. Zatem przy­szły ponie­dzia­łek jest celem real­nym. Tym spo­so­bem zagwa­ran­to­wa­łem Ci dodat­ko­wy tydzień wol­ne­go. Prio­ry­te­ty przede wszyst­kim. Poczu­łem w sobie zew koł­cza.

  • Moją pierw­szą pra­cą zarob­ko­wą była sprze­daż… kamie­ni na począt­ku pod­sta­wów­ki. Zbie­ra­łam co ład­niej­sze kamycz­ki na podwór­ku, po czym wykła­da­łam je na ser­wet­ce przy ruchli­wym chod­ni­ku i nama­wia­łam sąsia­dów do kupo­wa­nia. Byłam uro­czym, lubia­nym przez star­szych dziec­kiem, więc mia­łam pra­wie 100% sku­tecz­no­ści w sprze­da­ży. A kamycz­ki wyce­nia­łam dro­go – 0,50–2,00 PLN. Raz nawet sprze­da­łam jed­ne­go za 5,00 PLN. Zda­rza­ły się dni, że zaro­bi­łam w ten spo­sób nawet 20 zło­tych w cią­gu dnia!

    • Aleś mi teraz zaim­po­no­wał Wąski…
      Ale tak poważ­nie, opy­lać kamie­nie to już wyż­sza szko­ła jaz­dy 🙂

  • hehe, wykła­dow­ca mnie zmy­lił 😉
    się napi­sze 🙂
    ps.dzizas jacy jeste­śmy sta­rzy! 😛

    • Wykła­dow­czy epi­zod też pra­wie mia­łem – kur­sy Auto­CA­Da mia­łem pro­wa­dzić, ale pła­ci­li tak sła­bo, że szko­da było cza­su 🙂
      PS. Chy­ba Ty ;))))))))))))))))))))

      • zde­cy­do­wa­nie! 😛
        Damn, czło­wie­ku Ty masz tak ujny życio­rys że bierz się za książ­kę 😀

  • Moje pierw­sze pra­ce: hmm, ja to jestem mało zarad­na, bo za nic nie chcia­łam wziąć pie­nię­dzy – wolon­ta­ria­ty, kore­pe­ty­cje, zbie­ra­nie wiśni, sta­że i bez­płat­ne tek­sty w ogól­no­pol­skiej gaze­cie. Dalej kolej­ne por­ta­le, mon­taż, PR. Będzie już ponad 7, ale pie­nią­dze zoba­czy­łam może z dwóch.. (nie narze­ka­jąc, bo pie­nią­dze sen­sow­ne ;-))

  • Pad­niesz ale ja swo­ją pierw­szą kasę dosta­łam za występ w tv 🙂 jako mało­la­ta w Tele­ran­ku 😀

    • Pad­niesz? Z zazdro­ści chy­ba 🙂
      Moja wygra­na w “Milio­ne­rach” była póź­niej, musiał­bym zro­bić dru­gą część z tym hasz­ta­giem 😉

  • Sama się grza­łam na ten hash­tag jak wście­kły kor­nik na drew­nia­ną sza­fę, ale nijak do 7 dobić nie mogłam i odpu­ści­łam. Wycho­dzi na to, że albo nie­rób ze mnie, albo szczę­ścia­ra. 😀

    • Jak­by nie umy­sło­wa ocię­ża­łość pour­lo­po­wa, to pew­nie też bym się nie cze­pił, ale wiesz jak jest – pusty­nia w gło­wie, a napi­sać trza 🙂
      Chy­ba raczej szczę­ścia­ra, bo jak Ci dobrze, to po co zmie­niać? 🙂

  • Siłow­ni może i nie było, ale bicek tak i jesz­cze za nie­go pła­ci­li 😉 Teraz za pod­no­sze­nie cię­ża­rów zapła­cić sobie musisz 😉 Do pierw­sze­go milio­na pew­nie nie­wie­le bra­ku­je 😉

  • Iwo­na Kmi­ta

    Gra­tu­la­cje, masz bar­dzo boga­te doświad­cze­nie, wykła­dow­ca, ha, ha, bar­dzo mi się podo­bał. Przede wszyst­kim gra­tu­lu­ję pomy­słu – ten opis jest super. Nie mam nie­ste­ty takich doświad­czeń, moja pierw­sza pra­ca to były… prak­ty­ki stu­denc­kie w cza­sach słusz­nie minio­nych.

    • Dzię­ki – myślę, że bym dopi­sał spo­koj­nie następ­ne 7, ale hasz­tag to hasz­tag 🙂
      Hihi, taki temat jest świet­ny na czas nie­mo­cy tffur­czej – zacho­waj sobie może na kie­dyś na spo­koj­nie, jak wymy­ślisz inne zaję­cia? 🙂