Czego NIE oglądać w Tajlandii?

 

Ostatnio Tajlandia to modny temat wśród blągerów – siedzą tam ci duzi i takie maluchy jak ja (moja waga własnie dostała czkawki ze śmiechu, bo pamięta ile wyskoczyło, kiedy ostatni raz się spotkaliśmy i maluch nijak nie pasuje). Może to nowy Egipt będzie? Bo póki co nie ganiają tam w takiej ilości brodaci miłośnicy kóz preferujący wybuchowe rozrywki. I ponieważ ci duzi już Wam opowiedzieli o tym, że na ulicach dyndają kable i że wszyscy kochają króla, to ja nie będę się po nich powtarzał, coby Was nie zanudzić.

Ja Wam dzisiaj opowiem o tym, czego NIE oglądać w Tajlandii. Tak dla odmiany.

czego nie oglądać w Tajlandii

Los kabellos de la słupos

 

Tajlandia to kraj kontrastów. Z jednej strony mamy wszechobecną biedę i lepianki zbite z blachy falistej, a z drugiej przepych królewskich pałaców i nowoczesne centra handlowe, gdzie na wejściu salutuje nam odźwierny w wyprasowanym mundurku. Jest to też kraj, gdzie każdy turysta znajdzie coś dla siebie. Szukasz wyciszenia i kontaktu z mniej lub bardziej dziką przyrodą? Możesz poganiać po dżungli i przez chwilę zobaczyć na własne oczy jak to jest, kiedy silniejszy pożera słabszego. I nagle znaki o tym, że słoń może podeptać Twój samochód wcale tak bardzo nie śmieszą.

czego nie oglądać w Tajlandii

Pająkjebiedronkę. Albo jaszczurka żre robala.

 

Napaleńcy, którzy naoglądali się „Kac Vegas w Bangkoku” i szukają tutaj taniej i nie do końca grzecznej rozrywki też będą zadowoleni, by nie rzec zaspokojeni tym, co oferuje im nocny Bangkok. Miłośnicy kuchni poczują się tutaj jak w niebie (pisałem niedawno o tajskiej kuchni), podobnie jak i amatorzy wodnych i podwodnych szaleństw. Warto tu przyjechać, żeby jak najwięcej przeżyć i zobaczyć, ale są „atrakcje”, których nie polecam oglądać w Tajlandii. Czego? Dlaczego? Poczytajcie.

czego nie oglądać w Tajlandii

♫ One night in Bangkok make’s a hard man humble ♫

 

Przejażdżka na słoniu czy zdjęcie z tygrysem…

Azjatycki egzotyczny kraj, więc wszystko dookoła jest inne. Kwiatki, drzewka i zwierzątka. I bardzo kusi, żeby zobaczyć jak najwięcej z rzeczy niedostępnych u nas. A co jest bardziej niedostępne, niż potężne i niebezpieczne zwierzęta – tygrysy, słonie, jadowite węże czy krokodyle? Nawet na mojej liście marzeń taka przejażdżka na trąbalskim była zaraz obok jazdy na wielbłądzie.

I o ile na garbatym się przejechałem kiedyś w Egipcie, to słonia odpuściłem pomimo tego, że miałem jak najbardziej okazję, bo wybraliśmy się do Hua Hin Safari, czyli farmy-hodowli dzikich zwierząt. Po pierwsze cena – 2800 batów za półgodzinną przejażdżkę to jak na Tajlandię bardzo dużo, ale taki drobiazg nie powstrzymałby mnie przed spełnieniem marzenia. Powstrzymał mnie za to długi drąg z hakiem na końcu, którym kornak tego biednego słonia dźgał, co zauważyłem, kiedy kilka z nich szło niedaleko, żeby zabrać turystów na grzbiet. Obok, w boksach stało kilka następnym na bardzo krótkich łańcuchach i nie wyglądało jakoś szczególnie radośnie.

czego nie oglądać w Tajlandii

Nie byłoby w takim obrazku nic złego gdyby nie to, że dosłownie pól minuty wcześniej słoń był dźgany wielkim kijem z hakiem na końcu…

czego nie oglądać w Tajlandii

Słabe takie bransoletki. Poza tym takie piękne zwierze nie potrzebuje biżuterii…

 

Ale największe wrażenie zrobiła na mnie kolejna „atrakcja” – zdjęcie z tygrysem, a nawet z dwoma. Debilni turyści kładli się na nich, siadali, robili różne durne miny w stylu we are the champions i I’m a king of the world. Tygrysy były tak naćpane jakimiś prochami usypiająco-uspokajającymi, że nawet oko ledwie otwierały. Myślę, że można by im przeprowadzić operację na otwartym sercu i tak by nie zareagowały. Strasznie smutny to widok, kiedy tak dumne stworzenia sprowadza się do roli dywanika czy maskotki. 

czego nie oglądać w Tajlandii

Czyż to nie rozdzierający serce widok? I jeszcze ten łańcuch…

czego nie oglądać w Tajlandii

Widzicie te kable pod napięciem? Ciekawe, czy zamroczony prochami tygrys często się od nich odbija?

 

Ale skoro jest popyt, to jest i podaż, więc moi drodzy – jeśli kiedykolwiek będziecie w Tajlandii, albo innych krajach, gdzie na turystów czeka taka „atrakcja”, to nie przykładajcie swojej ręki do cierpienia tych zwierząt. Ja wiem, że one nie płacą podatków, a my ludzie jesteśmy panami stworzenia, ale nie bądźmy panami-idiotami bez serca, ok? Jak już musicie, to sobie zróbcie zdjęcie z takim słonikiem, o!

czego nie oglądać w Tajlandii

Taki słonik chyba nie cierpi, prawda?

 

PING PONG SHOW…

Oo moi drodzy, ciężki temat. Ciężki z dwóch powodów, a może nawet trzech.

Po pierwsze ciężki dlatego, że sam ping pong show nie widziałem. Ale wiedziałem co to jest, w przeciwieństwie do dwóch facetów z mojego turnusu, którzy przyjechali się zabawić, nie wiedzieli co to takiego i dali się naciągnąć. I nie było takiej siły, która by mnie zaciągnęła. Więc to będzie relacja z drugiej ręki.

Po drugie ciężki dlatego, że owi panowie zobaczyli coś, co spowodowało u nich ogromną traumę, bo za każdym razem kiedy ich o ping pong show pytaliśmy, to dziwnie łapali powietrze, mieli rozbiegane oczka, ręką bezwiednie szukali szklanki wódki i za każdym razem mówili coś innego, a w rzeczach, które już słyszeliśmy zmieniały się szczegóły. Czyli bardzo, ale to bardzo chcieli wyrzucić to dramatyczne wspomnienie z pamięci i zepchnąć je w odmęty podświadomości i niebytu. W portfelu też im ubyło chyba bardzo, bo biegali cały ranek w poszukiwaniu kantoru.

Po trzecie ciężki dlatego, że pod karą spuszczenia tęgiego wpierdolu i zabrania wszystkiego włącznie ze złotymi zębami i platynowymi wstawkami w kościach nie wolno podczas ping pong show robić zdjęć czy nagrywać video. A to oznacza, że musicie sobie sami uruchomić wyobraźnię i niech dobry Bodziu w niebiesiech ma w opiece tych, którzy mają ją bardzo plastyczną. Ja niestety kurwa mam.

Tajlandia to kraj, gdzie wielu facetów (czytaj starych bogatych pierdzieli na viagrze) jedzie sobie mówiąc kolokwialnie zaruchać. Jest podobno tanio, Tajki są podobno niezłe w te klocki i jest to podobno przyjemne. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, ale tych dwóch powyższych panów za to jak najbardziej przyjechało spróbować. Do tego stopnia, że jak poszliśmy wieczorem na Khao San, to goście zniknęli i pojawili się nad ranem w hotelu w stanie zaawansowanego upodlenia i zmęczenia życiem. Opowiadali ciekawe rzeczy, włącznie z nacięciem się na ladyboya, ale widać było im mało wrażeń, bo w drugą noc postanowili zajrzeć na jeszcze bardziej ciemną stronę Bangkoku. A wiecie co się dzieje, kiedy patrzycie w ciemność? Ciemność spogląda na Was…

Tutaj zaczyna się opowieść z drugiej ręki. Panowie pogadali z kierowcą tuk-tuka, który obiecując bum-bum i niezapomniane wrażenia zawiózł ich na Patpong, czyli taką ichnią dzielnicę czerwonych latarni, siedlisko grzechu, rozpusty i chorób wenerycznych. Tam sobie weszli do niewielkiego lokalu z niewielką scenką i rurkami, gdzie zaraz przysiadło się kilka Tajek, które zamówiły chłopakom i sobie drinki. Tricky part – do takich lokali wjazd jest za friko, ale pierwszy drink kosztuje koło stówy. Jakbyś nie wiedział, płacisz też za drinki tych wszystkich miłych pań, które Cię obsiadły. Na szczęście już trochę mniej. Ale kto bogatemu zabroni?

Tutaj zaczyna się moja rekonstrukcja wydarzeń, bo od tego miejsca chłopaki strasznie się motali w zeznaniach i wykazywali oznaki Zespołu Stresu Pourazowego. Na scenę wlazła prawie naga Tajka, która delikatnie mówiąc czasy świetności ma już dawno za sobą i zaczęła się gibać. W pewnym momencie się gibania wyciągnęła z siebie sznurek – tu zeznania się różnią, bo jeden mówił, że 20 metrów, drugi, że 25, ale ja i tak uważam to za równie imponujące, co obrzydliwe. Skąd dokładnie go wyciągnęła, to sobie dośpiewajcie. Prania bym potem na tym nie powiesił.

Potem zachciało jej się palić i tutaj znowu zeznania się lekko rozjeżdżają – o ile obaj tak samo wskazali miejsce, w które nasza magiczka od sznurka wsadziła sobie papierosa, to już różnią się odnośnie tego, kogo poprosiła o ogień. W każdym bądź razie jeden z nich na drugi dzień palił mniej, niż wcześniej – może to jest metoda, żeby rzucić? Po walnięciu kilku maszków kobiecie zachciało się pić, więc opróżniła puszkę coli czule obłapiając je wargami. Nie ustami. Wargami. Na szczęście jej się nie odbiło.

No i crème de la crème, czyli piłeczki pingpongowe w akcji. Nasza magiczka najpierw je sobie zassała ze szklanki, a potem po zrobieniu kilku kółek po scenie je do tej szklanki zwróciła – tu znowu mam niespójność, bo według jednego z colą, a według drugiego bez. Ale najlepsze przyszło potem – kobieta wzięła sobie rurkę, wsadziła tam, skąd wyciągnęła sznurek i zaczęła strzelać piłeczkami do celu. A celem były baloniki. Które ktoś trzymał. I sądząc po reakcjach obronnych organizmu kolesi z turnusu podczas opowiadania, te baloniki trzymali oni. Podobno kobieta miała skuteczność jak Chris Kyle, ale może któryś niechcący dostał w głowę albo w zęby i stąd ta trauma? Tak czy siak wiecie jak to jest – człowiek strzela, a Pan Bóg piłeczki nosi…

Po tych wszystkich sztuczkach chyba poczuła się jak gwiazda, bo wsadziła sobie długopis i dała kilka autografów, a nawet narysowała laurkę z napisem „Welcome to Bangkok”. Trochę podobno koślawe stawiała litery, ale to się nie ma co dziwić – pewnie bardzo się skupiała na tym, żeby nie zalać colą kartek. Niestety, ani jednemu, ani drugiemu się taka karteczka cenna nie trafiła. Ale jak trzeba było wypełnić druczki meldunkowe w hotelu, to bardzo podejrzliwie patrzyli na długopis z obwąchiwaniem włącznie.

Podobno być w Tajlandii i nie zobaczyć ping pong show, to jak być w Londynie i nie zobaczyć Wieży Eiffla. Ja jednakowoż spasowałem i nie mam poczucia straty. O ile zwierzęta w klatkach wpływu na swój los nie mają, to wydaje mi się, że laski od ping pong show i numerków za kilkaset bahtów mniej więcej same o swoim losie decydują. A od Ciebie, drogi turysto zależy, które z tych wątpliwych atrakcji wspomożesz brzęczącym grosiwem. Jest popyt, jest i podaż. Takie są prawa rynku.

Ale ja osobiście z egzotycznych rozrywek wolałem odwiedzić CALYPSO i zobaczyć LADY BOY SHOW. Tym bardziej, że występuje tam na żywo Beyonce i Elvis.

Nie wierzycie? To popatrzcie.

 

 PS. Zdjęcie robala w paszczy zła zrobiła Dominika vel „koleżanka Małgosia”, z którą wspólnie zdobywaliśmy dżunglę. Dzięki Miśka.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

  • Szczerze mówiąc ostatnio dużo czytam o Tajlandii i jeszcze ani razu nie czytałam o niej z takiej perspektywy. A ciekawa to perspektywa muszę przyznać. Tajki, jak z bajki, raczej nigdy nie były na mojej liście „do zrobienia” przed śmiercią, a raczej właśnie postawiłabym je koło tych biednych słoni i tygrysów na liście „nie tykać”. Niestety, im więcej turystów, tym więcej „atrakcji”. Ale czy to tylko tam?

    • No właśnie chyba nie tylko – jakiś czas temu pierwszy raz zaliczyłem Paryż i totalnie mnie od niego odrzuciło. Te tłumy, tylu naciągaczy i nagabywaczy (co ciekawe, w Tajlandii nie byli tak natarczywi), straszna drożyzna i wszechobecny brud i smród. Co prawda w Bangkoku śmierdzi nie mniej, jeśli nie bardziej, ale przynajmniej jest tanio. No i nie wiedzieć czemu, ale w Tajlandii czułem się bezpieczniej, niż we Francji, chociaż i tu i tu były zamachy bombowe.

  • Nigdy nie zrozumiem jakiego typu jest to atrakcja dla ludzi, którzy tam
    świadomie wchodzą i nie rozumiem, jak można kupić bilet do tego typu
    miejsc świadomie i chętnie (?) Naprawdę nie wiem co, mają w głowach
    ludzie wchodzący do tych klatek. Tajlandia raczej nie jest na mojej
    liście wymarzonych miejsc właśnie ze względu na torturowanie zwierząt.
    Nie wiem, co musiałoby się stać, abym zmieniła zdanie o tym kraju.

    • Wystarczy, że zobaczyłabyś cała resztę, bo to piękny kraj 🙂

    • Ja byłam, zobaczyłam tylko część (na szczęście z boku) i niestety więcej nie mam ochoty wracać do tego kraju. Nawet pomimo niektórych pięknych widoków, zasłoniętych z resztą przez tłumy turystów. Tajlandia jest zbyt „zrobiona” dla turystów.

      • A gdzie byłaś? Bo jestem ciekawy, czy widzieliśmy to samo. Z drugiej strony ja mam podobne odczucia po wizycie w Paryżu 🙂

        • Głównie wizytówki Tajlandii, zdaję sobie sprawę, że bardzo turystyczne, ale tak nam doradzili Ci, którzy w Tajlandii bywają często. Niestety nie zobaczyłam kilku wartościowych miejsc (Chiang Mai), ale jednak Krabi, Railay, Koh Lanta, Phuket, Phi Phi (choć tą wyspę o dziwo uwielbiam) i Bangkok, to topy. Wystarczyły, żeby się zniechęcić. Szczególnie Phuket i Bangkok.

          • Mnie Bangkok zachwycił. A może to tylko tajskie żarcie?? To też jest możliwe 🙂

            • W Bangkoku zachwyciły mnie świątynie – jedne z najcudowniejszych miejsc, jakie odwiedziłam. Jednak klimat, nagabywanie, ciągłe zachęcanie by pójść na „Ping Pong Show”, czy inny równie obleśne show, ulice pełne pań do towarzystwa, czy też tony podróbek na każdym kroku – okropność. Jeśli ominiemy te „atrakcje”, to rzeczywiście Bangkok potrafi czarować. Szczególnie lokalne jedzenie na Czakaczuku – do tej pory śnię o tych smakach.

              • Ech, a mnie żadne dziewki wszeteczne nie zaczepiały 🙁

                • Miałeś farta, bo nawet mnie chcieli do takiego „klubu” zaciągnąć. A mężczyzna reklamujący SM (Sado Maso) Show „auuu” do tej pory śni mi się po nocach.

                  • Ale po Patongu się włóczyłaś, czy to było jakoś gdzieś indziej w bardziej cywilizowanych rejonach? 🙂

                    • Właśnie się okazało, że ja niedaleko miałam hotel i dlatego co wieczór miałam taką rozrywkę. O ja nierozgarnięta! A tak się cieszyłam, że tą dzielnicę ominęłam. 😉

  • Dużo słyszałam o Tajlandii, w tym o traktowaniu słoni i tygrysów… Bardzo mnie to odpycha, a szkoda, bo kraj wydaje się bardzo ciekawy. Ubawiła mnie też Twoja opowieść o ping pong show 🙂 A powiedz, uważasz że można ten kraj odwiedzić w pojedynkę (chodzi mi o bezpieczeństwo, możliwość komunikacji w jęz. angielskim i poruszanie się bez większych obaw o siebie i swój i bagaż) czy lepiej korzystać z wycieczek zorganizowanych?

    • Jako facet nie bałbym się wcale – bezpieczniej czułem się na ulicach Bangkoku, niż Paryża. Ale czy mógłbym to samo polecić kobiecie, tego niestety nie wiem. Po angielsku się mniej lub bardziej dogadasz, ludzie też są bardzo życzliwi, chociaż oczywiście często na biednym turyście chcą zarobić, ale tak to już jest wszędzie 🙂 Bagaży pilnować trzeba, ale chyba nie bardziej niż wszędzie indziej.
      Myślę, że na pierwszy raz polecałbym Ci wycieczkę zorganizowaną, albo taką jak moja – tydzień zwiedzania i potem tydzień odpoczynku na własną rękę. Zorganizowałem sobie sam (i współziomkom) wycieczki do farmy słoni (stąd wiem, jak to tak naprawdę wygląda), do dżungli i wodospadów Pala-U czy do jaskini Phraya Nakhon, o szwendoleniu się po Night Markecie czy bardziej lokalnym miejscówkach nie wspomnę. Ale ja jestem sporawym facetem. Nawet bardzo sporawym 🙂

  • Pingback: Co trzeba wiedzieć jadąc do Tajlandii? | dizajnuch.pl - blog faceta...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Bardzo dobrze, że poruszasz ten temat. Ostatnio była straszna afera, że jedna z tych tajskich agencyjek turystycznych podaje narkotyki zwierzakom, by były potulne jak trusie i chwilowo ludzie się oburzali. Ale obawiam się, że gdy sprawa przyschnie, kolejne tysiące turystów będą nakręcać ten biznes. A jak jest popyt, to jest i podaż. Zatem dzięki za to, że tak prosto z mostu o tym piszesz.
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

    • No niestety – dopóki znajdą się ludzie do płacenia za takie „atrakcje”, dopóty one nie znikną. Wiem, że świata nie zmienię, ale może ktoś mnie kiedyś przeczyta i o jeden zastrzyk mniej taki tygrys dostanie?

      Dziękuję za życzenia i życzę rewelacyjnego 2017 roku 🙂

  • Na szczęście masz mnie – doradzę, ostrzegę 🙂

  • Jakbym dostała taką piłką w czoło, to miałabym traumę do końca życia…Z tymi zwierzętami to przerażające, jak dobrze, że jesteś gość i nie byłeś w stanie wykorzystać tych biednych zwierząt 🙁

  • Nie moje klimaty, ale racja jest jakiś taki blogowy szał na Tajlandię

  • Jestem ciekawa jak długo będzie trwał szał na Tajlandię i co będzie następne. Egipt i ogólnie Afryka północna tak prawie 10 lat była na topie ;).

    A jest coś co byś polecił do zobaczenia w Tajlandii?

    • Świat się tak szybko zmniejsza i zmienia, że naprawdę ciężko jest prorokować. Ja obstawiam coś, co teraz dopiero zaczyna być turystyczne – Gruzja, Armenia, Albania, takie klimaty.

      Poza tym powyżej właściwie wszystko 🙂

  • Eh, nie tylko tam zwierzęta są otumaniane, by człowiek mógł na nich zarobić. Starczy popatrzeć na niektóre osoby żebrzące z psami…

    • A wiesz, że w Tajlandii nie widziałem w ogóle żebraków? Każdy jakoś dorabia…

  • eV

    Z tymi zwierzętami to bardzo smutna sprawa. Słyszałam nie raz, jak w Azji, w ramach atrakcji turystycznej, wykańcza się nawet zagrożone gatunki. Dobrze, że o tym napisałeś. Nie każdy pewnie ten hak zauważył.

    • Wiesz, nie jestem przeciwny temu, że egzotyczne zwierzęta były atrakcją turystyczną. Ale temu, żeby je dla rozrywki męczyć już tak.

      • eV

        Mam wrażenie, że pierwsze bardzo szybko przekształca się w drugie, kiedy tylko pojawia się perspektywa większego zysku…

  • No, jakbyś nie miała dość, to byłbym zły 😉

    Ja z kolei na wielbłądzie miałem wrażenie, że zaraz zlecę na pysk, zwłaszcza, jak siadał czy wstawał. Ekstremalne przeżycie.

  • „Podobno być w Tajlandii i nie zobaczyć ping pong show, to jak być w Londynie i nie zobaczyć Wieży Eiffla.” – You made my day!
    Rewelacyjny tekst – po południu poleci u mnie na fanpage, bo fantastycznie mi się czytało! 🙂
    A o Tajlandii marzę i to nie przez wszystkich blągierów a od kiedy skumałam, że jest to świetna okolica na backpacking – poszłabym sobie na taką wycieczkę, oj poszłabym 🙂

    • Ja pojechałem z touroperatorem, trochę z wygody, trochę chyba ze strachu, bo to nie Europa, gdzie wszystko jest właściwie takie samo, jak u nas. Ale teraz już bym gonił spokojnie – jest tanio, w miarę bezpiecznie i na pewno bardzo ciekawie i pouczająco. No i mają sporty ekstremalne, jak ten pingpong 🙂

      PS. Dziękuję bardzo, polecam się na przyszłość 🙂

  • Jacek, jak mi się przyśni pingpong szoł- i gonna kill U 😛
    ps. <3 za post o oszczędzaniu biednych zwierzaków
    pps. tak kręcą tłkami na szpilach faceci?? 😀

  • Zazwyczaj takie miejsca są nastawione na jak największe skrojenie turysty z kasy. Dla takich państw jak Tajlandia, dochody z turystki to znacząca cześć budżetu kraju.

    • Jak to i dla wielu innych. Turystyka zaczyna być przemysłem i jak to w fabrykach – zaczyna liczyć się tylko zysk, nie jakość czy dbałość o inne sprawy. Smutne, ale prawdziwe.

  • ok, na pewno jakąś kulturę ma, ale Europejczykom, którzy w niej nigdy nie byli, zupełnie nie daje jej poznać. tak jak pisałam w komentarzu wyżej, myśląc „Tajlandia” mam na myśli wykorzystywanie zwierząt i niemieckie imprezy. co innego mam natomiast przed oczami, gdy myślę „Wietnam”, „Kambodża” czy „Laos”, chociaż tam też nigdy nie byłam. po prostu dla mnie Tajlandia nie budzi dobrych skojarzeń i nie potrafię jej powiązać z żadną unikalną kulturą.

  • My się trochę włóczyliśmy, ale że to mój pierwszy raz, to jednak kilka nomen omen żelaznych punktów odwiedzić musieliśmy. I też szwendoliliśmy się trochę mniejszymi uliczkami, ale przyznam się szczerze – nie czułem się bezpiecznie. Nie pytaj, czy to wpływ śniadych i brodatych facetów, których wszędzie pełno, czy bałem się kieszonkowców, nie wiem. Fakt faktem, że w Bangkoku nie czułem takiego ciągłego napięcia, jak w Paryżu, chociaż to przecież zupełnie inna kultura i jakby dalsza mi, bo azjatycka. Paryża nie pokochałem wcale, o czym zresztą niedługo napisze.
    Rację masz, że sam Paryż może się podobać. Ale najlepiej bez ludzi 🙂

  • O ześ mi zaimponował już dzisiaj drugi raz…

  • Tajlandia to jeden z trzech krajów na świecie, do których z pewnych powodów mnie w ogóle nie ciągnie (pozostałe to Indie i Japonia). przede wszystkim dlatego, że to państwo jest do szpiku kości zepsute turystyką. w moim odczuciu to po prostu kraj bez kultury, wyreżyserowany pod turystów, obdarty już ze wszystkiego, co być może kiedyś było tam cenne.
    a co do wykorzystywania zwierząt, napisałam podobny post u siebie: http://www.autopogon.pl/2016/09/trzcina-cukrowa-to-nie-lekarstwo-na-zy.html. obym nigdy nie musiała znaleźć się w miejscu, w którym płaci się za oglądanie cierpienia zwierząt.

    • O ile z częścią dotyczącą zwierząt zgadzam się w całej rozciągłości, to jednak z tą o turystyce nie do końca.

      Jak sama doskonale wiesz, świat się zmniejszył strasznie i na chwilę obecną turyści to przemysł ważny lub coraz ważniejszy w każdym kraju, nawet w takich zadupiach, za jakie do tej pory uważano Albanię. I każdy kraj ładuje w turystów kasę w nadziei, że ci turyści tej kasy zostawią więcej, niż władowano. Pod względem tego, że większość rzeczy ustawiona jest pod przyjezdnych z aparatami nie czułem różnicy pomiędzy Bangkokiem, a np. Paryżem, w którym byłem miesiąc wcześniej. Ba, nawet bym powiedział, że mi osobiście mniej przeszkadza tłum turystów i lokalsów namawiających na swoje usługi na Khao San niż tłum turystów i uchodźców sprzedających badziewie i nachalnie zaczepiających ludzi pod Luwrem.
      Nie zgodzę się też, że to kraj bez kultury czy historii. Ba, wg mnie bardziej odarty z wyjątkowości jest Paryż właśnie czy Mediolan. Tam to dopiero bezwstydnie i bez skrupułów trzepią kasę na turystach. I te tłumy…
      Pewnie dlatego bardziej mnie ciągnie gdzieś w dzikość niż do wielkich miast.

      • co do Paryża, to się zgadzam – wszystko też jest na wskroś przesiąknięte turystyką, choć według mnie i pod tym względem Paryż został wyprzedzony przez Rzym czy Istambuł (nie wiem, mi się tam w Paryżu podobało, dlatego go bronię). w Tajlandii nie byłam, ale czuję, że ta cała otoczka mnie bardzo zniechęca. nie jestem hipsterem, który nie pojedzie w znane miejsce, bo chce być bardziej „tró” – chętnie odwiedzam te wszystkie turystyczne punkty, no tylko ta Tajlandia mnie jakoś tak odrzuca. nie jara mnie imprezowanie do białego rana w towarzystwie podekscytowanych Niemców podczas gap year i przewalających na prawo i lewo kasę samotnie podróżujących Francuzów. nie jara mnie bezmyślne chodzenie na atrakcje, jakich w tym mieście pełno. nie jara mnie jechanie na drugi koniec świata, żeby i tak przebywać głównie w towarzystwie Europejczyków, dla których reżyseruje się ten cały spektakl.
        nie wiem, takie mam zdanie o Tajlandii. może kiedyś się zmieni.

        • Hihi, do hipsterstwa mi dalej, niż do Bangkoku 🙂 W Rzymie czy Istambule, wstyd przyznać się – nie byłem. A o Paryżu wpis pojawi się jak dobrze pójdzie w poniedziałek 🙂

          To wszystko kwestia tego, po co jedziesz i co na miejscu robisz. Ja nie chodziłem na imprezy, więc nie wiem, w jakim bym pił towarzystwie – piłem bardziej stacjonarnie z kumplem, z którym razem pojechaliśmy 🙂 Atrakcje wybraliśmy raczej poza miastem (wyłączając oczywiście Bangkok) i powiem Ci, że nie było grama reżyserii i europejskości np. w tuptaniu przez góry do jaskini Phraya Nakhon, za to był zajebisty wyryp i satysfakcja po wejściu najpierw na górę, a potem po zejściu na dno jaskinii. Tak, że wiesz, zależy co kto lubi, na co trafi i ile będzie miał szczęścia 🙂

          • no rozumiem 🙂 jeśli kiedyś wybiorę się w tamte strony, to raczej uważnie będę dobierać atrakcje. może uda mi się poczuć prawdziwy tajski klimat, choć na razie nie mam o nim nawet cienia wyobrażenia ;p

            • Może to dlatego uważasz, że Tajlandia to komercyjna wydmuszka pod turystów? A to raczej nie do końca prawda 🙂

              • no nie mam, bo w kółko słyszę tylko o tych niemieckich imprezach i wykorzystywaniu zwierząt. Tajlandia nie daje szansy poznać się z innej strony.

        • Gdyby nie bezkrytyczna miłość do Barcelony i Katalonii, nazwałbym się Italofilem. Nie podzielam jednak zachwytu jaki budzi Rzym. Pytany, każdorazowo odradzam wizytę w nim. Rzym to nie Włochy. To miasto o mentalności kurortu nadmorskiego. Wszystko co włoskie zostało w nim zatracone. W Rzymie chociażby nie zamyka się sklepów, czy knajp w godzinach popołudniowych. Nie do pomyślenia w innych częściach. Skubanie turystów trwa na okrągło. Posługując się językiem młodzieży, czyli naszym, Rzym jest przereklamowany. Chociaż Zatybrze ma swój urok, ale… nocą. Mam miłe wspomnienia. Kiedyś jakaś gwiazda lokalnej soap opery telewizyjnej, na tyle znany, że pstrykano sobie z nim fotki i proszono o autografy, podrywał mi żonę w knajpce. Nie, nie, żadne rękoczyny. Piliśmy sobie wspólnie wino, ale miał takie gadane, taki bajer, że czapki z głów. Definicja włoskiego amanta.

          • I trzeci…

          • dla mnie to akurat całe Włochy mają klimat podobny do Rzymu i są przereklamowane ;p ok, nie byłam wszędzie, ale w co najmniej paru miastach, mniejszych i większych. chciałabym się jeszcze kiedyś wybrać na Sycylię i do Neapolu, dać im jeszcze jedną szansę.

            • Twoje prawo Pani tak sądzić. Rzym, Florencja, Verona, czy Wenecja z regularnie wybijającą kanalizacją są oblężone przez turystycznego najeźdźcę. Nie zmienia to faktu, że urocze, lecz dłuższe przebywanie w nich może być męką.
              Włosi to specyficzna nacja w swym sposobie bycia. Dobrze dostosować się do ich poziomu i wchodzić w interakcje. To część ich mentalności. Nie stawiać muru. Wtedy ten styl bycia, nieco impertynencki czasem, staje się bardziej zrozumiały i nie oznacza ataku. To włoska normalność, z którą tylko Włochom zdaje się być do twarzy.
              Włochy według mnie, to przede wszystkim prowincja. Nie Toskania, chociaż bajeczna, ale Umbria (niestety coraz bardziej oblegana), Apulia, surowa Calabria. Auto z dobrym radiem, pozycja zimny łokieć, okulary słoneczne (tworzą styl), tempo patrolowe, drogi trzeciej kategorii odśnieżania. Nigdzie nie zjesz lepiej, nie spotkasz równie życzliwych osób, niż w wiosce w której jesteś pierwszym turystą od zawsze.
              Nigdy nie dotarłem do Neapolu. Trochę z obawy, iż mogę się zawieść, ale i względy bezpieczeństwa. Sycylia, której widziałem zaledwie część części zachodniej zaskoczyła mnie i uwiodła. Mogę powiedzieć utarła nosa.
              Nie jest to usilna próba przeciągnięcia Cię na swoją stronę, bo każdy gustuje w innym kolorze. Ty w niebieskim, ja w czerwonym. Każdy więc czuje się dobrze w innym miejscu. Życzę Ci by tych miejsc było jak najwięcej, wiatru w żagle i satysfakcji z przyszłych wojaży.

              • dziękuję! widzę, że we Włoszech mam jeszcze mnóstwo do odkrycia, choć w najbliższym czasie wybiorę pewnie trochę inne kierunki, bo reszta Europy też czeka na swoją kolej 😉

              • I tu się zgodzę w całej rozciągłości. A Neapol naprawdę warto odwiedzić 😉

          • Akurat Trastevere to najbardziej bezczelnie turystyczna część Rzymu: aspirująca do autentyczności, a pełna anglosaskiego turysty. Ładnie tam, owszem, ale mało autentycznie.

            • Wyobraźnię mam wybujałą ponad miarę. Jak jej tylko popuszczę wodzy to dokazuje niczym Karino na wybiegu. Bez urazy Amelio (jeśli prawdziwe, to piękne imię i jestem gotów zakochać się ślepo , oczywiście za zgodą Żony), lecz nie potrafię odczytać poprawnie Twojego komentarza i jego przesłania, którego wcale nie musi posiadać. Ponieważ właśnie owa wyobraźnia podpowiada mi – czyżbyś wietrzyła spisek, a mury Zatybrza nie były tak stare jak próbują nam to wmówić bezczelni italiańcy?! Dziewczyno! Za takie treści palono kiedyś na stosie.
              Wybierając się do miejsca, którego elementem składowym jest tłum, trudno oczekiwać, że on, tenże tłum zniknie wraz z naszym pojawieniem. Po prostu nie jedziemy w takie miejsce. Jak z kinem, którego repertuar dość rygorystycznie selekcjonujemy i wybieramy to co nam się podoba. Godząc się mimo wszystko na przebywanie w takim dość gęsto zaludnionym miejscu, nie można mieć pretensji do wszystkich wokół, o tworzenie tej ludzkiej masy, bo sami jesteśmy jej współtwórcą. Jest w tym paradoks, stoimy w tłumie i uznajemy, że wszyscy wokół go tworzą, nie my.
              Nie ma więc co się obrażać na miejsce, tylko albo nie jechać, bądź zmienić nastawienie i oczekiwania.
              Przez wzgląd na osobę i szacunek do autora, wypracujmy kompromis w tej sprawie, bo Rzym to nie Tajlandia i znacząco odbiegam od tematu.
              Zatem Rzym – nie! Zatybrze – nie! Chyba, że pod osłoną nocy, o czym napisałem, bo bez dwóch zdań, jest urokliwy, ale za dnia bezczelny i zatłoczony.

              • Z tym tłumem, to Kolega bardzo mądrze powiedział. Coś w tym jest.

              • Rzeczywiście wyobraźnię masz bujną.
                Rzym lubię, z całym jego tłumem i skubaniem turystów, które z mojej włoskojęzycznej perspektywy stanowi niewątpliwie ciekawą część rzymskiego folkloru. A Zatybrze – jak napisałam – owszem ładne, ale ma się do Rzymu jak Plac Zbawiciela do Warszawy 😛

                • Nie dość, że imię piękne, to jeszcze inteligentna i włoskim włada. Amelio, wyjdź za mnie!
                  A cóż Ty masz do Pl. Zbawiciela? Miejsce i piękne, i gustowne. Że punkt zborny brodaczy w okularach z rogowymi oprawkami, posiadaczy maców, przedstawicieli wolnych zawodów, miłośników rowerowych old tajmerów z żelowymi siodełkami oraz całej reszty, która zblazowaniem wyraża pogardę do wszystkiego co ją otacza (oprócz Szarloty)? Może trąci nieco lansem, ale należy wdziać okulary z filtrem i nie dostrzegać w/w pospólstwa. Traktować jak folklor, podobnie jak w rozważanym przez nas przypadku włoskim.
                  Cieszę się niezmiernie, ze doszliśmy do porozumienia i gramy w jednej, tej samej, włoskiej lidze.

  • Widzisz Karol prowadzę ostrzał z każdej strony. Dopiero co z jednej strony odpierałeś mój atak, a ja manewr oskrzydlający i w innym wpisie salwę odpaliłem. Jak ten rycerz nindża. Skradam się i przemykam. Tu pierniczki zapakuje do piekarnika, coś poczytam, pierniczki wyjmę, dla odmiany piernik wsadzę i w oczekiwaniu słowem komentującym się podzielę. Odpierdalam w tym pierniczym dziele niczym hrabia w tańcu. Ale do adremu, że tak powiem.
    Karol, a w jakie to niby klocki są dobre te Tajki? Czyżbyś seks miał na myśli, tylko wrodzona nieumiejętność dyskusji o „tych klockach” kazała Ci klikać tak enigmatycznie? Dobre nie dobre, raczej cennik świadczonych usług tutejsze panie mają mocno nie wygórowany.

    Co do apelu w sprawie zwierząt jestem jak najbardziej po linii, ale…
    Nie uważasz, że brzmi on nieco karykaturalnie? Jak kogoś kto jadąc Mercedesem namawia wszystkich wkoło by przesiedli się na rowery. Owszem Twoja odezwa ma ładny wydźwięk i trudno jej nie popierać, daje po gałach zajebistej mocy poprawnością moralną i tak w ogóle. Niemniej (już się nauczyłem pisać łącznie) jest zapotrzebowanie na wątpliwą atrakcje typu safari, zatem czego się można spodziewać. Jak w cyrku. Nasz klyent, nasz per pan. Chce zwierzątka, ma zwierzątka.
    Kończę, bo mnie się piernik przyhajcuje i będę mógł go sobie w buty wsadzić.

    • Tym pierniczeniem to mi Kolega imponuje, nie powiem. Pewnie dlatego, że moimi ostatnimi pierniczkami ów rycerz nindża mógłby rzucać jak szurikenami, takie skubane były wytrzymałe.

      Ajć, sprawy porządkowe – IMHO powinno być „dobre, niedobre” i zdecydowanie powinno być „niewygórowany”. A teraz wróćmy. O klockach możemy pogadać, zapewniam Cię, bo nie występuje u mnie nieumiejętność dyskusji o nich. Ale nie na blogu, gdzie występuje mój świadomy wybór nie dyskutowania w temacie seksu. Jak Kolega ciekawy będzie powodów, to może na priva uderzać, a ja może się podzielę tymiż powodami. Co do cennika – nie znam ani cen środkowoeuropejskich, ani tajskich, więc ciężko mi porównywać stawki, o jakości usługi za owe stawki nie wspominając. Kolesie z turnusu mówili coś o 3000 bahtów, które zbili do 1500, ale czy taka jest zwyczajowa taksa ciężko mi powiedzieć. Odniesienia nie mam i nie planuję mieć.

      Widzi Kolega, ja nie jestem z tych, którzy zastanawiają się, czy hamburger, którego właśnie wpieprzam ze smakiem miał imię i rodzinę. Porządek rzeczy jest jaki jest i człowiek póki co siedzi sobie na szczycie drabiny pokarmowej i jakoś nie spędza mi to snu z powiek. Ale tu mówimy o żarciu (tak, wiem, podobno blisko 30% tegoż marnujemy), a nie o rozrywce. I dlatego uważam, że te zwierzątka na safari powinny być traktowane nazwijmy to po ludzku, bo bardzo ciężko na to pracują i zarabiają tyle, że im się to należy. Ale tutaj wiadomo – kasa Misiu i świata nie zmienię, ale takie akcje jakie miały miejsce w słynnej Tiger Temple (http://news.nationalgeographic.com/2016/06/tiger-temple-thailand-wildlife-trafficking-buddhism/) to już jebana patologia i to powinno być tępione.
      Ale teraz trochę odbiegnę – co tu oczekiwać od homo sapiens litości dla zwierząt, kiedy w Aleppo dzieje się to, co się dzieje…

      • Pffff, cóż mogę powiedzieć… pierniki to moje drugie imię. Posiadam wiele ukrytych talentów. Świetnie gram na gitarze, bajecznie tańczę, znam się na fizyce kwantowej i niesamowicie się trzaskam. Ale o tym już chyba wspominałem. A co do rzeczonego pierniczenia, zarówno piernik i jego mniejsze odpowiedniki, pierniczki, udały się petarda. Samozwańczo obwołuję się królem kuchni, a przynajmniej pierniczenia.

        Karol widzę, że pedagogiczne powołanie Cię nie opuściło. A nie uczono Cię, że takie wytykanie jest burackie, a jeśli nie to z pewnością jest sporym nietaktem? Od siebie dodam, że i dyscypliną koronną naszego oczytanego narodu? Jeszcze trochę, a powiesz mi, że jestem u pani i mam ocharane drzwi. Karolu, merytoryki się trzymamy, merytoryki. By sprawę jednak zamknąć stosowną klamrą, spieszę by Cię uspokoić. Oczywiście masz rację. Niewygórowane pisze się łącznie, ale tak byle głupiec potrafi. Ja natomiast jestem nonkonformistą i w moim słowniku widnieje nie wygórowany.

        Wcale nie nawołuje do porzucenia mięsnych rozkoszy kulinarnych i przejścia w stan veg. Czasem człowiek potrzebuje nieco flajsiu i krwi na brodzie dla lepszego samopoczucia. Wszak jesteśmy również zwierzętami, aczkolwiek prowadzącymi nierówną walkę. Sama koncepcja safari jest delikatnym zwyrodnieniem, jak tresura w cyrku. Zatem korzystanie z tego typu atrakcji napędza rynek. Dochodzimy do miejsca gdzie stajemy przed wyborem rezygnacji z własnych kaprysów i przyjemności na rzecz deklaracji. Łatwo się rzuca sloganami, kiedy nic nie kosztują. Nie pojedziemy na safari, mały, może nieznaczący, kamyczek w walce, ale zawsze coś.

        A, no i miło mi słyszeć, że niuanse tych „klocków” są Ci doskonale znane, a jedynie maniery nakazują Ci spuścić na temat kurtynę milczenia. Nie wiem czy do Ciebie dobiegło, ale to gruchnął kamień z mojego serca.

        • Kolega mi przypomni, bo ja już wiekowy jestem i pamięć mam zawodną jak Atari 65XE, nie mówił kiedyś aby Kolega, coby mu błędy ortograficzne wytykać za każdym razem, jak się pojawią bo per aspera ad astra i takie tam? Tak czy siak od dzisiaj załóżmy, że spuszczam na nie zasłonę milczenia i nie walą mnie po oczach.
          Na safari nie byłem. Znaczy na farmę owszem, dojechaliśmy, ale nie dałem skubańcom zarobić za wożenie mojej dupy na grzbiecie słoniowym. Ot, taki mały kamyczek, pewnie wielkości podobnej, co ten z serca spadnięty.

  • AnetaNieZajac

    Zapomniałeś jeszcze o najgorszej dla mnie „atrakcji”, czyli kobietach z obręczami na szyjach. To jest moja tajska trauma.

    • Akurat nie widziałem i nie miałem kontaktu, ale tutaj nie wrzucałbym ich do jednego worka z pingpong show czy zdjęciami tygrysów.
      Te kobiety nie robią tego, żeby być atrakcją dla turystów czy dla kasy, a żeby wpisywać się w ich tradycyjne kanony piękna. To mniej więcej to samo, co rozciągnięte uszy u Masajów czy dolna warga u Mursi. Dla nas może to być wręcz okrutne, ale dla nich to norma, jakkolwiek by nie była dla nas dziwna. Pytanie, czy w ogóle powinniśmy w te tradycje ingerować? Trudne pytanie i chyba nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi.

  • Ja wiem, że ciekawość to często pierwszy stopień do piekła, ale jestem pewna że jak pojadę do Tajlandii to nie oprę się i pójdę na to ping pong show. Choćbym przez tydzień miała mieć później mdłości 😀

    • Ja myślę, że jak spytasz przy wejściu, czy główna szołmenka jest choć trochę młodsza niż pokłady węgla brunatnego i dostaniesz potwierdzenie, to może nie być aż tak źle. Zawsze to nowe doświadczenie, a w razie czego można złożyć reklamację, że wprowadzili Cię w błąd 🙂

  • Katarzyna Wójcik Respendowicz

    Straszny widok, ten tygrys mnie dobił. Okropne jest wykorzystywanie zwierząt.

    • Wiesz, człowiek wykorzystuje zwierzęta od wieków, ale teraz robi to tylko dla kasy i rozrywki innych. Nie idzie to w dobrą stronę…

  • Wiesz co? Szczerze mówiąc nie miałam siły obejrzeć tych zdjęć! Przygotowuję artykuł na temat ZOO Stop!, ale ponieważ mam mega dużą wrażliwość, to moje zdjęcia będą bardzo soft…bo ja w większość miejsc nie poszłam, zrobiłam materiał przy okazji. Takie rzeczy powinno się bardzo nagłaśniać, żeby wreszcie przestały się dziać. Chyba najgorzej jest jak widzisz tygrysy – drapieżniki kochające wolność – w takiej scenerii. To najbardziej trafia w serce…:(

    • Jeśli chodzi o ogrody zoologiczne to nie jestem im przeciwny, o ile oczywiście zwierzęta mają tam dobre warunki, to dla mnie warunek konieczny. Co innego cyrki i tego typu „rozrywki”, jak na farmie w Hua Hin.

  • Jestem wyjątkowo czuła na krzywdę wyrządzaną tygrysom. Nie żeby inne stworzenia nie robiły na mnie wrażenie, ale tygrysy mają specjalne miejsce w moim sercu. Sama naćpałabym tych „opiekunów” i zrobiłabym z nich ladyboye, o!

    • A dlaczego akurat tygrysy, jeśli mogę spytać?

      • Bardzo podobają mi się wizualnie, uwielbiam koty, a w połączeniu z faktem, że jest ich na ziemi coraz mniej – no jakoś tak serce mi mięknie.

        • To fakt, – nawet te wychudzone, które biegały w wybiegu obok wyglądały majestatycznie i groźnie.

  • Moi znajomi już drugi raz z Tajlandii wrócili i wciąż nie widzieli ping pong show.. to oni w ogóle w Tajlandii byli? Ale mnie ten opis jakoś nie zniechęcił mimo wszystko.. no dobra, ekstremalne, no dobra osobiście szkoda byłoby mi kasy, ale przecież to jest dla chętnych i wiadomo, co będzie się działo. Więc to tak jakby iść do kina na film akcji i narzekać, że była akcja 🙂 Chyba, że zabieramy się za osądzanie tych dziewczyn, ale moim zdaniem nie tędy droga.

    • Gorzej, jak nie do końca zdajesz sobie sprawę, co to będzie za akcja i nie jesteś na TAKĄ akurat akcję przygotowana 🙂
      Z tego co kolesie opowiadali, to najgorsze w tym wszystkim było to, że cały show robiła stara i obleśna baba. Sorki, ale akurat pokazując te rejony powinna być jakaś spełniająca choćby minimalne wymagania estetyczne. I to pewnie dlatego była dla nich taka trauma 🙂

  • Ludzie upodlają się sami, a zwierzęta są upodlane są przez ludzi. Tu i tu winny jest człowiek o ile można go tu nazwać człowiekiem. Swoją drogą myślę że te Tajki są szprycowane tym samym co te zwierzęta, może w innej dawce. I w sumie nie wiem czy zniechęciłeś czy zachęciłeś tym wpisem, zwłaszcza panów. 😛

    • Pytanie, czy są szprycowane, czy szprycują się same? IMHO różnica znaczna.
      Oj wiesz, w człowieku jest taka ciągota do obrzydliwości i niezdrowej ciekaości – mnóstwo dzieciorów pewnie kijem trącało zdechłą wronę, żeby sprawdzić, co się stanie. To trochę chyba podobne doznanie 🙂

  • Pingback: BEFORE I DIE chciałbym...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Z racji wspomnianej przez Ciebie popularności Tajlandii, a szczególnie Bangkoku, słyszałem o tych atrakcjach. Co do słoni i innych męczonych zwierząt absolutnie racja, odpuszczamy, bo to absolutnie przykładanie ręki do ich cierpienia. W temacie ping-ponga, hmm to może być ciekawy sport 😉

    • Może. Ale czy jesteś gotowy na tak ekstremalną dyscyplinę sportu? 🙂

  • zgadzam się, słabe są te bransoletki u słoni…

  • Pamar Travel

    Świetne zestawienie. Rzeczywiście te haki są odrażające, ale to nic w porównaniu z tym, co serwuje się słoniątkom, w dzieciństwie po aby mogły wozić turystów. Od tortur niektóre umierają… Wszystko leży w rękach turystów. To dla nich cierpią zwierzęta

  • Biedne słonie i tygrysy :(. Aż skóra cierpnie na samą myśl! A to ping pong show… pozostawię bez komentarza 🙂

    • Jakbyś widziała miny tych gości, którzy na pingpong show poszli, to było by Ci ich nawet żal 🙂

  • Jak można takie rzeczy zwierzętom robić….wstyd mi za ludzi…

    • Powiem Ci, że na zdjęciach to tak nie wygląda tragicznie, jak w rzeczywistości. A jak widziałem takiego starego upasionego Angola, który na tygrysie się kładł, to przez chwilę miałem mordercze myśli.

  • Wszystko i nic, tak na mnie działa przepych 🙁

  • Wlasnie, tak jak piszesz, robi sie z tego ‚drugi Egipt’- moze to powod, dla ktorego raczej sie tam nie wybiore? Wiadomo, kazdy lubi co innego, a mnie wystarczy Twoja relacja 🙂

    • Jeszcze nie jest aż tak wszystko pod turystów, jak w Egipcie, ale powoli ku temu zmierza, więc jak masz w planach, to się spiesz 🙂

  • Pójscie na Ping Pong Show było jedną z moich głupszych decyzyji ever. Gwiazda wieczoru na około miała 180 lat i nie tylko piła, paliła, strzelała, ale też włożyła sobe „tam” dwa małe żółwie. Chociaż kwestia sporna czy „małe”. Jesli miałbym je sobie gdzieś wsadzić, uznałbym, że są olbrzymie. Po wszystkim zrobiła rundke po publice i zbierała napiwki do pojemnika próżniowego, i nie ma, że nie dajesz. Stała i drążyła tak długo wzrokiem, aż wyskoczyłeś z kasy. Sama „atrakcja” tez nie jest darmowa, jest przymus kupienia drinka, który zaleznie od lokalu krzyczy od 50 do + nieskończoności złotych.

    P.S. Podpisuje się pod punktem o unikaniu przejażdzek na słoniach i samojebek z tygrysami. Czytałem niedawno, że był nalot policji na parki z tygrysami i je pozamykali, bo morze narkotyków znaleźli. Fejkowe info?

    • Chyba nie, bo nasz taxi drajwer, który miał wszystkie wycieczki w cenie 1/5 tych od tour operatora powiedział, że niestety do Tiger Temple nas nie zawiezie, bo jest „problem”. Podejrzewam, że wszędzie tam, gdzie turyści debile robią sobie ze śniętym tygrysem fotkę jakieś prochy muszą być, bo ciężko mi uwierzyć w to, że szprycują je legalnymi i odpowiednio dawkowanymi lekami. Pewnie dostają max strzała i nikt się nie przejmuje, co się ze zwierzem dzieje. Fchuj to smutne, powiem Ci, bo nawet jak to mają być atrakcje dla turystów, to mogą być zrobione jakoś humanitarnie. I to mówię ja, który wcale się nie zastanawia, czy hamburger miał imię.

      Ale że jak kurwa żółwie?? Żywe?? Czekaj, muszę to u Ciebie odszukać.

      • Ze słoniami miałem tak, jak Ty. Podjechalismy skuterem na farmę, pokarmilismy bananami, po czym przyszedł typ z hakiem i nagle otworzyły nam się oczy. Na tygrysy nawet nie planowałem jechać, bo samo wejście to już dorzucenie się do interesu, a nie jest żadną tajemnicą, że one są tak mocno szpyrcowane dragami, że nawet Charlie Sheen zazdrości. Smutne to, a jeszcze smutniejsze są instagramowe samojebki z nieprzytomnymi kotami i wiara, że one po prostu leżakują po obiedzie.

        Żywe żółwie. Potraktowała je gorzej niż Shredder Żółwie ninja.

        • Tutaj jedne i drugie były w pakiecie na jednej miejscówce, do tego jeszcze krokodyle i cobra show. Chciałbym zobaczyć, jak się taki kotek po obiadku budzi i takiego tępego jemioła wpierdala na deser. Albo nie, wystarczy, żeby go tylko nastraszył.

          Jakiś greenpis bym na nich nasłał za te żółwiki, o!

          • Zapomniałem powiedzieć, że na zapleczu tygrysich swiątyń znaleźli tez mnóstwo kłów, skór i szmalu w gotówce, więc jak ktoś napisze, że to są tygrysy ocalone przed przerobieniem na amulety (a widziałem taki głos), to cycki opadają. Z innej beczki – jak wrażenia po durianie? Szczerze, kupiłem na ostatnim wyjeżdzie i ani nie śmierdział szczególnie, a w smaku to juz totalne rozczarowanie. Nie wiem juz sam, czy to mit, czy może jakiegoś starego, wywietrzałego kupiłem :/

            • Ja właśnie poguglałem i zobaczyłem małe tygrysiątka wjebane w całości do słojów z formaliną pewnie albo spirytusem (na national geographic są foty). Upierdoliłbym takim skurwielom łapy przy samej dupie.

              Mieszane 🙂 Na Khao San zjadłem takiego własnie jakby lekko zleżałęgo, co to mocno nie śmierdział, w smaku jakieś takie lekko waniliowe mydło, więc dramatu nie było, a kisielu w majtkach tym bardziej. Ale kiedy szwendoliłem się po Hua Hin, to zbłądziłem w jakieś dziwne rejony i trafiłem na taką budę, gdzie leżała solidna sterta durianów. Jebało jak z pały renifera już z daleka, a jak mi koleś takiego świeżego otworzył, to aż mi świeczki w oczach stanęły. Jak zobaczył moją reakcję, to dał mi spróbować kawałeczek i tu już w smaku był taki bardziej waniliowy i jakby z malinowymi nutkami. Wrażenie trochę jakbyś jadł waniliowo-malinowe lody w kiblu w akademiku po niezłej imprezie.

              • Czyli jednak. W takim razie muszę jechac jeszcze raz. W zasadzie to szukałem takiej wymówki 😉

  • … ej, ale że to już koniec? Tekst mi się normalnie urwał szybciej niż film małolatowi na imprezie… 🙁 … kiedy ciąg dalszy??

    • 1559 słów, a Koledze mało. Oj Kolega pazerny 🙂

      Z Tajlandii planuję jeszcze tylko dwa wpisy, jeden będzie z pierdyliardem zdjęć, drugi z bólem dupy, bo o lataniu 🙂

      • No paCZ tyle słów a ja faktycznie jakiś pazerny. No ale trudno tu u Ciebie nie mieć apetytu 😛