Jemy na Mieście: FC Naleśniki na Kuźniczej

 

To był bar­dzo uda­ny week­end. Co praw­da pomi­mo pla­nów ambit­nych nigdzie się nie pogo­ni­li­śmy, bo jakoś tak nie do koń­ca ufa­li­śmy pogo­dzie, ale jak się oka­za­ło, na miej­scu bez robie­nia kilo­me­trów też może być faj­nie. W sobo­tę pierw­szy raz od nie pamię­tam kie­dy wyszli­śmy z fabry­ki tak, jak napi­sa­ne jest na drzwiach 10:00–15:00. O 15:10 stwier­dzi­li­śmy, że czas na sek­su­al­ny week­end, więc pie­przy­my pro­jek­ty i jedzie­my do domu spę­dzić tro­chę cza­su z naszy­mi Dzieciorkami.

Tym bar­dziej, że jed­na z klien­tek Małej­Żon­ki nagle PO zamon­to­wa­niu mebli i PO pod­pi­sa­niu pro­to­ko­łu odbio­ru bez uwag stwier­dzi­ła, że to za dro­go i nagle nicze­go nie rozu­mie z wyce­ny i “ze zdu­mie­nia nie może wyjść, co tam tyle kosz­to­wa­ło”. I że “nie wiem kie­dy dopła­cę resz­tę pie­nię­dzy, pew­nie za jakiś czas…”. OK, nie ma spra­wy – pro­ce­du­ry win­dy­ka­cyj­ne tro­chę trwa­ją, nie ma pośpie­chu – im póź­niej, tym odset­ki bar­dziej urosną.

Jak widać, cho­ciaż jeste­śmy już naucze­ni na (naj­czę­ściej wła­snych) błę­dach, to jed­nak w tej robo­cie bywa róż­nie – nie zawsze jest słoń­ce, tęcza i Hel­lo Kit­ty. Ale za to bez wyrzu­tów sumie­nia moż­na w sobo­tę zająć się rodzi­ną, sko­ro pra­ca kopie w dupę, nie?

Było już popo­łu­dnie, wszy­scy byli­śmy po zamó­wio­nym na wynos jedzon­ku, więc nie byli­śmy bar­dzo głod­ni i dla­te­go poszli­śmy się pole­rak­so­wać do par­ku. Mów­cie co chce­cie, że Koza­nów to blo­ko­wi­sko, ale chy­ba nie ma we Wro­cła­wiu osie­dla, gdzie jest tyle zie­le­ni, co u nas. Jest ogrom­ny park, nie­da­le­ko do lasu, jest lek­ko zmu­lo­ny sta­wik z łabąd­ka­mi i do Odry nie­da­le­ko. Są polan­ki z wystrzy­żo­ną traw­ką i pla­ce zabaw dla dzie­ci. Dla każ­de­go coś miłe­go. Coby za dużo nie kom­bi­no­wać wzię­li­śmy kocyk oraz rakiet­ki i lot­ki do teni­so­na i poszli­śmy się poby­czyć na zielonym.

20150711_162221_1230

 

Teni­son to takie niby pitu, pitu odbi­ja­nie lot­ki, ale tro­chę się zma­cha­li­śmy, tro­chę poby­czy­li­śmy i w efek­cie zgłod­nie­li­śmy. A że się naga­nia­li­śmy i przy­da­ło­by się schło­dzić, to poje­cha­li­śmy na Rynek z wiel­ką chęt­ką na lody (cho­ciaż lody nie są pse­cies die­tyc­ne). Chcie­li­śmy nawie­dzić Tra­la­la­lę, ale weź tam w oko­li­cy czło­wie­ku w sobo­tę póź­nym popo­łu­dniem zapar­kuj. Taka moż­li­wość jest nie­moż­li­wa, więc zasu­wa­li­śmy dziel­nie z dru­gie­go koń­ca i po dro­dze nabra­li­śmy ocho­ty na coś kon­kret­niej­sze­go, niż lody. A kon­kret­niej, nie wie­dzieć cze­mu, na nale­śni­ki. I tak oto tra­fi­li­śmy na Kuź­ni­czą, gdzie naprze­ciw­ko STP przy­cup­nął sobie nie­wiel­ki loka­lik pod tytu­łem FC Nale­śni­ki. No bo czy jest ktoś, kto nie lubi naleśników?

20150711_185734_1230

 

Ludzi spo­ro, ale w sobo­tę popo­łu­dniu ina­czej się nie da, tym bar­dziej, że lokal napraw­dę nie­wiel­ki. Sto­lik się zna­lazł na zewnątrz, a ponie­waż byłem tam pierw­szy raz, to dziel­nie potu­pa­łem do środ­ka pod­py­tać, czy ktoś się mną zaopie­ku­je, czy samo­ob­słu­ga. Prze­sym­pa­tycz­na kel­ner­ka, w któ­rej pięk­nych oczach zato­ną­łem powie­dzia­ła mi, żebym sobie wziął kar­tę (w kształ­cie wiel­kie­go nale­śni­ka), na spo­koj­nie się zasta­no­wił przy sto­li­ku, a Ona do nas podej­dzie przy­jąć zamówienie.

Wybór w kar­cie ogrom­ny – nale­śni­ki na słod­ko, sło­no, wytraw­ne, z mię­sem, vege czy skom­po­no­wa­ne wg wła­sne­go uzna­nia. Tak napraw­dę lek­tu­ra na dobre pół godzi­ny. Na szczę­ście Prze­mi­ła Pani była bar­dzo facho­wa i pomoc­na, tłu­ma­czy­ła jak dzie­ciom, opo­wia­da­ła co w środ­ku, jaki do tego pasu­je sosik czy doda­tek – peł­na pro­fe­ska do tego z uśmie­chem na ustach, co ostat­nio rzad­ko spo­ty­kam, zwłasz­cza kie­dy gdzieś są tłumy.

Pan Tymoń­ski pole­ciał kla­sy­ką – bodaj­że Cho­co­la­te, czy­li banan z cze­ko­la­dą, w zesta­wie były jesz­cze wiór­ki koko­so­we, ale te gry­zą moje dziec­ko w zęby, więc wyle­cia­ły. Misior zde­cy­do­wał się na Poku­sę, któ­ra Go sku­si­ła deli­kat­nym twa­roż­kiem, cyna­mo­nem i jago­da­mi. Mała­Żon­ka ostrzy­ła sobie ząb­ki na orze­cho­we­go Nut­ti z ser­kiem i mio­dem. A ja się chy­ba zasło­dzi­łem od same­go słu­cha­nia i zapra­gną­łem zjeść coś kon­kret­ne­go i z mię­chem. Ponie­waż w pamię­ci mam świe­żo fil­mik, na któ­rym koleś z pomp­ką zamie­nia cher­la­we kur­cza­ki na dro­bio­wy odpo­wied­nik Pudzia­na, zamó­wi­łem sobie mię­sko mie­lo­ne zmie­sza­ne z kuku­ry­dzą, papry­ką, pomi­do­rem, cebu­lą, faso­lą i to wszyst­ko uto­pio­ne w sosie sal­sa i roz­to­pio­nym żół­tym serze, czy­li jak nie­trud­no się domy­śleć Mexi­co dla odmia­ny gry­cza­ny. Dodat­ko­wo Misiek wziął pole­wę cze­ko­la­do­wa, a ja sosik – ponie­waż ten sek­su­al­ny week­end zapo­wia­dał się też na noc, nie bra­łem sosu czosn­ko­we­go tyl­ko ziołowo-jogurtowy.

Prze­mi­ła Pani nas lojal­nie uprze­dzi­ła, że cze­ka­my nawet do 45 minut – to i tak dobrze, że wie­dzie­li­śmy, bo prze­cież w wychwa­la­nym Kre­den­sie cze­ka­li­śmy godzi­nę i nikt nam o tym nie powie­dział, o wło­sach w żar­ciu nie wspo­mnę. Cze­ka­li­śmy kró­cej, bo po 20 minu­tach wje­cha­ły nale­śni­ki. Na sam widok cie­kła ślinka.

20150711_194038_1230

20150711_193652_1230

20150711_193659_1230

 

Pięk­nie wypie­czo­ne, rumia­ne cia­sto, pole­wa cze­ko­la­do­wa Miś­ka to rze­czy­wi­ście coś, co robio­ne jest na miej­scu, a nie kupo­wa­ne w mar­ke­cie. Podob­nie mój sosik – kre­mo­wy, lek­ko kwa­sko­wa­ty, bar­dzo dobrze zba­lan­so­wa­ny, czuć w nim dosko­na­le i jogurt i zio­ła. Nale­śni­ki wypcha­ne są nadzie­niem po same brze­gi, nie mu stra­te­gicz­nych prze­strze­ni powietrz­nych jak w pasz­te­ci­kach Gar­dło Sobie Pod­rzy­nam Dib­ble­ra z ksią­żek sir Prat­chet­ta. Niby wszyst­ko już było, bo sma­ki zna­my i kuli­nar­nej Hame­ry­ki nikt tu nie odkry­wa, ale całość sma­ku­je wybor­nie i dokład­nie tak, jak powinna.

20150711_193830_1230

20150711_194030_1230

Pan Tymoń­ski był podwój­nie szczę­śli­wy, bo poza swo­im nale­śni­kiem z bana­na­mi i cze­ko­la­dą (to cze­ko­la­da, praw­dzi­wa cze­ko­la­da, nie jakaś tam nutel­la) dostał tez zdję­cie z butel­ką coli, na któ­rej ktoś pro­ro­czo o nim napisał.

20150711_193846_1230

 

Bio­rąc pod uwa­gę wiel­kość kar­ty mogę z czy­stym sumie­niem zało­żyć, że odwie­dzi­my FC Nale­śni­ki jesz­cze nie raz i nie dwa, bo i ceny mają jak naj­bar­dziej zno­śne (81 zł za czte­ry por­cje i czte­ry picia to jak na Rynek nie­du­żo), i najeść się moż­na solid­nie, bo nikt tu nie oszu­ku­je na wiel­ko­ści nale­śni­ka i ilo­ści nadzie­nia w środku.

A co naj­waż­niej­sze – sma­ku­je rewelacyjnie.

 

PS. 1. Na lody poszli­śmy następ­ne­go dnia, ale to temat na osob­ny wpis.

PS.2. Tema­tem na osob­ny wpis są tez moje i Małej­Żon­ki prze­my­śle­nia na temat arty­stów, sztu­ki i tego, czy da się z niej wyżyć. Tym samym pozdra­wia­my nawa­lo­ne­go jak szpa­del kole­sia, któ­ry obok nas malo­wał pod­kład­ki od piz­zy zaju­ma­ne z Piz­za Hut. I pró­bo­wał je pchać jako dzie­ła sztu­ki na mia­rę co naj­mniej Trwa­ło­ści pamię­ci Salva­do­ra Dali.

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...

  • Pingback: Jemy na Mieście: La Paryżanka we Wrocławiu | dizajnuch.pl - blog faceta...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Też tam byłam z lubym swym i też polecam! 🙂

  • Bar­dzo edu­ka­cyj­ny tekst z prze­sła­niem. Chy­ba się wezmę dzi­siaj za sma­że­nie z tego wszyst­kie­go, może ze szpi­nacz­kiem albo ruskie… <3

    • Ze szpi­na­kiem nale­śni­ki kocham, ale ruskich nie jadłem. Przej­dę się raz jesz­cze do FC, bo podob­no wymia­ta­ją – jestem auten­tycz­nie cie­ka­wy tego połączenia.

      Tak BTW – ja pocho­dzę z regio­nu, któ­ry dla pozo­sta­łej czę­ści kra­ju jest “ruski”, ale u nas nikt tak nie nazy­wał pie­ro­gów. Były zawsze “z serem”. A z serem na słod­ko nie upra­wia­no – to jakiś wyna­la­zek zachod­ni musi być.

      • U mnie z kolei zarów­no mamy, jak i bab­cie z obu stron, robi­ły pie­ro­gi ruskie, któ­re były bar­dziej z ziem­nia­ka­mi niż z serem. Sera tam było co kot napła­kał. Pew­nie to takie kre­so­we, z bie­dy wynie­sio­ne, przy­zwy­cza­je­nia. Co nie zmie­nia fak­tu, że do teraz takie sma­ku­ją mi naj­bar­dziej. I dla mnie nale­śni­ki “ruskie” to po pro­stu nale­śni­ki z lek­ko zakwa­szo­ny­mi (np. cytry­ną) ziem­nia­ka­mi, przy­sma­żo­ną cebul­ką, solą i dużą ilo­ścią świe­żo zmie­lo­ne­go pie­przu. Ser (czy­li tofu w moim wegań­skim przy­pad­ku) wyda­je mi się cał­ko­wi­cie zbędny.

        • Bo ja wła­śnie z takich kre­so­wych kre­sów pocho­dzę – sera tam było mniej, niż kar­to­fli (ziem­nia­ki nie wie­dzieć cze­mu to tyl­ko te mło­de), ale tak je nazy­wa­no – “z serem” 🙂
          Ech, cza­sy mojej młodości…

          • To ja “pocho­dzę” (a dokład­nie obie moje wysie­dlo­ne bab­cie) z takich mniej zakła­ma­nych kre­sów, gdzie sera nie było, to się nie mówi­ło, że są z serem, ino z kartoflami 😛 😉

            • Z samy­mi kar­to­fla­mi to była­by strasz­na bie­da, a tam prze­cież każ­dy pani­sko, bo sąsia­dy plot­ko­wać będo 😉
              Faj­nie tak popa­trzeć sobie na sie­bie z perspektywy…