Od 1,5 miesiąca nie tyję…

Pamię­ta­cie mój wpis o tym, że rzu­ci­łem pale­nie i od 1,5 roku nie śmier­dzę faj­ka­mi? Rzu­ce­nie pale­nia ma pra­wie same plu­sy dodat­nie. Pra­wie, bo ma też jeden plus ujem­ny. Mia­no­wi­cie żre się jak dzi­ka świ­nia i nie­ste­ty waga rośnie jak licz­nik dłu­gu publicz­ne­go. Do tego aku­rat moje rzu­ce­nie pale­nia zbie­gło się z tym, że zasia­dłem sobie za pre­ze­sow­skie biur­ko, gdzie mogłem w ciszy i spo­ko­ju wpie­przać wszyst­ko to, co nie­zdro­we, tuczą­ce i zaje­bi­ście pysz­ne (no, bo odkry­łem pyszne.pl i się zako­cha­łem). Dla­te­go też, mając w per­spek­ty­wie nie­da­le­kiej 40-te uro­dzi­ny, posta­no­wi­łem, że przy­wi­tam je bez brzu­cho­la, któ­ry mi się wyho­do­wał. Bo jesz­cze tro­chę i zapad­nę na lustrzy­cę, a nie uśmie­cha mi się look a’la Ron Jere­my (choć nie powiem, nie­któ­re z jego, nazwij­my to cech, powo­du­ją u mnie napad zazdro­ści, ma też faj­ne kole­żan­ki i pra­cę ma faj­ną). Dodat­ko­wo wło­sy jak­by zaczę­ły mi rosnąć do dołu (jak­by coraz mniej na gło­wie, a coraz wię­cej w nosie), więc jak mam już mieć gla­cę, to cho­ciaż niech wyglą­dam jak Jason Sta­tham.

Czy­li po raz dru­gi w życiu jestem na poważ­nie na die­cie i zamie­rzam wszem i wobec chwa­lić się, jak mi zaje­bi­ście idzie i jaki to ja mam nie­złom­ny cha­rak­ter i wolę żela­zo­wą. Ale nie będę sło­nia nos i podzie­lę się z wami kil­ko­ma świa­tły­mi rada­mi, jeśli aku­rat pla­nu­je­cie się skur­czyć.

Ale naj­pierw, jak zwy­kle, mały wtręt.

Po opusz­cze­niu murów kor­po­ra­cji już ponad 7 lat temu mia­łem (krót­ki, bo krót­ki, ale jed­nak) okres, w któ­rym moja gło­wa była peł­na pla­nów i wizji, a mój kalen­darz jesz­cze pusty. Wgry­za­łem się powo­li w to, czym mia­łem się zaj­mo­wać, pozna­wa­łem taj­ni­ki pro­wa­dze­nia fir­my, lata­łem po całym mie­ście zała­twia­jąc milio­ny spraw. Cza­sa­mi, kie­dy była oka­zja, par­ko­wa­łem auto tro­chę dalej od miej­sca spo­tka­nia, żeby sobie zro­bić mały spa­ce­rek (o tym, jak pozna­wa­łem Wro­cław po moim przy­jeź­dzie na stu­dia kie­dyś napi­szę tekst, bo uwiel­biam to mia­sto). Pod­czas jed­ne­go z takich spa­cer­ków po Ryn­ku zacze­pi­ła mnie zacna dzie­wo­ja z noga­mi do nie­ba i zapro­po­no­wa­ła nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce spo­tka­nie. Nie, nie zga­dli­ście – klu­bów Coco­mo i panie­nek z różo­wy­mi para­sol­ka­mi wte­dy jesz­cze nie było. Zapro­po­no­wa­ła mi spo­tka­nie z die­te­ty­kiem w czymś, co było skrzy­żo­wa­niem klu­bu fit­ness i porad­ni zdro­we­go żywie­nia (teraz to nor­ma, wte­dy raczej cie­ka­wost­ka). I tak to się lek­ko zdo­ło­wa­łem, bo jeśli mnie dzie­wo­je pięk­ne zacze­pia­ją i wysy­ła­ją na die­tę, to znak, że wyglą­dam jak kupa nie­szczę­ścia z prze­wa­gą kupy.

Podzie­li­łem się wąt­pli­wo­ścia­mi z Małą­Żon­ką, utu­li­ła mnie, pocie­szy­ła i kop­nę­ła w dupę, żebym się tam wybrał i nie joj­czył, sko­ro gra­tis i nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce. Na miej­scu oka­za­ło się, że super-duper pro­mo­cja i kar­net do die­te­ty­ka (raz w tygo­dniu) i na zaję­cia fit­ness (raz w tygo­dniu) to jedy­ne 4 stó­wy za trzy mie­sią­ce. Czy to dużo czy mało nie wie­dzia­łem, bo wte­dy klu­by fit­ness to były małe osie­dlo­we mor­dow­nie ze scha­ba­mi bez kar­ków i na kok­sie, do tego naj­czę­ściej w piw­ni­cy.

Powie­dzia­łem, że się zasta­no­wię, wró­ci­łem do domu i się zamy­śli­łem. Spodo­ba­ło mi się, więc się zamy­śli­łem raz jesz­cze. I ten wła­snie moment Pani Mat­ka wybra­ła na to, żeby zadać słyn­ne pyta­nie: “Co chcesz dostać na imie­ni­ny?”. Taaa…

Oczy­wi­ście Mała­Żon­ka stwier­dzi­ła, że na łeb upa­dłem, że odchu­dzam się przez pół życia i gów­no mi z tego wycho­dzi, a Ona nie wywa­li 4 stów w bło­to, bo i tak nic z tego nie wyj­dzie. Taaaak? To ja Ci poka­żę…

I poka­za­łem. Star­to­wa­łem od 104,9kg przy 183cm wzro­stu. Po jakiś 4–5 mie­sią­cach zsze­dłem do 86kg i wyglą­da­łem jak mło­du Bodziu. Do tej pory się śmie­ję, że schu­dłem Jej na złość. Mam taką budo­wę cia­ła, że napraw­dę było zacnie. Kie­dyś nawet kole­ga Zig­zag (pozdra­wiam, a jak­że) stwier­dził, że cyt. “mam kla­tę jak czołg”. Lufy nie widział, więc nie mówił…

Ale do adre­mu.

Teraz na star­cie mia­łem 123,1kg na licz­ni­ku. Po 2 mie­sią­cach mam 111,9kg.

Dłu­ga dro­ga przede mną, ale chcę się zno­wu zatrzy­mać w oko­li­cach 85–86kg.

Uda mi się, praw­da? Będzie­cie trzy­mać kciu­ki?

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...