Czego NIE oglądać w Tajlandii?

 

Ostat­nio Taj­lan­dia to mod­ny temat wśród blą­ge­rów – sie­dzą tam ci duzi i takie malu­chy jak ja (moja waga wła­snie dosta­ła czkaw­ki ze śmie­chu, bo pamię­ta ile wysko­czy­ło, kie­dy ostat­ni raz się spo­tka­li­śmy i maluch nijak nie pasu­je). Może to nowy Egipt będzie? Bo póki co nie gania­ją tam w takiej ilo­ści bro­da­ci miło­śni­cy kóz pre­fe­ru­ją­cy wybu­cho­we roz­ryw­ki. I ponie­waż ci duzi już Wam opo­wie­dzie­li o tym, że na uli­cach dyn­da­ją kable i że wszy­scy kocha­ją kró­la, to ja nie będę się po nich powta­rzał, coby Was nie zanudzić.

Ja Wam dzi­siaj opo­wiem o tym, cze­go NIE oglą­dać w Taj­lan­dii. Tak dla odmiany.

czego nie oglądać w Tajlandii

Los kabel­los de la słupos

 

Taj­lan­dia to kraj kon­tra­stów. Z jed­nej stro­ny mamy wszech­obec­ną bie­dę i lepian­ki zbi­te z bla­chy fali­stej, a z dru­giej prze­pych kró­lew­skich pała­ców i nowo­cze­sne cen­tra han­dlo­we, gdzie na wej­ściu salu­tu­je nam odźwier­ny w wypra­so­wa­nym mun­dur­ku. Jest to też kraj, gdzie każ­dy tury­sta znaj­dzie coś dla sie­bie. Szu­kasz wyci­sze­nia i kon­tak­tu z mniej lub bar­dziej dzi­ką przy­ro­dą? Możesz poga­niać po dżun­gli i przez chwi­lę zoba­czyć na wła­sne oczy jak to jest, kie­dy sil­niej­szy poże­ra słab­sze­go. I nagle zna­ki o tym, że słoń może pode­ptać Twój samo­chód wca­le tak bar­dzo nie śmieszą.

czego nie oglądać w Tajlandii

Pają­kje­bie­dron­kę. Albo jasz­czur­ka żre robala.

 

Napa­leń­cy, któ­rzy naoglą­da­li się “Kac Vegas w Bang­ko­ku” i szu­ka­ją tutaj taniej i nie do koń­ca grzecz­nej roz­ryw­ki też będą zado­wo­le­ni, by nie rzec zaspo­ko­je­ni tym, co ofe­ru­je im noc­ny Bang­kok. Miło­śni­cy kuch­ni poczu­ją się tutaj jak w nie­bie (pisa­łem nie­daw­no o taj­skiej kuch­ni), podob­nie jak i ama­to­rzy wod­nych i pod­wod­nych sza­leństw. War­to tu przy­je­chać, żeby jak naj­wię­cej prze­żyć i zoba­czyć, ale są “atrak­cje”, któ­rych nie pole­cam oglą­dać w Taj­lan­dii. Cze­go? Dla­cze­go? Poczytajcie.

czego nie oglądać w Tajlandii

♫ One night in Bang­kok make’s a hard man humble ♫

 

Przejażdżka na słoniu czy zdjęcie z tygrysem…

Azja­tyc­ki egzo­tycz­ny kraj, więc wszyst­ko dooko­ła jest inne. Kwiat­ki, drzew­ka i zwie­rząt­ka. I bar­dzo kusi, żeby zoba­czyć jak naj­wię­cej z rze­czy nie­do­stęp­nych u nas. A co jest bar­dziej nie­do­stęp­ne, niż potęż­ne i nie­bez­piecz­ne zwie­rzę­ta – tygry­sy, sło­nie, jado­wi­te węże czy kro­ko­dy­le? Nawet na mojej liście marzeń taka prze­jażdż­ka na trą­bal­skim była zaraz obok jaz­dy na wielbłądzie.

I o ile na gar­ba­tym się prze­je­cha­łem kie­dyś w Egip­cie, to sło­nia odpu­ści­łem pomi­mo tego, że mia­łem jak naj­bar­dziej oka­zję, bo wybra­li­śmy się do Hua Hin Safa­ri, czy­li far­my-hodow­li dzi­kich zwie­rząt. Po pierw­sze cena – 2800 batów za pół­go­dzin­ną prze­jażdż­kę to jak na Taj­lan­dię bar­dzo dużo, ale taki dro­biazg nie powstrzy­mał­by mnie przed speł­nie­niem marze­nia. Powstrzy­mał mnie za to dłu­gi drąg z hakiem na koń­cu, któ­rym kor­nak tego bied­ne­go sło­nia dźgał, co zauwa­ży­łem, kie­dy kil­ka z nich szło nie­da­le­ko, żeby zabrać tury­stów na grzbiet. Obok, w bok­sach sta­ło kil­ka następ­nym na bar­dzo krót­kich łań­cu­chach i nie wyglą­da­ło jakoś szcze­gól­nie radośnie.

czego nie oglądać w Tajlandii

Nie było­by w takim obraz­ku nic złe­go gdy­by nie to, że dosłow­nie pól minu­ty wcze­śniej słoń był dźga­ny wiel­kim kijem z hakiem na końcu…

czego nie oglądać w Tajlandii

Sła­be takie bran­so­let­ki. Poza tym takie pięk­ne zwie­rze nie potrze­bu­je biżuterii…

 

Ale naj­więk­sze wra­że­nie zro­bi­ła na mnie kolej­na “atrak­cja” – zdję­cie z tygry­sem, a nawet z dwo­ma. Debil­ni tury­ści kła­dli się na nich, sia­da­li, robi­li róż­ne dur­ne miny w sty­lu we are the cham­pionsI’m a king of the world. Tygry­sy były tak naćpa­ne jaki­miś pro­cha­mi usy­pia­ją­co-uspo­ka­ja­ją­cy­mi, że nawet oko led­wie otwie­ra­ły. Myślę, że moż­na by im prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję na otwar­tym ser­cu i tak by nie zare­ago­wa­ły. Strasz­nie smut­ny to widok, kie­dy tak dum­ne stwo­rze­nia spro­wa­dza się do roli dywa­ni­ka czy maskotki. 

czego nie oglądać w Tajlandii

Czyż to nie roz­dzie­ra­ją­cy ser­ce widok? I jesz­cze ten łańcuch…

czego nie oglądać w Tajlandii

Widzi­cie te kable pod napię­ciem? Cie­ka­we, czy zamro­czo­ny pro­cha­mi tygrys czę­sto się od nich odbija?

 

Ale sko­ro jest popyt, to jest i podaż, więc moi dro­dzy – jeśli kie­dy­kol­wiek będzie­cie w Taj­lan­dii, albo innych kra­jach, gdzie na tury­stów cze­ka taka “atrak­cja”, to nie przy­kła­daj­cie swo­jej ręki do cier­pie­nia tych zwie­rząt. Ja wiem, że one nie pła­cą podat­ków, a my ludzie jeste­śmy pana­mi stwo­rze­nia, ale nie bądź­my pana­mi-idio­ta­mi bez ser­ca, ok? Jak już musi­cie, to sobie zrób­cie zdję­cie z takim sło­ni­kiem, o!

czego nie oglądać w Tajlandii

Taki sło­nik chy­ba nie cier­pi, prawda?

 

PING PONG SHOW

Oo moi dro­dzy, cięż­ki temat. Cięż­ki z dwóch powo­dów, a może nawet trzech.

Po pierw­sze cięż­ki dla­te­go, że sam ping pong show nie widzia­łem. Ale wie­dzia­łem co to jest, w prze­ci­wień­stwie do dwóch face­tów z moje­go tur­nu­su, któ­rzy przy­je­cha­li się zaba­wić, nie wie­dzie­li co to takie­go i dali się nacią­gnąć. I nie było takiej siły, któ­ra by mnie zacią­gnę­ła. Więc to będzie rela­cja z dru­giej ręki.

Po dru­gie cięż­ki dla­te­go, że owi pano­wie zoba­czy­li coś, co spo­wo­do­wa­ło u nich ogrom­ną trau­mę, bo za każ­dym razem kie­dy ich o ping pong show pyta­li­śmy, to dziw­nie łapa­li powie­trze, mie­li roz­bie­ga­ne oczka, ręką bez­wied­nie szu­ka­li szklan­ki wód­ki i za każ­dym razem mówi­li coś inne­go, a w rze­czach, któ­re już sły­sze­li­śmy zmie­nia­ły się szcze­gó­ły. Czy­li bar­dzo, ale to bar­dzo chcie­li wyrzu­cić to dra­ma­tycz­ne wspo­mnie­nie z pamię­ci i zepchnąć je w odmę­ty pod­świa­do­mo­ści i nie­by­tu. W port­fe­lu też im uby­ło chy­ba bar­dzo, bo bie­ga­li cały ranek w poszu­ki­wa­niu kantoru.

Po trze­cie cięż­ki dla­te­go, że pod karą spusz­cze­nia tęgie­go wpier­do­lu i zabra­nia wszyst­kie­go włącz­nie ze zło­ty­mi zęba­mi i pla­ty­no­wy­mi wstaw­ka­mi w kościach nie wol­no pod­czas ping pong show robić zdjęć czy nagry­wać video. A to ozna­cza, że musi­cie sobie sami uru­cho­mić wyobraź­nię i niech dobry Bodziu w nie­bie­siech ma w opie­ce tych, któ­rzy mają ją bar­dzo pla­stycz­ną. Ja nie­ste­ty kur­wa mam.

Taj­lan­dia to kraj, gdzie wie­lu face­tów (czy­taj sta­rych boga­tych pier­dzie­li na via­grze) jedzie sobie mówiąc kolo­kwial­nie zaru­chać. Jest podob­no tanio, Taj­ki są podob­no nie­złe w te kloc­ki i jest to podob­no przy­jem­ne. Nie wiem, nie znam się, zaro­bio­ny jestem, ale tych dwóch powyż­szych panów za to jak naj­bar­dziej przy­je­cha­ło spró­bo­wać. Do tego stop­nia, że jak poszli­śmy wie­czo­rem na Khao San, to goście znik­nę­li i poja­wi­li się nad ranem w hote­lu w sta­nie zaawan­so­wa­ne­go upodle­nia i zmę­cze­nia życiem. Opo­wia­da­li cie­ka­we rze­czy, włącz­nie z nacię­ciem się na lady­boya, ale widać było im mało wra­żeń, bo w dru­gą noc posta­no­wi­li zaj­rzeć na jesz­cze bar­dziej ciem­ną stro­nę Bang­ko­ku. A wie­cie co się dzie­je, kie­dy patrzy­cie w ciem­ność? Ciem­ność spo­glą­da na Was…

Tutaj zaczy­na się opo­wieść z dru­giej ręki. Pano­wie poga­da­li z kie­row­cą tuk-tuka, któ­ry obie­cu­jąc bum-bum i nie­za­po­mnia­ne wra­że­nia zawiózł ich na Pat­pong, czy­li taką ich­nią dziel­ni­cę czer­wo­nych latar­ni, sie­dli­sko grze­chu, roz­pu­sty i cho­rób wene­rycz­nych. Tam sobie weszli do nie­wiel­kie­go loka­lu z nie­wiel­ką scen­ką i rur­ka­mi, gdzie zaraz przy­sia­dło się kil­ka Tajek, któ­re zamó­wi­ły chło­pa­kom i sobie drin­ki. Tric­ky part – do takich loka­li wjazd jest za fri­ko, ale pierw­szy drink kosz­tu­je koło stó­wy. Jak­byś nie wie­dział, pła­cisz też za drin­ki tych wszyst­kich miłych pań, któ­re Cię obsia­dły. Na szczę­ście już tro­chę mniej. Ale kto boga­te­mu zabroni?

Tutaj zaczy­na się moja rekon­struk­cja wyda­rzeń, bo od tego miej­sca chło­pa­ki strasz­nie się mota­li w zezna­niach i wyka­zy­wa­li ozna­ki Zespo­łu Stre­su Poura­zo­we­go. Na sce­nę wla­zła pra­wie naga Taj­ka, któ­ra deli­kat­nie mówiąc cza­sy świet­no­ści ma już daw­no za sobą i zaczę­ła się gibać. W pew­nym momen­cie się giba­nia wycią­gnę­ła z sie­bie sznu­rek – tu zezna­nia się róż­nią, bo jeden mówił, że 20 metrów, dru­gi, że 25, ale ja i tak uwa­żam to za rów­nie impo­nu­ją­ce, co obrzy­dli­we. Skąd dokład­nie go wycią­gnę­ła, to sobie dośpie­waj­cie. Pra­nia bym potem na tym nie powiesił.

Potem zachcia­ło jej się palić i tutaj zno­wu zezna­nia się lek­ko roz­jeż­dża­ją – o ile obaj tak samo wska­za­li miej­sce, w któ­re nasza magicz­ka od sznur­ka wsa­dzi­ła sobie papie­ro­sa, to już róż­nią się odno­śnie tego, kogo popro­si­ła o ogień. W każ­dym bądź razie jeden z nich na dru­gi dzień palił mniej, niż wcze­śniej – może to jest meto­da, żeby rzu­cić? Po wal­nię­ciu kil­ku masz­ków kobie­cie zachcia­ło się pić, więc opróż­ni­ła pusz­kę coli czu­le obła­pia­jąc je war­ga­mi. Nie usta­mi. War­ga­mi. Na szczę­ście jej się nie odbiło.

No i crème de la crème, czy­li piłecz­ki ping­pon­go­we w akcji. Nasza magicz­ka naj­pierw je sobie zassa­ła ze szklan­ki, a potem po zro­bie­niu kil­ku kółek po sce­nie je do tej szklan­ki zwró­ci­ła – tu zno­wu mam nie­spój­ność, bo według jed­ne­go z colą, a według dru­gie­go bez. Ale naj­lep­sze przy­szło potem – kobie­ta wzię­ła sobie rur­kę, wsa­dzi­ła tam, skąd wycią­gnę­ła sznu­rek i zaczę­ła strze­lać piłecz­ka­mi do celu. A celem były balo­ni­ki. Któ­re ktoś trzy­mał. I sądząc po reak­cjach obron­nych orga­ni­zmu kole­si z tur­nu­su pod­czas opo­wia­da­nia, te balo­ni­ki trzy­ma­li oni. Podob­no kobie­ta mia­ła sku­tecz­ność jak Chris Kyle, ale może któ­ryś nie­chcą­cy dostał w gło­wę albo w zęby i stąd ta trau­ma? Tak czy siak wie­cie jak to jest – czło­wiek strze­la, a Pan Bóg piłecz­ki nosi…

Po tych wszyst­kich sztucz­kach chy­ba poczu­ła się jak gwiaz­da, bo wsa­dzi­ła sobie dłu­go­pis i dała kil­ka auto­gra­fów, a nawet nary­so­wa­ła laur­kę z napi­sem “Welco­me to Bang­kok”. Tro­chę podob­no kośla­we sta­wia­ła lite­ry, ale to się nie ma co dzi­wić – pew­nie bar­dzo się sku­pia­ła na tym, żeby nie zalać colą kar­tek. Nie­ste­ty, ani jed­ne­mu, ani dru­gie­mu się taka kar­tecz­ka cen­na nie tra­fi­ła. Ale jak trze­ba było wypeł­nić drucz­ki mel­dun­ko­we w hote­lu, to bar­dzo podejrz­li­wie patrzy­li na dłu­go­pis z obwą­chi­wa­niem włącznie.

Podob­no być w Taj­lan­dii i nie zoba­czyć ping pong show, to jak być w Lon­dy­nie i nie zoba­czyć Wie­ży Eif­fla. Ja jed­na­ko­woż spa­so­wa­łem i nie mam poczu­cia stra­ty. O ile zwie­rzę­ta w klat­kach wpły­wu na swój los nie mają, to wyda­je mi się, że laski od ping pong show i numer­ków za kil­ka­set bah­tów mniej wię­cej same o swo­im losie decy­du­ją. A od Cie­bie, dro­gi tury­sto zale­ży, któ­re z tych wąt­pli­wych atrak­cji wspo­mo­żesz brzę­czą­cym gro­si­wem. Jest popyt, jest i podaż. Takie są pra­wa rynku.

Ale ja oso­bi­ście z egzo­tycz­nych roz­ry­wek wola­łem odwie­dzić CALYPSO i zoba­czyć LADY BOY SHOW. Tym bar­dziej, że wystę­pu­je tam na żywo Bey­on­ce i Elvis.

Nie wie­rzy­cie? To popatrzcie.

 

 PS. Zdję­cie roba­la w pasz­czy zła zro­bi­ła Domi­ni­ka vel “kole­żan­ka Mał­go­sia”, z któ­rą wspól­nie zdo­by­wa­li­śmy dżun­glę. Dzię­ki Miśka.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

  • Szcze­rze mówiąc ostat­nio dużo czy­tam o Taj­lan­dii i jesz­cze ani razu nie czy­ta­łam o niej z takiej per­spek­ty­wy. A cie­ka­wa to per­spek­ty­wa muszę przy­znać. Taj­ki, jak z baj­ki, raczej nigdy nie były na mojej liście “do zro­bie­nia” przed śmier­cią, a raczej wła­śnie posta­wi­ła­bym je koło tych bied­nych sło­ni i tygry­sów na liście “nie tykać”. Nie­ste­ty, im wię­cej tury­stów, tym wię­cej “atrak­cji”. Ale czy to tyl­ko tam?

    • No wła­śnie chy­ba nie tyl­ko – jakiś czas temu pierw­szy raz zali­czy­łem Paryż i total­nie mnie od nie­go odrzu­ci­ło. Te tłu­my, tylu nacią­ga­czy i naga­by­wa­czy (co cie­ka­we, w Taj­lan­dii nie byli tak natar­czy­wi), strasz­na dro­ży­zna i wszech­obec­ny brud i smród. Co praw­da w Bang­ko­ku śmier­dzi nie mniej, jeśli nie bar­dziej, ale przy­naj­mniej jest tanio. No i nie wie­dzieć cze­mu, ale w Taj­lan­dii czu­łem się bez­piecz­niej, niż we Fran­cji, cho­ciaż i tu i tu były zama­chy bombowe.

  • Nigdy nie zro­zu­miem jakie­go typu jest to atrak­cja dla ludzi, któ­rzy tam
    świa­do­mie wcho­dzą i nie rozu­miem, jak moż­na kupić bilet do tego typu
    miejsc świa­do­mie i chęt­nie (?) Napraw­dę nie wiem co, mają w głowach
    ludzie wcho­dzą­cy do tych kla­tek. Taj­lan­dia raczej nie jest na mojej
    liście wyma­rzo­nych miejsc wła­śnie ze wzglę­du na tor­tu­ro­wa­nie zwierząt.
    Nie wiem, co musia­ło­by się stać, abym zmie­ni­ła zda­nie o tym kraju.

    • Wystar­czy, że zoba­czy­ła­byś cała resz­tę, bo to pięk­ny kraj 🙂

    • Ja byłam, zoba­czy­łam tyl­ko część (na szczę­ście z boku) i nie­ste­ty wię­cej nie mam ocho­ty wra­cać do tego kra­ju. Nawet pomi­mo nie­któ­rych pięk­nych wido­ków, zasło­nię­tych z resz­tą przez tłu­my tury­stów. Taj­lan­dia jest zbyt “zro­bio­na” dla turystów.

      • A gdzie byłaś? Bo jestem cie­ka­wy, czy widzie­li­śmy to samo. Z dru­giej stro­ny ja mam podob­ne odczu­cia po wizy­cie w Paryżu 🙂

        • Głów­nie wizy­tów­ki Taj­lan­dii, zda­ję sobie spra­wę, że bar­dzo tury­stycz­ne, ale tak nam dora­dzi­li Ci, któ­rzy w Taj­lan­dii bywa­ją czę­sto. Nie­ste­ty nie zoba­czy­łam kil­ku war­to­ścio­wych miejsc (Chiang Mai), ale jed­nak Kra­bi, Railay, Koh Lan­ta, Phu­ket, Phi Phi (choć tą wyspę o dzi­wo uwiel­biam) i Bang­kok, to topy. Wystar­czy­ły, żeby się znie­chę­cić. Szcze­gól­nie Phu­ket i Bangkok.

          • Mnie Bang­kok zachwy­cił. A może to tyl­ko taj­skie żar­cie?? To też jest możliwe 🙂

            • W Bang­ko­ku zachwy­ci­ły mnie świą­ty­nie – jed­ne z naj­cu­dow­niej­szych miejsc, jakie odwie­dzi­łam. Jed­nak kli­mat, naga­by­wa­nie, cią­głe zachę­ca­nie by pójść na “Ping Pong Show”, czy inny rów­nie oble­śne show, uli­ce peł­ne pań do towa­rzy­stwa, czy też tony pod­ró­bek na każ­dym kro­ku – okrop­ność. Jeśli omi­nie­my te “atrak­cje”, to rze­czy­wi­ście Bang­kok potra­fi cza­ro­wać. Szcze­gól­nie lokal­ne jedze­nie na Cza­ka­czu­ku – do tej pory śnię o tych smakach.

              • Ech, a mnie żad­ne dziew­ki wsze­tecz­ne nie zaczepiały 🙁

                • Mia­łeś far­ta, bo nawet mnie chcie­li do takie­go “klu­bu” zacią­gnąć. A męż­czy­zna rekla­mu­ją­cy SM (Sado Maso) Show “auuu” do tej pory śni mi się po nocach.

                  • Ale po Paton­gu się włó­czy­łaś, czy to było jakoś gdzieś indziej w bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych rejonach? 🙂

                    • Wła­śnie się oka­za­ło, że ja nie­da­le­ko mia­łam hotel i dla­te­go co wie­czór mia­łam taką roz­ryw­kę. O ja nie­roz­gar­nię­ta! A tak się cie­szy­łam, że tą dziel­ni­cę ominęłam. 😉

  • Dużo sły­sza­łam o Taj­lan­dii, w tym o trak­to­wa­niu sło­ni i tygry­sów… Bar­dzo mnie to odpy­cha, a szko­da, bo kraj wyda­je się bar­dzo cie­ka­wy. Uba­wi­ła mnie też Two­ja opo­wieść o ping pong show 🙂 A powiedz, uwa­żasz że moż­na ten kraj odwie­dzić w poje­dyn­kę (cho­dzi mi o bez­pie­czeń­stwo, moż­li­wość komu­ni­ka­cji w jęz. angiel­skim i poru­sza­nie się bez więk­szych obaw o sie­bie i swój i bagaż) czy lepiej korzy­stać z wycie­czek zorganizowanych?

    • Jako facet nie bał­bym się wca­le – bez­piecz­niej czu­łem się na uli­cach Bang­ko­ku, niż Pary­ża. Ale czy mógł­bym to samo pole­cić kobie­cie, tego nie­ste­ty nie wiem. Po angiel­sku się mniej lub bar­dziej doga­dasz, ludzie też są bar­dzo życz­li­wi, cho­ciaż oczy­wi­ście czę­sto na bied­nym tury­ście chcą zaro­bić, ale tak to już jest wszę­dzie 🙂 Baga­ży pil­no­wać trze­ba, ale chy­ba nie bar­dziej niż wszę­dzie indziej.
      Myślę, że na pierw­szy raz pole­cał­bym Ci wyciecz­kę zor­ga­ni­zo­wa­ną, albo taką jak moja – tydzień zwie­dza­nia i potem tydzień odpo­czyn­ku na wła­sną rękę. Zor­ga­ni­zo­wa­łem sobie sam (i współ­ziom­kom) wyciecz­ki do far­my sło­ni (stąd wiem, jak to tak napraw­dę wyglą­da), do dżun­gli i wodo­spa­dów Pala-U czy do jaski­ni Phraya Nakhon, o szwen­do­le­niu się po Night Mar­ke­cie czy bar­dziej lokal­nym miej­sców­kach nie wspo­mnę. Ale ja jestem spo­ra­wym face­tem. Nawet bar­dzo sporawym 🙂

  • Pingback: Co trzeba wiedzieć jadąc do Tajlandii? | dizajnuch.pl - blog faceta...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Bar­dzo dobrze, że poru­szasz ten temat. Ostat­nio była strasz­na afe­ra, że jed­na z tych taj­skich agen­cy­jek tury­stycz­nych poda­je nar­ko­ty­ki zwie­rza­kom, by były potul­ne jak tru­sie i chwi­lo­wo ludzie się obu­rza­li. Ale oba­wiam się, że gdy spra­wa przy­schnie, kolej­ne tysią­ce tury­stów będą nakrę­cać ten biz­nes. A jak jest popyt, to jest i podaż. Zatem dzię­ki za to, że tak pro­sto z mostu o tym piszesz.
    Pozdra­wiam i życzę wszyst­kie­go naj­lep­sze­go w Nowym Roku!

    • No nie­ste­ty – dopó­ki znaj­dą się ludzie do pła­ce­nia za takie “atrak­cje”, dopó­ty one nie znik­ną. Wiem, że świa­ta nie zmie­nię, ale może ktoś mnie kie­dyś prze­czy­ta i o jeden zastrzyk mniej taki tygrys dostanie?

      Dzię­ku­ję za życze­nia i życzę rewe­la­cyj­ne­go 2017 roku 🙂

  • Na szczę­ście masz mnie – dora­dzę, ostrzegę 🙂

  • Jak­bym dosta­ła taką pił­ką w czo­ło, to mia­ła­bym trau­mę do koń­ca życia…Z tymi zwie­rzę­ta­mi to prze­ra­ża­ją­ce, jak dobrze, że jesteś gość i nie byłeś w sta­nie wyko­rzy­stać tych bied­nych zwierząt 🙁

  • Nie moje kli­ma­ty, ale racja jest jakiś taki blo­go­wy szał na Tajlandię

    • Bo w Egip­cie strze­la­ją, wybu­cha­ją i bio­rą w niewolę 🙂

  • Jestem cie­ka­wa jak dłu­go będzie trwał szał na Taj­lan­dię i co będzie następ­ne. Egipt i ogól­nie Afry­ka pół­noc­na tak pra­wie 10 lat była na topie ;).

    A jest coś co byś pole­cił do zoba­cze­nia w Tajlandii?

    • Świat się tak szyb­ko zmniej­sza i zmie­nia, że napraw­dę cięż­ko jest pro­ro­ko­wać. Ja obsta­wiam coś, co teraz dopie­ro zaczy­na być tury­stycz­ne – Gru­zja, Arme­nia, Alba­nia, takie klimaty.

      Poza tym powy­żej wła­ści­wie wszystko 🙂

  • Eh, nie tyl­ko tam zwie­rzę­ta są otu­ma­nia­ne, by czło­wiek mógł na nich zaro­bić. Star­czy popa­trzeć na nie­któ­re oso­by żebrzą­ce z psami…

    • A wiesz, że w Taj­lan­dii nie widzia­łem w ogó­le żebra­ków? Każ­dy jakoś dorabia…

  • eV

    Z tymi zwie­rzę­ta­mi to bar­dzo smut­na spra­wa. Sły­sza­łam nie raz, jak w Azji, w ramach atrak­cji tury­stycz­nej, wykań­cza się nawet zagro­żo­ne gatun­ki. Dobrze, że o tym napi­sa­łeś. Nie każ­dy pew­nie ten hak zauważył.

    • Wiesz, nie jestem prze­ciw­ny temu, że egzo­tycz­ne zwie­rzę­ta były atrak­cją tury­stycz­ną. Ale temu, żeby je dla roz­ryw­ki męczyć już tak.

      • eV

        Mam wra­że­nie, że pierw­sze bar­dzo szyb­ko prze­kształ­ca się w dru­gie, kie­dy tyl­ko poja­wia się per­spek­ty­wa więk­sze­go zysku…

  • No, jak­byś nie mia­ła dość, to był­bym zły 😉

    Ja z kolei na wiel­błą­dzie mia­łem wra­że­nie, że zaraz zle­cę na pysk, zwłasz­cza, jak sia­dał czy wsta­wał. Eks­tre­mal­ne przeżycie.

  • Podob­no być w Taj­lan­dii i nie zoba­czyć ping pong show, to jak być w Lon­dy­nie i nie zoba­czyć Wie­ży Eif­fla.” – You made my day!
    Rewe­la­cyj­ny tekst – po połu­dniu pole­ci u mnie na fan­pa­ge, bo fan­ta­stycz­nie mi się czytało! 🙂
    A o Taj­lan­dii marzę i to nie przez wszyst­kich blą­gie­rów a od kie­dy sku­ma­łam, że jest to świet­na oko­li­ca na back­pac­king – poszła­bym sobie na taką wyciecz­kę, oj poszłabym 🙂

    • Ja poje­cha­łem z touro­pe­ra­to­rem, tro­chę z wygo­dy, tro­chę chy­ba ze stra­chu, bo to nie Euro­pa, gdzie wszyst­ko jest wła­ści­wie takie samo, jak u nas. Ale teraz już bym gonił spo­koj­nie – jest tanio, w mia­rę bez­piecz­nie i na pew­no bar­dzo cie­ka­wie i poucza­ją­co. No i mają spor­ty eks­tre­mal­ne, jak ten pingpong 🙂

      PS. Dzię­ku­ję bar­dzo, pole­cam się na przyszłość 🙂

  • Jacek, jak mi się przy­śni ping­pong szoł- i gon­na kill U 😛
    ps. <3 za post o oszczę­dza­niu bied­nych zwierzaków
    pps. tak krę­cą tłka­mi na szpi­lach faceci?? 😀

  • Zazwy­czaj takie miej­sca są nasta­wio­ne na jak naj­więk­sze skro­je­nie tury­sty z kasy. Dla takich państw jak Taj­lan­dia, docho­dy z turyst­ki to zna­czą­ca cześć budże­tu kraju.

    • Jak to i dla wie­lu innych. Tury­sty­ka zaczy­na być prze­my­słem i jak to w fabry­kach – zaczy­na liczyć się tyl­ko zysk, nie jakość czy dba­łość o inne spra­wy. Smut­ne, ale prawdziwe.

  • ok, na pew­no jakąś kul­tu­rę ma, ale Euro­pej­czy­kom, któ­rzy w niej nigdy nie byli, zupeł­nie nie daje jej poznać. tak jak pisa­łam w komen­ta­rzu wyżej, myśląc “Taj­lan­dia” mam na myśli wyko­rzy­sty­wa­nie zwie­rząt i nie­miec­kie impre­zy. co inne­go mam nato­miast przed ocza­mi, gdy myślę “Wiet­nam”, “Kam­bo­dża” czy “Laos”, cho­ciaż tam też nigdy nie byłam. po pro­stu dla mnie Taj­lan­dia nie budzi dobrych sko­ja­rzeń i nie potra­fię jej powią­zać z żad­ną uni­kal­ną kulturą.

  • My się tro­chę włó­czy­li­śmy, ale że to mój pierw­szy raz, to jed­nak kil­ka nomen omen żela­znych punk­tów odwie­dzić musie­li­śmy. I też szwen­do­li­li­śmy się tro­chę mniej­szy­mi ulicz­ka­mi, ale przy­znam się szcze­rze – nie czu­łem się bez­piecz­nie. Nie pytaj, czy to wpływ śnia­dych i bro­da­tych face­tów, któ­rych wszę­dzie peł­no, czy bałem się kie­szon­kow­ców, nie wiem. Fakt fak­tem, że w Bang­ko­ku nie czu­łem takie­go cią­głe­go napię­cia, jak w Pary­żu, cho­ciaż to prze­cież zupeł­nie inna kul­tu­ra i jak­by dal­sza mi, bo azja­tyc­ka. Pary­ża nie poko­cha­łem wca­le, o czym zresz­tą nie­dłu­go napisze.
    Rację masz, że sam Paryż może się podo­bać. Ale naj­le­piej bez ludzi 🙂

  • O ześ mi zaim­po­no­wał już dzi­siaj dru­gi raz…

  • Taj­lan­dia to jeden z trzech kra­jów na świe­cie, do któ­rych z pew­nych powo­dów mnie w ogó­le nie cią­gnie (pozo­sta­łe to Indie i Japo­nia). przede wszyst­kim dla­te­go, że to pań­stwo jest do szpi­ku kości zepsu­te tury­sty­ką. w moim odczu­ciu to po pro­stu kraj bez kul­tu­ry, wyre­ży­se­ro­wa­ny pod tury­stów, obdar­ty już ze wszyst­kie­go, co być może kie­dyś było tam cenne.
    a co do wyko­rzy­sty­wa­nia zwie­rząt, napi­sa­łam podob­ny post u sie­bie: http://www.autopogon.pl/2016/09/trzcina-cukrowa-to-nie-lekarstwo-na-zy.html. obym nigdy nie musia­ła zna­leźć się w miej­scu, w któ­rym pła­ci się za oglą­da­nie cier­pie­nia zwierząt.

    • O ile z czę­ścią doty­czą­cą zwie­rząt zga­dzam się w całej roz­cią­gło­ści, to jed­nak z tą o tury­sty­ce nie do końca.

      Jak sama dosko­na­le wiesz, świat się zmniej­szył strasz­nie i na chwi­lę obec­ną tury­ści to prze­mysł waż­ny lub coraz waż­niej­szy w każ­dym kra­ju, nawet w takich zadu­piach, za jakie do tej pory uwa­ża­no Alba­nię. I każ­dy kraj ładu­je w tury­stów kasę w nadziei, że ci tury­ści tej kasy zosta­wią wię­cej, niż wła­do­wa­no. Pod wzglę­dem tego, że więk­szość rze­czy usta­wio­na jest pod przy­jezd­nych z apa­ra­ta­mi nie czu­łem róż­ni­cy pomię­dzy Bang­ko­kiem, a np. Pary­żem, w któ­rym byłem mie­siąc wcze­śniej. Ba, nawet bym powie­dział, że mi oso­bi­ście mniej prze­szka­dza tłum tury­stów i lokal­sów nama­wia­ją­cych na swo­je usłu­gi na Khao San niż tłum tury­stów i uchodź­ców sprze­da­ją­cych badzie­wie i nachal­nie zacze­pia­ją­cych ludzi pod Luwrem.
      Nie zgo­dzę się też, że to kraj bez kul­tu­ry czy histo­rii. Ba, wg mnie bar­dziej odar­ty z wyjąt­ko­wo­ści jest Paryż wła­śnie czy Medio­lan. Tam to dopie­ro bez­wstyd­nie i bez skru­pu­łów trze­pią kasę na tury­stach. I te tłumy…
      Pew­nie dla­te­go bar­dziej mnie cią­gnie gdzieś w dzi­kość niż do wiel­kich miast.

      • co do Pary­ża, to się zga­dzam – wszyst­ko też jest na wskroś prze­siąk­nię­te tury­sty­ką, choć według mnie i pod tym wzglę­dem Paryż został wyprze­dzo­ny przez Rzym czy Istam­buł (nie wiem, mi się tam w Pary­żu podo­ba­ło, dla­te­go go bro­nię). w Taj­lan­dii nie byłam, ale czu­ję, że ta cała otocz­ka mnie bar­dzo znie­chę­ca. nie jestem hip­ste­rem, któ­ry nie poje­dzie w zna­ne miej­sce, bo chce być bar­dziej “tró” – chęt­nie odwie­dzam te wszyst­kie tury­stycz­ne punk­ty, no tyl­ko ta Taj­lan­dia mnie jakoś tak odrzu­ca. nie jara mnie impre­zo­wa­nie do bia­łe­go rana w towa­rzy­stwie pod­eks­cy­to­wa­nych Niem­ców pod­czas gap year i prze­wa­la­ją­cych na pra­wo i lewo kasę samot­nie podró­żu­ją­cych Fran­cu­zów. nie jara mnie bez­myśl­ne cho­dze­nie na atrak­cje, jakich w tym mie­ście peł­no. nie jara mnie jecha­nie na dru­gi koniec świa­ta, żeby i tak prze­by­wać głów­nie w towa­rzy­stwie Euro­pej­czy­ków, dla któ­rych reży­se­ru­je się ten cały spektakl.
        nie wiem, takie mam zda­nie o Taj­lan­dii. może kie­dyś się zmieni.

        • Hihi, do hip­ster­stwa mi dalej, niż do Bang­ko­ku 🙂 W Rzy­mie czy Istam­bu­le, wstyd przy­znać się – nie byłem. A o Pary­żu wpis poja­wi się jak dobrze pój­dzie w poniedziałek 🙂

          To wszyst­ko kwe­stia tego, po co jedziesz i co na miej­scu robisz. Ja nie cho­dzi­łem na impre­zy, więc nie wiem, w jakim bym pił towa­rzy­stwie – piłem bar­dziej sta­cjo­nar­nie z kum­plem, z któ­rym razem poje­cha­li­śmy 🙂 Atrak­cje wybra­li­śmy raczej poza mia­stem (wyłą­cza­jąc oczy­wi­ście Bang­kok) i powiem Ci, że nie było gra­ma reży­se­rii i euro­pej­sko­ści np. w tup­ta­niu przez góry do jaski­ni Phraya Nakhon, za to był zaje­bi­sty wyryp i satys­fak­cja po wej­ściu naj­pierw na górę, a potem po zej­ściu na dno jaski­nii. Tak, że wiesz, zale­ży co kto lubi, na co tra­fi i ile będzie miał szczęścia 🙂

          • no rozu­miem 🙂 jeśli kie­dyś wybio­rę się w tam­te stro­ny, to raczej uważ­nie będę dobie­rać atrak­cje. może uda mi się poczuć praw­dzi­wy taj­ski kli­mat, choć na razie nie mam o nim nawet cie­nia wyobra­że­nia ;p

            • Może to dla­te­go uwa­żasz, że Taj­lan­dia to komer­cyj­na wydmusz­ka pod tury­stów? A to raczej nie do koń­ca prawda 🙂

              • no nie mam, bo w kół­ko sły­szę tyl­ko o tych nie­miec­kich impre­zach i wyko­rzy­sty­wa­niu zwie­rząt. Taj­lan­dia nie daje szan­sy poznać się z innej strony.

        • Gdy­by nie bez­kry­tycz­na miłość do Bar­ce­lo­ny i Kata­lo­nii, nazwał­bym się Ita­lo­fi­lem. Nie podzie­lam jed­nak zachwy­tu jaki budzi Rzym. Pyta­ny, każ­do­ra­zo­wo odra­dzam wizy­tę w nim. Rzym to nie Wło­chy. To mia­sto o men­tal­no­ści kuror­tu nad­mor­skie­go. Wszyst­ko co wło­skie zosta­ło w nim zatra­co­ne. W Rzy­mie cho­ciaż­by nie zamy­ka się skle­pów, czy knajp w godzi­nach popo­łu­dnio­wych. Nie do pomy­śle­nia w innych czę­ściach. Sku­ba­nie tury­stów trwa na okrą­gło. Posłu­gu­jąc się języ­kiem mło­dzie­ży, czy­li naszym, Rzym jest prze­re­kla­mo­wa­ny. Cho­ciaż Zaty­brze ma swój urok, ale… nocą. Mam miłe wspo­mnie­nia. Kie­dyś jakaś gwiaz­da lokal­nej soap ope­ry tele­wi­zyj­nej, na tyle zna­ny, że pstry­ka­no sobie z nim fot­ki i pro­szo­no o auto­gra­fy, pod­ry­wał mi żonę w knajp­ce. Nie, nie, żad­ne ręko­czy­ny. Pili­śmy sobie wspól­nie wino, ale miał takie gada­ne, taki bajer, że czap­ki z głów. Defi­ni­cja wło­skie­go amanta.

          • I trze­ci…

          • dla mnie to aku­rat całe Wło­chy mają kli­mat podob­ny do Rzy­mu i są prze­re­kla­mo­wa­ne ;p ok, nie byłam wszę­dzie, ale w co naj­mniej paru mia­stach, mniej­szych i więk­szych. chcia­ła­bym się jesz­cze kie­dyś wybrać na Sycy­lię i do Neapo­lu, dać im jesz­cze jed­ną szansę.

            • Two­je pra­wo Pani tak sądzić. Rzym, Flo­ren­cja, Vero­na, czy Wene­cja z regu­lar­nie wybi­ja­ją­cą kana­li­za­cją są oblę­żo­ne przez tury­stycz­ne­go najeźdź­cę. Nie zmie­nia to fak­tu, że uro­cze, lecz dłuż­sze prze­by­wa­nie w nich może być męką.
              Wło­si to spe­cy­ficz­na nacja w swym spo­so­bie bycia. Dobrze dosto­so­wać się do ich pozio­mu i wcho­dzić w inte­rak­cje. To część ich men­tal­no­ści. Nie sta­wiać muru. Wte­dy ten styl bycia, nie­co imper­ty­nenc­ki cza­sem, sta­je się bar­dziej zro­zu­mia­ły i nie ozna­cza ata­ku. To wło­ska nor­mal­ność, z któ­rą tyl­ko Wło­chom zda­je się być do twarzy.
              Wło­chy według mnie, to przede wszyst­kim pro­win­cja. Nie Toska­nia, cho­ciaż bajecz­na, ale Umbria (nie­ste­ty coraz bar­dziej oble­ga­na), Apu­lia, suro­wa Cala­bria. Auto z dobrym radiem, pozy­cja zim­ny łokieć, oku­la­ry sło­necz­ne (two­rzą styl), tem­po patro­lo­we, dro­gi trze­ciej kate­go­rii odśnie­ża­nia. Nigdzie nie zjesz lepiej, nie spo­tkasz rów­nie życz­li­wych osób, niż w wio­sce w któ­rej jesteś pierw­szym tury­stą od zawsze.
              Nigdy nie dotar­łem do Neapo­lu. Tro­chę z oba­wy, iż mogę się zawieść, ale i wzglę­dy bez­pie­czeń­stwa. Sycy­lia, któ­rej widzia­łem zale­d­wie część czę­ści zachod­niej zasko­czy­ła mnie i uwio­dła. Mogę powie­dzieć utar­ła nosa.
              Nie jest to usil­na pró­ba prze­cią­gnię­cia Cię na swo­ją stro­nę, bo każ­dy gustu­je w innym kolo­rze. Ty w nie­bie­skim, ja w czer­wo­nym. Każ­dy więc czu­je się dobrze w innym miej­scu. Życzę Ci by tych miejsc było jak naj­wię­cej, wia­tru w żagle i satys­fak­cji z przy­szłych wojaży.

              • dzię­ku­ję! widzę, że we Wło­szech mam jesz­cze mnó­stwo do odkry­cia, choć w naj­bliż­szym cza­sie wybio­rę pew­nie tro­chę inne kie­run­ki, bo resz­ta Euro­py też cze­ka na swo­ją kolej 😉

              • I tu się zgo­dzę w całej roz­cią­gło­ści. A Neapol napraw­dę war­to odwiedzić 😉

          • Aku­rat Tra­ste­ve­re to naj­bar­dziej bez­czel­nie tury­stycz­na część Rzy­mu: aspi­ru­ją­ca do auten­tycz­no­ści, a peł­na anglo­sa­skie­go tury­sty. Ład­nie tam, owszem, ale mało autentycznie.

            • Wyobraź­nię mam wybu­ja­łą ponad mia­rę. Jak jej tyl­ko popusz­czę wodzy to doka­zu­je niczym Kari­no na wybie­gu. Bez ura­zy Ame­lio (jeśli praw­dzi­we, to pięk­ne imię i jestem gotów zako­chać się śle­po , oczy­wi­ście za zgo­dą Żony), lecz nie potra­fię odczy­tać popraw­nie Two­je­go komen­ta­rza i jego prze­sła­nia, któ­re­go wca­le nie musi posia­dać. Ponie­waż wła­śnie owa wyobraź­nia pod­po­wia­da mi – czyż­byś wie­trzy­ła spi­sek, a mury Zaty­brza nie były tak sta­re jak pró­bu­ją nam to wmó­wić bez­czel­ni ita­liań­cy?! Dziew­czy­no! Za takie tre­ści palo­no kie­dyś na stosie.
              Wybie­ra­jąc się do miej­sca, któ­re­go ele­men­tem skła­do­wym jest tłum, trud­no ocze­ki­wać, że on, ten­że tłum znik­nie wraz z naszym poja­wie­niem. Po pro­stu nie jedzie­my w takie miej­sce. Jak z kinem, któ­re­go reper­tu­ar dość rygo­ry­stycz­nie selek­cjo­nu­je­my i wybie­ra­my to co nam się podo­ba. Godząc się mimo wszyst­ko na prze­by­wa­nie w takim dość gęsto zalud­nio­nym miej­scu, nie moż­na mieć pre­ten­sji do wszyst­kich wokół, o two­rze­nie tej ludz­kiej masy, bo sami jeste­śmy jej współ­twór­cą. Jest w tym para­doks, sto­imy w tłu­mie i uzna­je­my, że wszy­scy wokół go two­rzą, nie my.
              Nie ma więc co się obra­żać na miej­sce, tyl­ko albo nie jechać, bądź zmie­nić nasta­wie­nie i oczekiwania.
              Przez wzgląd na oso­bę i sza­cu­nek do auto­ra, wypra­cuj­my kom­pro­mis w tej spra­wie, bo Rzym to nie Taj­lan­dia i zna­czą­co odbie­gam od tematu.
              Zatem Rzym – nie! Zaty­brze – nie! Chy­ba, że pod osło­ną nocy, o czym napi­sa­łem, bo bez dwóch zdań, jest uro­kli­wy, ale za dnia bez­czel­ny i zatłoczony.

              • Z tym tłu­mem, to Kole­ga bar­dzo mądrze powie­dział. Coś w tym jest.

              • Rze­czy­wi­ście wyobraź­nię masz bujną.
                Rzym lubię, z całym jego tłu­mem i sku­ba­niem tury­stów, któ­re z mojej wło­sko­ję­zycz­nej per­spek­ty­wy sta­no­wi nie­wąt­pli­wie cie­ka­wą część rzym­skie­go folk­lo­ru. A Zaty­brze – jak napi­sa­łam – owszem ład­ne, ale ma się do Rzy­mu jak Plac Zba­wi­cie­la do Warszawy 😛

                • Nie dość, że imię pięk­ne, to jesz­cze inte­li­gent­na i wło­skim wła­da. Ame­lio, wyjdź za mnie!
                  A cóż Ty masz do Pl. Zba­wi­cie­la? Miej­sce i pięk­ne, i gustow­ne. Że punkt zbor­ny bro­da­czy w oku­la­rach z rogo­wy­mi opraw­ka­mi, posia­da­czy maców, przed­sta­wi­cie­li wol­nych zawo­dów, miło­śni­ków rowe­ro­wych old taj­me­rów z żelo­wy­mi sio­deł­ka­mi oraz całej resz­ty, któ­ra zbla­zo­wa­niem wyra­ża pogar­dę do wszyst­kie­go co ją ota­cza (oprócz Szar­lo­ty)? Może trą­ci nie­co lan­sem, ale nale­ży wdziać oku­la­ry z fil­trem i nie dostrze­gać w/w pospól­stwa. Trak­to­wać jak folk­lor, podob­nie jak w roz­wa­ża­nym przez nas przy­pad­ku włoskim.
                  Cie­szę się nie­zmier­nie, ze doszli­śmy do poro­zu­mie­nia i gra­my w jed­nej, tej samej, wło­skiej lidze.

  • Widzisz Karol pro­wa­dzę ostrzał z każ­dej stro­ny. Dopie­ro co z jed­nej stro­ny odpie­ra­łeś mój atak, a ja manewr oskrzy­dla­ją­cy i w innym wpi­sie sal­wę odpa­li­łem. Jak ten rycerz nin­dża. Skra­dam się i prze­my­kam. Tu pier­nicz­ki zapa­ku­je do pie­kar­ni­ka, coś poczy­tam, pier­nicz­ki wyj­mę, dla odmia­ny pier­nik wsa­dzę i w ocze­ki­wa­niu sło­wem komen­tu­ją­cym się podzie­lę. Odpier­da­lam w tym pier­ni­czym dzie­le niczym hra­bia w tań­cu. Ale do adre­mu, że tak powiem.
    Karol, a w jakie to niby kloc­ki są dobre te Taj­ki? Czyż­byś seks miał na myśli, tyl­ko wro­dzo­na nie­umie­jęt­ność dys­ku­sji o „tych kloc­kach” kaza­ła Ci kli­kać tak enig­ma­tycz­nie? Dobre nie dobre, raczej cen­nik świad­czo­nych usług tutej­sze panie mają moc­no nie wygórowany.

    Co do ape­lu w spra­wie zwie­rząt jestem jak naj­bar­dziej po linii, ale…
    Nie uwa­żasz, że brzmi on nie­co kary­ka­tu­ral­nie? Jak kogoś kto jadąc Mer­ce­de­sem nama­wia wszyst­kich wko­ło by prze­sie­dli się na rowe­ry. Owszem Two­ja ode­zwa ma ład­ny wydźwięk i trud­no jej nie popie­rać, daje po gałach zaje­bi­stej mocy popraw­no­ścią moral­ną i tak w ogó­le. Nie­mniej (już się nauczy­łem pisać łącz­nie) jest zapo­trze­bo­wa­nie na wąt­pli­wą atrak­cje typu safa­ri, zatem cze­go się moż­na spo­dzie­wać. Jak w cyr­ku. Nasz kly­ent, nasz per pan. Chce zwie­rząt­ka, ma zwierzątka.
    Koń­czę, bo mnie się pier­nik przy­haj­cu­je i będę mógł go sobie w buty wsadzić.

    • Tym pier­ni­cze­niem to mi Kole­ga impo­nu­je, nie powiem. Pew­nie dla­te­go, że moimi ostat­ni­mi pier­nicz­ka­mi ów rycerz nin­dża mógł­by rzu­cać jak szu­ri­ke­na­mi, takie sku­ba­ne były wytrzymałe.

      Ajć, spra­wy porząd­ko­we – IMHO powin­no być “dobre, nie­do­bre” i zde­cy­do­wa­nie powin­no być “nie­wy­gó­ro­wa­ny”. A teraz wróć­my. O kloc­kach może­my poga­dać, zapew­niam Cię, bo nie wystę­pu­je u mnie nie­umie­jęt­ność dys­ku­sji o nich. Ale nie na blo­gu, gdzie wystę­pu­je mój świa­do­my wybór nie dys­ku­to­wa­nia w tema­cie sek­su. Jak Kole­ga cie­ka­wy będzie powo­dów, to może na pri­va ude­rzać, a ja może się podzie­lę tymiż powo­da­mi. Co do cen­ni­ka – nie znam ani cen środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich, ani taj­skich, więc cięż­ko mi porów­ny­wać staw­ki, o jako­ści usłu­gi za owe staw­ki nie wspo­mi­na­jąc. Kole­sie z tur­nu­su mówi­li coś o 3000 bah­tów, któ­re zbi­li do 1500, ale czy taka jest zwy­cza­jo­wa tak­sa cięż­ko mi powie­dzieć. Odnie­sie­nia nie mam i nie pla­nu­ję mieć. 

      Widzi Kole­ga, ja nie jestem z tych, któ­rzy zasta­na­wia­ją się, czy ham­bur­ger, któ­re­go wła­śnie wpie­przam ze sma­kiem miał imię i rodzi­nę. Porzą­dek rze­czy jest jaki jest i czło­wiek póki co sie­dzi sobie na szczy­cie dra­bi­ny pokar­mo­wej i jakoś nie spę­dza mi to snu z powiek. Ale tu mówi­my o żar­ciu (tak, wiem, podob­no bli­sko 30% tegoż mar­nu­je­my), a nie o roz­ryw­ce. I dla­te­go uwa­żam, że te zwie­rząt­ka na safa­ri powin­ny być trak­to­wa­ne nazwij­my to po ludz­ku, bo bar­dzo cięż­ko na to pra­cu­ją i zara­bia­ją tyle, że im się to nale­ży. Ale tutaj wia­do­mo – kasa Misiu i świa­ta nie zmie­nię, ale takie akcje jakie mia­ły miej­sce w słyn­nej Tiger Tem­ple (http://news.nationalgeographic.com/2016/06/tiger-temple-thailand-wildlife-trafficking-buddhism/) to już jeba­na pato­lo­gia i to powin­no być tępione.
      Ale teraz tro­chę odbie­gnę – co tu ocze­ki­wać od homo sapiens lito­ści dla zwie­rząt, kie­dy w Alep­po dzie­je się to, co się dzieje…

      • Pffff, cóż mogę powie­dzieć… pier­ni­ki to moje dru­gie imię. Posia­dam wie­le ukry­tych talen­tów. Świet­nie gram na gita­rze, bajecz­nie tań­czę, znam się na fizy­ce kwan­to­wej i nie­sa­mo­wi­cie się trza­skam. Ale o tym już chy­ba wspo­mi­na­łem. A co do rze­czo­ne­go pier­ni­cze­nia, zarów­no pier­nik i jego mniej­sze odpo­wied­ni­ki, pier­nicz­ki, uda­ły się petar­da. Samo­zwań­czo obwo­łu­ję się kró­lem kuch­ni, a przy­naj­mniej pierniczenia.

        Karol widzę, że peda­go­gicz­ne powo­ła­nie Cię nie opu­ści­ło. A nie uczo­no Cię, że takie wyty­ka­nie jest burac­kie, a jeśli nie to z pew­no­ścią jest spo­rym nie­tak­tem? Od sie­bie dodam, że i dys­cy­pli­ną koron­ną nasze­go oczy­ta­ne­go naro­du? Jesz­cze tro­chę, a powiesz mi, że jestem u pani i mam ocha­ra­ne drzwi. Karo­lu, mery­to­ry­ki się trzy­ma­my, mery­to­ry­ki. By spra­wę jed­nak zamknąć sto­sow­ną klam­rą, spie­szę by Cię uspo­ko­ić. Oczy­wi­ście masz rację. Nie­wy­gó­ro­wa­ne pisze się łącz­nie, ale tak byle głu­piec potra­fi. Ja nato­miast jestem non­kon­for­mi­stą i w moim słow­ni­ku wid­nie­je nie wygórowany.

        Wca­le nie nawo­łu­je do porzu­ce­nia mię­snych roz­ko­szy kuli­nar­nych i przej­ścia w stan veg. Cza­sem czło­wiek potrze­bu­je nie­co flaj­siu i krwi na bro­dzie dla lep­sze­go samo­po­czu­cia. Wszak jeste­śmy rów­nież zwie­rzę­ta­mi, acz­kol­wiek pro­wa­dzą­cy­mi nie­rów­ną wal­kę. Sama kon­cep­cja safa­ri jest deli­kat­nym zwy­rod­nie­niem, jak tre­su­ra w cyr­ku. Zatem korzy­sta­nie z tego typu atrak­cji napę­dza rynek. Docho­dzi­my do miej­sca gdzie sta­je­my przed wybo­rem rezy­gna­cji z wła­snych kapry­sów i przy­jem­no­ści na rzecz dekla­ra­cji. Łatwo się rzu­ca slo­ga­na­mi, kie­dy nic nie kosz­tu­ją. Nie poje­dzie­my na safa­ri, mały, może nie­zna­czą­cy, kamy­czek w wal­ce, ale zawsze coś.

        A, no i miło mi sły­szeć, że niu­an­se tych „kloc­ków” są Ci dosko­na­le zna­ne, a jedy­nie manie­ry naka­zu­ją Ci spu­ścić na temat kur­ty­nę mil­cze­nia. Nie wiem czy do Cie­bie dobie­gło, ale to gruch­nął kamień z moje­go serca.

        • Kole­ga mi przy­po­mni, bo ja już wie­ko­wy jestem i pamięć mam zawod­ną jak Ata­ri 65XE, nie mówił kie­dyś aby Kole­ga, coby mu błę­dy orto­gra­ficz­ne wyty­kać za każ­dym razem, jak się poja­wią bo per aspe­ra ad astra i takie tam? Tak czy siak od dzi­siaj załóż­my, że spusz­czam na nie zasło­nę mil­cze­nia i nie walą mnie po oczach.
          Na safa­ri nie byłem. Zna­czy na far­mę owszem, doje­cha­li­śmy, ale nie dałem sku­bań­com zaro­bić za woże­nie mojej dupy na grzbie­cie sło­nio­wym. Ot, taki mały kamy­czek, pew­nie wiel­ko­ści podob­nej, co ten z ser­ca spadnięty.

  • Ane­ta­Nie­Za­jac

    Zapo­mnia­łeś jesz­cze o naj­gor­szej dla mnie “atrak­cji”, czy­li kobie­tach z obrę­cza­mi na szy­jach. To jest moja taj­ska trauma.

    • Aku­rat nie widzia­łem i nie mia­łem kon­tak­tu, ale tutaj nie wrzu­cał­bym ich do jed­ne­go wor­ka z ping­pong show czy zdję­cia­mi tygrysów.
      Te kobie­ty nie robią tego, żeby być atrak­cją dla tury­stów czy dla kasy, a żeby wpi­sy­wać się w ich tra­dy­cyj­ne kano­ny pięk­na. To mniej wię­cej to samo, co roz­cią­gnię­te uszy u Masa­jów czy dol­na war­ga u Mur­si. Dla nas może to być wręcz okrut­ne, ale dla nich to nor­ma, jak­kol­wiek by nie była dla nas dziw­na. Pyta­nie, czy w ogó­le powin­ni­śmy w te tra­dy­cje inge­ro­wać? Trud­ne pyta­nie i chy­ba nie ma na nie jed­no­znacz­nej odpowiedzi.

  • Ja wiem, że cie­ka­wość to czę­sto pierw­szy sto­pień do pie­kła, ale jestem pew­na że jak poja­dę do Taj­lan­dii to nie oprę się i pój­dę na to ping pong show. Choć­bym przez tydzień mia­ła mieć póź­niej mdłości 😀

    • Ja myślę, że jak spy­tasz przy wej­ściu, czy głów­na szoł­men­ka jest choć tro­chę młod­sza niż pokła­dy węgla bru­nat­ne­go i dosta­niesz potwier­dze­nie, to może nie być aż tak źle. Zawsze to nowe doświad­cze­nie, a w razie cze­go moż­na zło­żyć rekla­ma­cję, że wpro­wa­dzi­li Cię w błąd 🙂

  • Kata­rzy­na Wój­cik Respendowicz

    Strasz­ny widok, ten tygrys mnie dobił. Okrop­ne jest wyko­rzy­sty­wa­nie zwierząt.

    • Wiesz, czło­wiek wyko­rzy­stu­je zwie­rzę­ta od wie­ków, ale teraz robi to tyl­ko dla kasy i roz­ryw­ki innych. Nie idzie to w dobrą stronę…

  • Wiesz co? Szcze­rze mówiąc nie mia­łam siły obej­rzeć tych zdjęć! Przy­go­to­wu­ję arty­kuł na temat ZOO Stop!, ale ponie­waż mam mega dużą wraż­li­wość, to moje zdję­cia będą bar­dzo soft…bo ja w więk­szość miejsc nie poszłam, zro­bi­łam mate­riał przy oka­zji. Takie rze­czy powin­no się bar­dzo nagła­śniać, żeby wresz­cie prze­sta­ły się dziać. Chy­ba naj­go­rzej jest jak widzisz tygry­sy – dra­pież­ni­ki kocha­ją­ce wol­ność – w takiej sce­ne­rii. To naj­bar­dziej tra­fia w serce…:(

    • Jeśli cho­dzi o ogro­dy zoo­lo­gicz­ne to nie jestem im prze­ciw­ny, o ile oczy­wi­ście zwie­rzę­ta mają tam dobre warun­ki, to dla mnie waru­nek koniecz­ny. Co inne­go cyr­ki i tego typu “roz­ryw­ki”, jak na far­mie w Hua Hin.

  • Jestem wyjąt­ko­wo czu­ła na krzyw­dę wyrzą­dza­ną tygry­som. Nie żeby inne stwo­rze­nia nie robi­ły na mnie wra­że­nie, ale tygry­sy mają spe­cjal­ne miej­sce w moim ser­cu. Sama naćpa­ła­bym tych “opie­ku­nów” i zro­bi­ła­bym z nich lady­boye, o!

    • A dla­cze­go aku­rat tygry­sy, jeśli mogę spytać?

      • Bar­dzo podo­ba­ją mi się wizu­al­nie, uwiel­biam koty, a w połą­cze­niu z fak­tem, że jest ich na zie­mi coraz mniej – no jakoś tak ser­ce mi mięknie.

        • To fakt, – nawet te wychu­dzo­ne, któ­re bie­ga­ły w wybie­gu obok wyglą­da­ły maje­sta­tycz­nie i groźnie.

  • Moi zna­jo­mi już dru­gi raz z Taj­lan­dii wró­ci­li i wciąż nie widzie­li ping pong show.. to oni w ogó­le w Taj­lan­dii byli? Ale mnie ten opis jakoś nie znie­chę­cił mimo wszyst­ko.. no dobra, eks­tre­mal­ne, no dobra oso­bi­ście szko­da było­by mi kasy, ale prze­cież to jest dla chęt­nych i wia­do­mo, co będzie się dzia­ło. Więc to tak jak­by iść do kina na film akcji i narze­kać, że była akcja 🙂 Chy­ba, że zabie­ra­my się za osą­dza­nie tych dziew­czyn, ale moim zda­niem nie tędy droga.

    • Gorzej, jak nie do koń­ca zda­jesz sobie spra­wę, co to będzie za akcja i nie jesteś na TAKĄ aku­rat akcję przygotowana 🙂
      Z tego co kole­sie opo­wia­da­li, to naj­gor­sze w tym wszyst­kim było to, że cały show robi­ła sta­ra i oble­śna baba. Sor­ki, ale aku­rat poka­zu­jąc te rejo­ny powin­na być jakaś speł­nia­ją­ca choć­by mini­mal­ne wyma­ga­nia este­tycz­ne. I to pew­nie dla­te­go była dla nich taka trauma 🙂

  • Ludzie upodla­ją się sami, a zwie­rzę­ta są upodla­ne są przez ludzi. Tu i tu win­ny jest czło­wiek o ile moż­na go tu nazwać czło­wie­kiem. Swo­ją dro­gą myślę że te Taj­ki są szpry­co­wa­ne tym samym co te zwie­rzę­ta, może w innej daw­ce. I w sumie nie wiem czy znie­chę­ci­łeś czy zachę­ci­łeś tym wpi­sem, zwłasz­cza panów. 😛 

    • Pyta­nie, czy są szpry­co­wa­ne, czy szpry­cu­ją się same? IMHO róż­ni­ca znaczna.
      Oj wiesz, w czło­wie­ku jest taka cią­go­ta do obrzy­dli­wo­ści i nie­zdro­wej cie­ka­ości – mnó­stwo dzie­cio­rów pew­nie kijem trą­ca­ło zde­chłą wro­nę, żeby spraw­dzić, co się sta­nie. To tro­chę chy­ba podob­ne doznanie 🙂

  • Pingback: BEFORE I DIE chciałbym...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Z racji wspo­mnia­nej przez Cie­bie popu­lar­no­ści Taj­lan­dii, a szcze­gól­nie Bang­ko­ku, sły­sza­łem o tych atrak­cjach. Co do sło­ni i innych męczo­nych zwie­rząt abso­lut­nie racja, odpusz­cza­my, bo to abso­lut­nie przy­kła­da­nie ręki do ich cier­pie­nia. W tema­cie ping-pon­ga, hmm to może być cie­ka­wy sport 😉

    • Może. Ale czy jesteś goto­wy na tak eks­tre­mal­ną dys­cy­pli­nę sportu? 🙂

  • zga­dzam się, sła­be są te bran­so­let­ki u słoni…

  • Pamar Tra­vel

    Świet­ne zesta­wie­nie. Rze­czy­wi­ście te haki są odra­ża­ją­ce, ale to nic w porów­na­niu z tym, co ser­wu­je się sło­niąt­kom, w dzie­ciń­stwie po aby mogły wozić tury­stów. Od tor­tur nie­któ­re umie­ra­ją… Wszyst­ko leży w rękach tury­stów. To dla nich cier­pią zwierzęta

  • Bied­ne sło­nie i tygry­sy :(. Aż skó­ra cierp­nie na samą myśl! A to ping pong show… pozo­sta­wię bez komentarza 🙂

    • Jak­byś widzia­ła miny tych gości, któ­rzy na ping­pong show poszli, to było by Ci ich nawet żal 🙂

  • Jak moż­na takie rze­czy zwie­rzę­tom robić.…wstyd mi za ludzi…

    • Powiem Ci, że na zdję­ciach to tak nie wyglą­da tra­gicz­nie, jak w rze­czy­wi­sto­ści. A jak widzia­łem takie­go sta­re­go upa­sio­ne­go Ango­la, któ­ry na tygry­sie się kładł, to przez chwi­lę mia­łem mor­der­cze myśli.

  • Wszyst­ko i nic, tak na mnie dzia­ła przepych 🙁

  • Wla­snie, tak jak piszesz, robi sie z tego ‘dru­gi Egipt’- moze to powod, dla kto­re­go raczej sie tam nie wybio­re? Wia­do­mo, kaz­dy lubi co inne­go, a mnie wystar­czy Two­ja relacja 🙂

    • Jesz­cze nie jest aż tak wszyst­ko pod tury­stów, jak w Egip­cie, ale powo­li ku temu zmie­rza, więc jak masz w pla­nach, to się spiesz 🙂

  • Pój­scie na Ping Pong Show było jed­ną z moich głup­szych decy­zy­ji ever. Gwiaz­da wie­czo­ru na oko­ło mia­ła 180 lat i nie tyl­ko piła, pali­ła, strze­la­ła, ale też wło­ży­ła sobe “tam” dwa małe żół­wie. Cho­ciaż kwe­stia spor­na czy “małe”. Jesli miał­bym je sobie gdzieś wsa­dzić, uznał­bym, że są olbrzy­mie. Po wszyst­kim zro­bi­ła rund­ke po publi­ce i zbie­ra­ła napiw­ki do pojem­ni­ka próż­nio­we­go, i nie ma, że nie dajesz. Sta­ła i drą­ży­ła tak dłu­go wzro­kiem, aż wysko­czy­łeś z kasy. Sama “atrak­cja” tez nie jest dar­mo­wa, jest przy­mus kupie­nia drin­ka, któ­ry zale­znie od loka­lu krzy­czy od 50 do + nie­skoń­czo­no­ści złotych. 

    P.S. Pod­pi­su­je się pod punk­tem o uni­ka­niu prze­jaż­dzek na sło­niach i samo­je­bek z tygry­sa­mi. Czy­ta­łem nie­daw­no, że był nalot poli­cji na par­ki z tygry­sa­mi i je poza­my­ka­li, bo morze nar­ko­ty­ków zna­leź­li. Fej­ko­we info?

    • Chy­ba nie, bo nasz taxi draj­wer, któ­ry miał wszyst­kie wyciecz­ki w cenie 15 tych od tour ope­ra­to­ra powie­dział, że nie­ste­ty do Tiger Tem­ple nas nie zawie­zie, bo jest “pro­blem”. Podej­rze­wam, że wszę­dzie tam, gdzie tury­ści debi­le robią sobie ze śnię­tym tygry­sem fot­kę jakieś pro­chy muszą być, bo cięż­ko mi uwie­rzyć w to, że szpry­cu­ją je legal­ny­mi i odpo­wied­nio daw­ko­wa­ny­mi leka­mi. Pew­nie dosta­ją max strza­ła i nikt się nie przej­mu­je, co się ze zwie­rzem dzie­je. Fchuj to smut­ne, powiem Ci, bo nawet jak to mają być atrak­cje dla tury­stów, to mogą być zro­bio­ne jakoś huma­ni­tar­nie. I to mówię ja, któ­ry wca­le się nie zasta­na­wia, czy ham­bur­ger miał imię.

      Ale że jak kur­wa żół­wie?? Żywe?? Cze­kaj, muszę to u Cie­bie odszukać.

      • Ze sło­nia­mi mia­łem tak, jak Ty. Pod­je­cha­li­smy sku­te­rem na far­mę, pokar­mi­li­smy bana­na­mi, po czym przy­szedł typ z hakiem i nagle otwo­rzy­ły nam się oczy. Na tygry­sy nawet nie pla­no­wa­łem jechać, bo samo wej­ście to już dorzu­ce­nie się do inte­re­su, a nie jest żad­ną tajem­ni­cą, że one są tak moc­no szpyr­co­wa­ne dra­ga­mi, że nawet Char­lie She­en zazdro­ści. Smut­ne to, a jesz­cze smut­niej­sze są insta­gra­mo­we samo­jeb­ki z nie­przy­tom­ny­mi kota­mi i wia­ra, że one po pro­stu leża­ku­ją po obiedzie.

        Żywe żół­wie. Potrak­to­wa­ła je gorzej niż Shred­der Żół­wie ninja.

        • Tutaj jed­ne i dru­gie były w pakie­cie na jed­nej miej­sców­ce, do tego jesz­cze kro­ko­dy­le i cobra show. Chciał­bym zoba­czyć, jak się taki kotek po obiad­ku budzi i takie­go tępe­go jemio­ła wpier­da­la na deser. Albo nie, wystar­czy, żeby go tyl­ko nastraszył.

          Jakiś gre­en­pis bym na nich nasłał za te żół­wi­ki, o!

          • Zapo­mnia­łem powie­dzieć, że na zaple­czu tygry­sich swią­tyń zna­leź­li tez mnó­stwo kłów, skór i szma­lu w gotów­ce, więc jak ktoś napi­sze, że to są tygry­sy oca­lo­ne przed prze­ro­bie­niem na amu­le­ty (a widzia­łem taki głos), to cyc­ki opa­da­ją. Z innej becz­ki – jak wra­że­nia po duria­nie? Szcze­rze, kupi­łem na ostat­nim wyjeż­dzie i ani nie śmier­dział szcze­gól­nie, a w sma­ku to juz total­ne roz­cza­ro­wa­nie. Nie wiem juz sam, czy to mit, czy może jakie­goś sta­re­go, wywie­trza­łe­go kupiłem :/

            • Ja wła­śnie pogu­gla­łem i zoba­czy­łem małe tygry­siąt­ka wje­ba­ne w cało­ści do sło­jów z for­ma­li­ną pew­nie albo spi­ry­tu­sem (na natio­nal geo­gra­phic są foty). Upier­do­lił­bym takim skur­wie­lom łapy przy samej dupie.

              Mie­sza­ne 🙂 Na Khao San zja­dłem takie­go wła­snie jak­by lek­ko zle­ża­łę­go, co to moc­no nie śmier­dział, w sma­ku jakieś takie lek­ko wani­lio­we mydło, więc dra­ma­tu nie było, a kisie­lu w majt­kach tym bar­dziej. Ale kie­dy szwen­do­li­łem się po Hua Hin, to zbłą­dzi­łem w jakieś dziw­ne rejo­ny i tra­fi­łem na taką budę, gdzie leża­ła solid­na ster­ta duria­nów. Jeba­ło jak z pały reni­fe­ra już z dale­ka, a jak mi koleś takie­go świe­że­go otwo­rzył, to aż mi świecz­ki w oczach sta­nę­ły. Jak zoba­czył moją reak­cję, to dał mi spró­bo­wać kawa­łe­czek i tu już w sma­ku był taki bar­dziej wani­lio­wy i jak­by z mali­no­wy­mi nut­ka­mi. Wra­że­nie tro­chę jak­byś jadł wani­lio­wo-mali­no­we lody w kiblu w aka­de­mi­ku po nie­złej imprezie.

              • Czy­li jed­nak. W takim razie muszę jechac jesz­cze raz. W zasa­dzie to szu­ka­łem takiej wymówki 😉

  • … ej, ale że to już koniec? Tekst mi się nor­mal­nie urwał szyb­ciej niż film mało­la­to­wi na impre­zie… 🙁 … kie­dy ciąg dalszy??

    • 1559 słów, a Kole­dze mało. Oj Kole­ga pazerny 🙂

      Z Taj­lan­dii pla­nu­ję jesz­cze tyl­ko dwa wpi­sy, jeden będzie z pier­dy­liar­dem zdjęć, dru­gi z bólem dupy, bo o lataniu 🙂

      • No paCZ tyle słów a ja fak­tycz­nie jakiś pazer­ny. No ale trud­no tu u Cie­bie nie mieć apetytu 😛