Paradoksy większe i mniejsze…

 

Dzisiaj niedziela, więc jak zwykle ostatnimi czasy chciałem gdzieś wybyć z Dzieciorkami, coby w domu nie siedzieć jak ten grzyb w berecie moherowym. W planach mieliśmy ZOO w Opolu, bo podobno dużo bardziej swojskie i kameralne, niż to wrocławskie. Ale pogoda dzisiaj jakaś taka damsko-męska i ostatecznie jedziemy do dupy. Znaczy na zakupy, ale w galeriach dup dużo, więc właściwie na jedno wychodzi.

I przy okazji przyszło mi do głowy, że człowiek to takie kłębowisko paradoksów, niekonsekwencji i sprzeczności. Ta głęboka myśl wzięła mi się stąd, że dzisiaj upierdliwość Tymońskiego przekroczyła moje stany alarmowe, bo jakiś taki wnerwiony jestem od rana i szczególnie na Tymonomarudzing wrażliwy. A to dlatego, że jestem zmęczony trochę i niewyspany. A to z kolei dlatego, że wczoraj nie wyrobiłem się z projektem na poniedziałek i dzisiaj zerwałem się z samego rana (tak jakoś w okolicach 5:30), żeby skończyć rysunki techniczne, bo przecież do tego ZOO mieliśmy jechać, nie? A ja przecież już sobie kiedyś obiecałem, że nie pracuję w niedzielę i jestem twardy w mówieniu NIE klientom.

I pierwszy paradoks wykluł mi się taki, że po całym tygodniu ciężkiej pracy i wracania wieczorem do domu bardzo mi brak moich Dzieciorków. Ale jednocześnie Tymonomarudzing powoduje, że mam ochotę uciec gdzieś w tak zwane pizdu. Gdzie z kolei bardzo bym za nimi tęsknił. I tak w koło Macieju.

A potem wymyśliło mi się więcej takich durnowatych paradoksów, bo jak się głębiej zastanowię, to gdzie się nie obrócisz, tam dupa z tyłu i paradoks Cię w nią kopie. Przykłady? Pociem badzio:

Uwielbiam jeść. Poznawać nowe smaki, zapachy, struktury jedzenia. Mógłbym jeść na okrągło. Gdyby nie to, że nie cierpię być najedzony. Nienawidzę uczucia pełnego, napchanego brzucha. I tak mam od zawsze. Najlepiej się czuję i funkcjonuję lekko głodny.

Lubię gotować, podobno też potrafię. Robię przy okazji w kuchni takie pojebowisko, że się Pearl Harbour chowa. I no własnie – nie cierpię zmywać i sprzątać.

Nie cierpię sprzątać, ale jeszcze bardziej nienawidzę siedzieć w syfie i bałaganie.

Bardzo lubię pomidory, ale pomidorowej już niekoniecznie.

Z ogórkami z kolei mam odwrotnie.

Warzywa bardzo lubię, ale nie lubię jak są bardzo rozdrobnione (czyli zupy krem nie bardzo), ale z kolei z owocami mam odwrotnie – najlepiej wchodzą mi koktajle i smoothie.

Jak to mówią – mam podejście do dzieci. Małolaty mnie lubią, czują się przy mnie swobodnie, fajnie się bawimy. Ale tak naprawdę tylko moje własne nie powodują u mnie uczucia lekkiego dyskomfortu (no, chyba że się Tymonomarudzing włączy, to wtedy dyskomfort bywa duży). To pewnie dlatego, że nie znam „obcych” dzieci tak dobrze, jak swoich.

Uwielbiam święty spokój. Ale nicnierobienie szybko mnie nudzi (chociaż nicnierobienie z dobrą książką nudzi jakby mniej).

Kocham słodycze, ale nie jem, bo jestem na diecie.

To jest dopiero wkurwiający paradoks, nie?

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...