Jak nie przytyć w Boże Narodzenie – 5 zasad.

Pier­wot­nie ten wpis pla­no­wa­łem opu­bli­ko­wać przed Świę­ta­mi, ale stwier­dzi­łem, że dawa­nie dobrych rad to jed­no, a prze­strze­ga­nie ich to dru­gie. I dla­te­go wszyst­kie rady (poza pierw­szą), któ­re za chwi­lę prze­czy­tasz, zasto­so­wa­łem w prak­ty­ce i prze­te­sto­wa­łem na sobie. Czy­li się da się.

Wynik sta­no­wi dla mnie nie­złą zagwost­kę, bo nie bar­dzo wiem, czy się cie­szyć, czy jed­nak nie. Otóż pocziem Pań­stwa, przez całe Boże Naro­dze­nie A.D. 2014 nie przy­ty­łem ani deko. Czy­li wła­ści­wie suk­ces. Ale też nie schu­dłem pla­no­wa­ne­go kilo­gra­ma, więc teo­re­tycz­nie powo­dów do zado­wo­le­nia nie ma.

Inter­pre­ta­cję pozo­sta­wiam Wam.

Jak to u mnie, zanim zacznie­my – mały wtręt. Od 15 lat, czy­li od kie­dy zosta­łem szczę­śli­wym mał­żo­win­kiem Małej­Żon­ki, Świę­ta spę­dza­my w oby­dwu domach rodzin­nych. Nasi rodzi­ce miesz­ka­ją od sie­bie o 50km, więc natu­ral­ne jest, że ska­cze­my od jed­nych do dru­gich. Cza­sa­mi jeste­śmy tym fak­tem zmę­cze­ni, ale jakoś nie mamy ser­ca ani pomy­słu, u któ­rych rodzi­ców mamy Świę­ta odpu­ścić. W efek­cie Wigi­lia zaczy­na się ok. 14:00, potem ok. 18:00 paku­je­my sie­bie, dzie­ci i pre­zen­ty i jedzie­my do dru­gich rodzi­ców, gdzie Wigi­lia zaczy­na się ok. 19:00. Potem, naj­czę­ściej dru­gie­go dnia Świąt wra­ca­my do tych pierw­szych i stam­tąd jedzie­my już do Wro­cła­wia.

Po co ten przy­dłu­gi wstęp? Ano po to, żeby poka­zać, że nawet kie­dy jeste­śmy wysta­wie­ni na podwój­ne dzia­ła­nie pokus, to moż­na sobie z tym pora­dzić. Wystar­czy odpo­wied­nia moty­wa­cja, tro­chę sil­nej woli i nie­wiel­ka pomoc oto­cze­nia. Żeby nie było – nikt dla mnie spe­cjal­nie nie goto­wał i nie byłem spe­cjal­nie trak­to­wa­ny (cho­ciaż w sumie do kate­go­rii spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia moż­na zali­czyć fakt, że Teścio­wa odpusz­cza­ła wci­ska­nie we mnie żar­cia już po pierw­szym “nie, dzię­ku­ję”). Zresz­tą – kie­dyś pew­nie o tym napi­szę, ale doma­ga­nie się spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia czy menu tyl­ko dla­te­go, że aku­rat żywi­my się ina­czej niż ogół uwa­żam za ego­izm i eko-, die­to-, wego- czy inny ter­ror.

 

1. Zasada pierwsza – jedz co chcesz, ile chcesz i kiedy chcesz

To ta, do któ­rej się nie zasto­so­wa­łem. Dla­cze­go taka, z pozo­ru bez sen­su, rada? Znasz powie­dze­nie “lepiej grze­szyć i żało­wać, niż żało­wać, że się nie zgrze­szy­ło”? Jeśli odma­wia­nie sobie wszyst­kich smacz­no­ści przez Boże Naro­dze­nie masz przy­pła­cić depre­sją i złym humo­rem, w efek­cie zepsuć wszyst­kim Świę­ta, to lepiej sobie daruj i jedz co chcesz. Przy­ty­jesz? Tak! Czy to źle? To zale­ży – moim zda­niem tak jest lepiej, niż wszyst­kim dooko­ła maru­dzić i ich wkur­wiać. Jeże­li sami nie chcą, to nie rób ze swo­ich bli­skich na siłę gru­py wspar­cia. A ten kilo­gram czy dwa zrzu­cisz póź­niej, tra­ge­dii nie będzie. A spi­to­lo­ne Boże Naro­dze­nie to już tra­ge­dia. A cza­sem i dra­mat.

 

2. Zasada druga – jedz prawie wszystko, ale w niewielkich ilościach

Spró­bo­wa­łem wszyst­kich 12 wigi­lij­nych potraw. A nawet wię­cej, bo dwie Wigi­lie i tra­dy­cje żar­ło­ścio­we nie­co inne. Ale spró­bo­wa­łem to jest tutaj sło­wo-klucz. Barsz­czyk z jed­nym tyl­ko uszkiem (bo cia­sto, wia­do­mo), nie jada się go u nas w głę­bo­kich taler­zach, więc same­go barsz­czu też dużo nie było. Kapu­sta z grzy­ba­mi – łyż­ka. Karp sma­żo­ny – jeden, nie­wiel­ki kawa­łek (tu mia­łem łatwo, bo nie lubię kar­pia). Ryba w gala­re­cie – jeden kawa­łek (u nas jada się ją z sosem chrza­no­wym, tu tro­chę zgrze­szy­łem, bo jest z odro­bi­ną majo­ne­zu). Pie­ro­gi z kapu­stą i grzy­ba­mi – buuu, tyl­ko jeden i to bez pod­sma­ża­nej cebul­ki. Gołąb­ki z kaszą i grzy­ba­mi – jeden, nie­du­ży. Śle­dzie – po nie­wiel­kim kawał­ku (u mnie zawsze śle­dzie wystę­pu­ją co naj­mniej w dwóch odsło­nach). Kom­pot z suszu sło­dzo­ny mio­dem, zamiast cukrem. I tak dalej. Na szczę­ście kutia, klu­ski z makiem, makieł­ki, kotle­ci­ki z ryżu (taaa, ryż jest bar­dzo tra­dy­cyj­nie pol­ski), kapu­sta z gro­chem czy jakieś inne dziw­ne dania w sty­lu zupy mig­da­ło­wej są trak­to­wa­ne jako wyna­laz­ki i raczej na wigi­lij­nym sto­le u nas nie gosz­czą. A spró­bo­wać trze­ba wszyst­kie­go, bo dziad­ko­wi uszy nie uro­sną, nie? Wła­ści­wie przez wszyst­kie dni omi­ja­łem tyl­ko ziem­nia­ki (tak­że nie­ste­ty te w sałat­kach) i wszyst­kie bez wyjąt­ku ciast­ka (Bodziu, ten ser­nik…).

 

3. Zasad trzecia – uważaj, co pijesz

Cola, napo­je gazo­wa­ne, nek­ta­ry i napo­je – omi­jaj sze­ro­kim łukiem, bo zawie­ra­ją tony cukru (w TYM wpi­sie poda­wa­łem adres stron­ki, gdzie możesz sobie spraw­dzić jego ilość). Soki owo­co­we czy kom­pot też w mia­rę moż­li­wo­ści tro­chę ogra­ni­czaj (nie powi­nie­neś wci­nać owo­ców bez ogra­ni­czeń). Ogra­nicz alko­hol. Bar­dzo ogra­nicz. U mnie nie ma i nigdy nie było tego pro­ble­mu, ale wiem, że w nie­któ­rych domach w Świę­ta się łoi do bólu. Napraw­dę chcesz, żeby Cię w Świę­ta coś bola­ło? Albo na dru­gi dzień?

 

4. Zasada czwarta – staraj się w miarę możliwości jeść co 3–3,5 godziny

Wiem, że może być cięż­ko, ale posta­raj się coś prze­gryźć, kie­dy przy­cho­dzi na Cie­bie pora. Nie rób dłu­gich przerw, bo to spo­wal­nia meta­bo­lizm. No i prze­gry­zaj zdro­wo i nie­ka­lo­rycz­nie, ciast­ka wywal, chy­ba, że sto­su­jesz zasa­dę 1.

 

5. Zasada piąta – idź na dwór ulepić bałwana

Dla mnie kator­ga – zim­no, wie­je, wyła­zić z cie­płe­go dom­ku i znad faj­nej książ­ki (ja mia­łem Mar­ci­na Ciszew­skie­go, pole­cam) to wysi­łek ponad siły. Albo tyl­ko tak się wyda­je. Dupa w tro­ki i na śnieg!! Naj­le­piej kil­ka razy.

I tyle. Praw­da, że się da się?

 


About Jacek eM

view all posts

Mąż, ojciec i projektant wnętrz. Fotograf-amator i wannabe bloger. Właściciel niewyparzonego jęzora i poczucia humoru w stylu noir. No i na wieczystej diecie...