10 zasad co i jak jeść, żeby zgubić kilogramy…

 

Pro­szę Pań­stwa nie ma oszu­kań­stwa – żar­ty na bok, czas na pot, ból i łzy. Czas wyrze­czeń, cięż­kiej pra­cy, zgrzy­ta­nia zęba­mi i spi­na­nia pośla­dów. Wszyst­ko po to, żeby na koniec tej dłu­giej wybo­istej dro­gi wal­nąć sobie sel­fie na fej­sa albo Insta­gra­ma. Na widok któ­re­go dziew­czy­ny, kobie­ty i sza­cow­ne matro­ny poczu­ją kisiel w majt­kach.

Czy­li jed­nym sło­wem zrzu­ca­my kilo­gra­my i jeste­śmy laska.

Ale jak? Co robić? Jak żyć? Co żreć? Spo­koj­na Wasza roz­czo­chra­na, zaraz zdra­dzę sekre­ty uzy­ska­nia figu­ry opły­wo­wej, któ­re zdra­dzi­ła mi Pani Die­te­tycz­ka za cięż­ko zaro­bio­ne pinioń­dze.

Tytu­łem wstę­pu – nigdy ta nazwa wprost nie padła, ale ja jestem chło­pak dość mądry ina­czej, poszu­ka­łem tro­chę w necie i wymy­śli­łem, że mojej die­cie naj­bli­żej chy­ba do die­ty Mon­ti­gna­ca, a wła­ści­wie Meto­dy Mon­ti­gna­ca. Też jeste­ście mądrzy, więc może­cie sobie poszpe­rać i poczy­tać, ale jeśli Wam się nie chce, to ja tu krót­ko opo­wiem, bo mam misję dzie­jo­wą mam.

Od razu mówię, że nie jestem fit-świ­rem i nie mam w małym palusz­ku tabe­li die­te­tycz­no-kalo­rycz­no-odżyw­czych, ani nie robi­łem dok­to­ra­tu z ludz­kie­go meta­bo­li­zmu. Opi­su­ję jedy­nie to, co na mnie dzia­ła i jeśli stoi to w sprzecz­no­ści z czymś, co dzia­ła na Cie­bie albo ogól­nie zna­ny­mi zasa­da­mi zdro­we­go żywie­nia, to pro­blem Twój albo tych zasad. Na mnie dzia­ła.

Ta die­ta jest o tyle faj­na, że tak do koń­ca nie jest die­tą w potocz­nym tego sło­wa rozu­mie­niu. Nie musi­my sobie wszyst­kie­go odma­wiać i jeść tra­wy świe­żej zerwa­nej o wcho­dzie słoń­ca. Ba, jest nie­wie­le rze­czy, któ­re tak napraw­dę eli­mi­nu­je­my (poza oczy­wi­ście tymi, o któ­rych pisa­łem TUTAJ – won, do kosza). Poza tym podob­no jest to die­ta, na któ­rej podob­no nie schud­nie­my poni­żej odpo­wied­niej wagi (orga­nizm sam to sobie podob­no wyre­gu­lu­je i look a’la Anja Rubik nam nie gro­zi) – tro­chę mi się nie chce wie­rzyć, ale kto wie, podob­no to praw­da. No i nie­ste­ty albo ste­ty jest to die­ta, a wła­ści­wie spo­sób żywie­nia na całe życie.

Die­ta nie opie­ra się na licze­niu kalo­rii tyl­ko na Indek­sie Gli­ke­micz­nym (IG). Liczy się tak napraw­dę ilo­ści węglo­wo­da­nów i biał­ka w die­cie (i tyl­ko tego musia­łem pil­no­wać) i uni­ka pro­duk­tów z wyso­kim IG (w ramach zada­nia domo­we­go poczy­taj­cie sobie o insu­li­nie). Ot, wsio.

Zasa­dy są pro­ste jak faj­ka – naj­le­piej zapo­dam w punk­tach, bo tak jest nie wie­dzieć cze­mu czy­tel­niej.

 

1. Jedz co 3–3,5 godziny.

Wycho­dzi 5 posił­ków dzien­nie, ostat­ni nie mniej niż 2 i nie wię­cej niż 3 godzi­ny przed zaśnię­ciem (u mnie to 21:00, bo cho­dzę spać po 23:00). Bzdu­rą jest, że nie jemy w ogó­le po 18:00 (no, chy­ba że lulasz o 20:00). Nie jemy za to węglo­wo­da­nów. Mit o kła­dze­niu się spać na głod­nia­ka jest bar­dzo nie­do­bry – kła­dziesz się spać wście­kle głod­ny i jesz­cze bar­dziej wście­kle głod­ny wsta­jesz. Wte­dy albo pod­ja­dasz na zasa­dzie “otwie­ram lodów­kę i wcią­gam co mi wpad­nie w łapy”, co jest jed­nym z głów­nych wro­gów die­ty, albo naże­rasz się na śnia­da­nie, co powin­no skut­ko­wać zmniej­sze­niem por­cji w cią­gu dnia, bo…

 

2. Nie przekraczaj dozwolonej dziennej porcji gramów białka i (zwłaszcza) węglowodanów.

Po wyli­cze­niu moje­go dzien­ne­go zapo­trze­bo­wa­nia na kalo­rie, miła Pani wyli­czy­ła mi, ile dzien­nie gram bia­łek i węglo­wo­da­nów mogę nabie­rać, żeby chud­nąć. Potem podzie­li­łem to sobie na ilość posił­ków (z zało­że­niem, że we wszyst­kich pię­ciu jest biał­ko, a węglo­wo­da­ny tyl­ko w czte­rech) i już wie­dzia­łem, ile mogę naraz zjeść. Ja aku­rat podzie­li­łem po rów­no, bo jestem z natu­ry leni­wy i nie chce mi się za każ­dym razem zasta­na­wiać, czy dzi­siaj zja­dłem już jed­ną por­cję czy 34. W przy­pad­ku, gdy w danym dniu ćwi­czy­łem, to mogłem sobie wybrać, kie­dy zjem por­cję bez węglo­wo­da­nów (czy­li nie­ko­niecz­nie wie­czo­rem).

 

3. Niech każdy Twój posiłek będzie kompletny – węglowodany, białka…

Nie wyrzu­caj węglo­wo­da­nów, ale jedz je z gło­wą – i wybie­raj zło­żo­ne. Potrzeb­ne Ci są do tego, żebyś miał ener­gię do życia a nie snuł się jak nim­fa błot­na i wszyst­kim dooko­ła truł dupę, że odchu­dza­nie to taaakie wyrze­cze­nie i jesteś taaaaki zmę­czo­ny. Jeśli rze­czy­wi­ście czu­jesz osła­bie­nie, to zna­czy, że źle bilan­su­jesz die­tę. Biał­ka wybie­raj chu­de – pierś z kur­cza­ka czy indy­ka, ryby, jaja, chu­dy nabiał, warzy­wa strącz­ko­we. Do każ­de­go posił­ku doda­waj…

 

4. …tłuszcze, ale zdrowe…

Pamię­taj, eli­mi­na­cja tłusz­czy z die­ty jest szko­dli­wa. Musisz je jeść, choć­by po to, żeby Ci się wita­mi­na A czy D mia­ła w czym roz­pu­ścić. Ale jedz zdro­we tłusz­cze – tłu­ste ryby (łosoś, śledź, makre­la), orze­chy, pest­ki np. sło­necz­ni­ka, oliw­ki czy oli­wę. Tłuszcz jest też w cze­ko­la­dzie i jaj­kach czy nie­któ­rych owo­cach, np. w awo­ka­do. A takie masło orze­cho­we (ale takie praw­dzi­wie, nie jakaś popier­dół­ka) to nie dość, że smacz­ne, to jesz­cze zdro­we.

 

5. …i warzywa. Dużo warzyw. Górę warzyw.

Warzy­wa to gru­pa pro­duk­tów, któ­re moż­na jeść wła­ści­wie bez ogra­ni­czeń (o nie­wiel­kich wyjąt­kach w osob­nym wpi­sie) i w każ­dej posta­ci, byle nie sma­żo­ne. Doda­waj je do każ­de­go posił­ku i niech sta­no­wią co naj­mniej jego poło­wę. Wypeł­nisz żołą­dek i nie będziesz odczu­wać ssa­nia, a dodat­ko­wo to wypeł­nie­nie jest zdro­wie i peł­ne wita­min. Co cie­ka­we, moja die­te­tycz­ka pod wzglę­dem żywie­nio­wym uwa­ża­ła np. zupę (oczy­wi­ście bez zabie­la­czy w sty­lu śmie­ta­ny czy węglo­wo­da­nów, np. maka­ro­nu, ryżu czy ziem­nia­ków) za warzy­wo i mogłem ją żreć bez ogra­ni­czeń. 3-litro­wy gar­nek zupy da Ci na dłu­go poczu­cie peł­ne­go żołąd­ka. A potem pęche­rza.

 

6. Owoce jedz, ale z umiarem.

A tu kolej­ny mit – nie moż­na wci­nać owo­ców bez ogra­ni­czeń (a nie­któ­rych w ogó­le – o nie­wiel­kich wyjąt­kach w osob­nym wpi­sie). Bo choć zdro­we są i sma­ku­śne, to jed­nak zawie­ra­ją spo­ro cukrów, a tego nasz brzu­szek się kur­czą­cy nie lubi. Codzien­nie jed­no duże jabł­ko, poma­rań­czę, owo­ce sezo­no­we. Sok wyci­śnię­ty (naj­le­piej wła­sno­ręcz­nie, bo kupo­wa­ne są czę­sto masa­krycz­nie dosła­dza­ne) zali­cza­my do owo­ców i nie może­my żło­pać bez ogra­ni­czeń. A sko­ro o piciu mowa, to…

 

7. Pij dużo wody, najlepiej z cytryną

Niby wszy­scy o tym mówią, ale rzad­ko kto sto­su­je. Do każ­de­go posił­ku szklan­ka wody to pod­sta­wa (tak, wiem, że się nie powin­no pić pod­czas jedze­nia, ale mam to gdzieś – na sucho nie jestem w sta­nie nicze­go zjeść). Ja oso­bi­ście nie lubię zwy­kłej wody, więc albo piję her­bat­ki (głów­nie czer­wo­ną Pu-erh, cho­ciaż sma­ku­je jak zapa­rzo­na na ścier­ce do mycia naczyń), albo kok­taj­le (przy­kła­do­we prze­pi­sy – wie­cie, w osob­nym wpi­sie) albo cza­sa­mi z wyci­śnię­tą cytry­ną i odro­bi­ną mio­du. Jeśli pijesz kawę to pamię­taj, że ona odwad­nia i trze­ba potem się nawod­nić. No i nie mówi­my o kawie ze Star­bu­nia z górą bitej śmie­ta­ny i sło­dzo­nym syro­pem. Chy­ba że…

 

8. Raz w tygodniu możesz zjeść co chcesz i ile chcesz.

Napraw­dę. I żeby było śmiesz­niej nie wpły­nie to jakoś strasz­li­wie na Two­ją wagę. Pod warun­kiem oczy­wi­ście, że to będzie raz w tygo­dniu. Jeden posi­łek. A żeby było jesz­cze śmiesz­niej, po jed­nym-dwóch razach nie będziesz chciał się już napy­chać. Nie wie­rzysz? Spró­buj. Uczu­cie cięż­ko­ści i napcha­ne­go do gra­nic moż­li­wo­ści bam­bu­cha jest bez­na­dziej­ne i szyb­ko stra­cisz ocho­tę na zapy­cha­nie się. Ale pamię­taj – masz furt­kę, żeby co jakiś czas skub­nąć sobie coś, co lubisz. I nie mieć wyrzu­tów sumie­nia, bo te zazwy­czaj pro­wa­dzą do pod­ja­da­nia z poczu­cia winy. Chcesz zjeść pół szar­lot­ki? Dawaj! Chcesz duże­go maka w MaxDo­nal­dzie popić wiel­kim szej­kiem? Śmia­ło! Ale pamię­taj – RAZTYGODNIU!!

 

9. Ruszaj się!!

I nie­ko­niecz­nie mam na myśli prze­rzu­ca­nie kil­ku ton na sił­ce czy aero­bic z ponęt­ny­mi kole­żan­ka­mi (bo jeśli wyda­je Ci się, że to wyglą­da TAK JAK NA TYM TELEDYSKU, to masz rację – wyda­je Ci się). Owszem, jak będziesz mieć takie zacię­cie, to DAWAJ! Ale wystar­czy, jak sobie codzien­nie pój­dziesz na spa­cer do par­ku, zre­zy­gnu­jesz z wjeż­dża­nia win­dą, wysią­dziesz jeden przy­sta­nek wcze­śniej, zre­zy­gnu­jesz z pozy­cji “na leniu­cha” pod­czas sek­su, potań­czysz z żoną przez 20 minut dzien­nie (ale nie nie do wol­nych, wiesz…). To wystar­czy, o ile nie zła­miesz zasad die­ty.

 

10. No alcohol. At all!!

Choć­byś kochał wie­czor­ne pif­f­ko z kum­pla­mi albo alko­ho­lo­wy reset do zgo­nu, to nie­ste­ty musisz z nich rezy­gno­wać. NIE WOLNO!! Nawet pod­cią­ga­nie tego pod zasa­dę nr 8 musi być z umia­rem, bo coty­go­dnio­wa bania w sobo­tę powo­du­je, że cały tydzień Two­jej die­ty idzie się piór­ko­wać. Ogra­nicz, i to bar­dzo, zarów­no ilość imprez, jak i ilość wypi­ja­ne­go na tych impre­zach alko­ho­lu. Jed­na lamp­ka wina do obia­du w nie­dzie­lę u mamu­si Cię nie zabi­je, ale pamię­taj, że w tym momen­cie sto­su­jesz zasa­dę nr 8 i obia­dek jest die­te­tycz­ny.

To mniej wię­cej tyle zasad. Praw­da, że nie wyglą­da tak strasz­nie? Ja daję radę. Dasz i Ty. A TUTAJ co robić, żeby było łatwiej tych reguł prze­strze­gać.

A potem będzie­my szpa­no­wać na Insta kto ma faj­niej­szy brzu­szek.

Piszesz się na to?

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...